Gangsterskie cv bossa obcinaczy palców

0
fot. Tomasz Radzik

Przed warszawskim Sądem Okręgowym toczą się obecnie dwa procesy, w których oskarżonym jest  domniemanego szefa gangu obcinaczy palców – Wojciecha S. ps. „Wojtas” vel „Kierownik”.  Wojciech S. pseudonim „Wojtas” vel. „Kierownik”, to mechanik silników samochodowych Mokotowa, oficjalnie zatrudniający się dorywczo w budownictwie. Wsławił się jednak na innym polu.

 Na początku swojej przestępczej kariery kradł na własną rękę  samochody. Potem zaczął pracować dla Zbigniewa C. pseudonim „Daks” jednego z  bossów   z „Mokotowa”. Ochraniał dyskoteki, puby oraz agencje towarzyskie, wymuszał haracze. Wkrótce potem skrzyknął znajomych z osiedla i od tego czasu rządził Ursynowem. Z czasem jego wpływ  rosły w całej Warszawie.  Wojciech S. uchodził bowiem za szefa komanda śmierci „Mokotowa”. Niebawem stał się niekwestionowanym przywódcą  „młodego Mokotowa”.

Mimo że nie ma wyglądu bandyty, to cieszy się w świecie przestępczym dużym autorytetem. Wygląda bardziej na przedstawiciela handlowego lub bankowca niż szefa bezwzględnej grupy przestępczej.

– To jest bardzo cwany gość, który chce zawsze osiągnąć swój cel. Jest przebiegły, będzie zawsze miły, sympatyczny. Nigdy byś nie powiedział, że jest jakimś gangsterem. – Tak Janek „Majami” Fabiańczyk ocenia „Wojtasa”.

 „Kierownik” w bezpośrednich kontaktach sprawia wrażenie ułożonego, kulturalnego i oczytanego człowieka, z którym można porozmawiać praktycznie na każdy temat. Nie pogada się z nim jednak o kobietach i wódce, której ponoć nawet nie potrafi kupić.

– Wojtek to monogamista przez lata zakochany w żonie. Nie pił, nie ćpał, niczego się nie dorobił. –  nie ma wątpliwości „Koniu” członek gangu obcinaczy palców.

Zdaniem śledczych „Kierownik” należał  do najbardziej zaufanych ludzi  bossów gangu mokotowskiego: „Korka” i „Daksa”.

Według  prokuratury był on jednym z głównych pomysłodawców  stworzenia gangu porywającego ludzi dla okupu. Pod koniec 2002 roku wspólnie z Grzegorzem K. pseudonim „Ojciec”, Sebastianem L. „Lepą” i Arturem N. „Arczim” złożyli najbardziej bezwzględną i najlepiej zorganizowaną grupę przestępczą w Polsce.

Lista dokonań gangu obcinaczy palców i samego „Kierownika” jest wyjątkowo długa.  W tym rozdziale przypomnę zaledwie zbrodni obciążających sumienie „Wojtasa”.

 W październiku 2004 roku miał on rzekomo brać udział w próbie porwania Pawła Sz. pseudonim  „Siwy”. Ten były członek grupy mokotowskiej został świadkiem koronny i obciążał dawnych kolegów.  Jego zeznania  dla „Mokotowa” były  tym czym zeznania „Masy”  dla „Pruszkowa”. Takich rzeczy się nie zapomina. Na „Siwego” wydano wyrok. Miał być uprowadzony i zlikwidowany.

Gdy wracał pewnego dnia do domu, na ulicy Nowolipie w Warszawie, zatrzymał się przy nim doge cravan, z którego wyskoczyło  dwóch mężczyzn krzyczeli: – Policja! – i  rzucili  Pawła Sz. na ziemię. Błyskawicznie  skuli go i wciągnęli „Siwego” do auta. Na szczęście w tym momencie do akcji wkroczyli prawdziwi policjanci, którzy ochraniali z ukrycia świadka koronnego. Doszło do strzelaniny, w efekcie  której  gangsterzy porzucili samochód z „Siwym” w środku. Po pewnym czasie okazało się, że jednym z napastników miał  być „Kierownik”. Pomimo udziału w próbie porwania „Siwego”, Wojciech po roku po roku pobytu w areszcie został z niego zwolniony. Stał się to w okolicznościach, które budziły wiele wątpliwości. Mówiło się nawet, że „Kierownik” kupił sobie wolność.

Prokuratura przypisuje mu także udział w mafijnej egzekucji Włodzimierza C. pseudonim „Buła” i Macieja S. pseudonim „Konik.”. dwóch Tych dwóch gangsterów zastrzelono 17 października 2003 roku,  w siłowni Paker na warszawskim Gocławiu. Trzej zamaskowani bandyci  wtargnęli do lokalu, zastraszyli obsługę głowy. Aby w sali z ćwiczeń i oddać kilkanaście strzałów do „ „Buły” i „Konika”. Obaj gangsterzy zginęli na miejscu.

„Buła” był w tym czasie uważany za szefa „Żoliborza”, ponoć czuł się na tyle pewnie, że zaczął grozić szefom „Mokotowa”: Andrzejowi H. pseudonim Korek oraz Zbigniewowi C.  pseudonim „Daks”. Mówiło się nawet, że „Buła” wynajął „ruskich’  kilerów. Ci ponoć przyjęli zlecenie, wzięli zaliczkę i o wszystkim opowiedzieli bossom „Mokotowa”.  „Konik” zaś był w gronie mokotowskich rebeliantów, którzy nie chcieli podporządkować się „Daksowi” i  knuli z „Żoliborzem”.

W lipcu 2014 roku prokuratura ujawniła, że w pobliżu Konstancina znaleziono ciała  dwóch mieszkańców Piaseczna, którzy zaginęli w 2002 roku. Zdaniem prokuratury, zamordowali ich „Wojtas” i „Ternit”. Obciążły ich Rafał B. „Bukaciak”.

26 maja 2017 roku taki sam wyrok usłyszał Robert M. pseudonim „Ternit”. Gdyby wyrok się utrzymał Wojciech S. będzie  mógł ubiegać się o przeterminowane zwolnienie z więzienia po 40  latach.

Mimo to „Kierownik” słuchał słów sędziego z kamienną twarzą, nie wyrażającą żadnych emocji. Czasami tylko zimnym wzrokiem rzucił w stronę prokuratora.

 – W przypadku tych oskarżonych nie można mówić o resocjalizacji. Ten wyrok ma spowodować ich eliminację ze świata wolnych ludzi – uzasadniał sędzia Andrzej Krasnodębski i wyjaśnił,  że sąd dał wiarę zeznaniom skruszonych  gangsterów. Zwłaszcza Rafała B. pseudonim „Bukaciak”, szefa  gangu z Konstancina, który  wskazał miejsce ukrycia ciał „Maksa” i „Postka”. Zeznał też jak doszło od ich zamordowania.

Do uprowadzenia i zabójstwa Tomasza M. pseudonim „Max” i Jacka P. pseudonim „Postek”, doszło 23 października 2002 roku.

Według „Bukciaka” zostali oni  ściągnięci podstępem na spotkanie w okolicach Karczmy Słupskiej [późniejsza restauracja Sowa i Przyjaciele – przyp. red.] w Warszawie. Czekał tam na nich „Bukaciak” i jego ludzi przebrani za policjantów. Zapakowali obu mężczyzn do samochodu i wywieźli do lasu pod Konstancinem. Tam ich przez wiele godzin torturowano, a katami mieli być „Wojtas” „Ternit”. Mokotowscy chcieli  się od nich dowiedzieć się, gdzie się ukrywają tzw. „Mutanci” i kto  stał za zamachami na gangsterów związanych z „Mokotowem”. ”, W końcu zamordowano „Maxa” i „Postka” zamordowano  i zakopano w przygotowanym wcześniej dole.

– Niech teraz każdy pomyśli, co czuły te ofiary, gdy wyprowadzano je z samochodu i prowadzono do dołu. – grzmiał sędzia Andrzej Krasnodębski, w czasie ogłaszania wyroku.

Jednak pod koniec kwietnia 2018 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił wyrok dożywotniego więzienia dla „Kierownika”. Zdaniem sądu doszło do naruszenie przez sąd pierwszej instancji prawa Wojciecha S. do obrony. W czasie procesu adwokat  „Wojtasa” reprezentował  też Tomasza R. pseudonim  „Garbaty”.  Pod koniec procesu „Kierownik” obciążył „Garbatego”. W tej sytuacji sąd powinien zdecydować o zmianie obrońców obu oskarżonych, aby uniknąć kolizji ich interesów. Jednak tak się jednak  nie stało i decyzją Sądu Apelacyjnego sprawa wraca do ponownego rozpatrzenia.  Jednak Wojciech S. nie może raczej liczyć na ulgowy wyrok, gdyż Sąd Apelacyjny nie kwestionował dowodów winy „Wojtasa”.

„Wojtas” równie dobrze może do końca życia nie wyjść z więzienia, jak również opuścić je za kilka lat. Jest oskarżonym w kilku procesach, od wyniku których zależy jego przyszłość. Jak sam mówi, na razie jest ona pod znakiem zapytania. Dla mnie to człowiek zagadka.

– Nie miałbym pretensji do organów ściągania, gdyby mi udowodniono cokolwiek. Ale wszystkie zarzuty wobec mnie są postawione na podstawie pomówień. Policja wymaga  od „sześćdziesiątki” [małego świadka koronnego -przyp. red.], żeby zeznał, to czy tamto. I ci niby skruszeni gangsterzy dla własnych korzyści obciążają innych. Wie pan, że nawet wiele ksywek jest wymyślonych na gorąco przez „sześćdziesiątki”, w czasie ich zeznań. Na przykład „Szlugu”, który pojawia się w barwnych opowieściach Anny w tej książce, to  Norbert D.  A jego pseudonim wymyślił na potrzeby procesu Mariusz S., pseudonim „Marcel”- także mały świadek koronny. Większość  „sześćdziesiątek” twierdzi, że sami nic nie robili, tylko wykonywali polecenia. A oni wychodzą z więzień i potem szybko tam wracają. Bo Jelni ktoś zarabiał trzy tysiące złotych dziennie, to nie pójdzie pracować za tyle samo przez miesiąc. To są zwykle czynni przestępcy, mimo to są wiarygodni dla policji i prokuratury. Jest wiele przykładów tego, że policjanci i „sześćdziesiątki” uzgadniali zeznania, aby kogoś obciążyć. – powiedział mi „Kierownik”.

„Kierownik’ miał także nakłaniać swoich ludzi  do zabicia Szymona K. pseudonim „Szymon” z Łomianek. Co dopisano mu do wyroku dożywotniego pozbawienia wolności przy okazji zamordowania „Maxa” i „Postka’. Szymon K. uznawany był za  jednego z przywódców  gangu żoliborskiego. Jego  śmierć miała być zemstą za masakrę w centrum handlowym Klif.

Był piątek, 31 maja 2002 roku dochodziła godzina 15. W sklepach były tłumy rodziców szukających prezentów na Dzień Dziecka. Tymczasem  w restauracji Viking czterej mokotowscy gangsterzy jedli obiad. Pochodzący z Kazachstanu Czeczen  Szarani Achmatow, pseudonim „Szach”,  miał za zadanie zastrzelić jednego z nich. Tym samym wyrok zapadł na jego towarzyszy.  Zlecenie złożył „Żoliborz”.

– Do czterech mężczyzn siedzących przy stoliku podszedł sprawca. Oddał bez ostrzeżenia kilka strzałów. Jeden z mężczyzn zmarł na miejscu, trzech pozostałych zaczęło uciekać – informował wówczas Krzysztof Hajdas z Komendy Stołecznej Policji.

Kiler nie krył się nadmiernie, strzelał na oczach dziesiątków osób. Najpierw wymierzył do Krzysztofa B. Trafił go dwa razy w głowę. Mężczyzna zginął na miejscu, a jego koledzy próbowali uciec z miejsca kaźni. Jednak kolejne kule dosięgły Artura M. pseudonim „Budyń”. Został trafiony trzy razy – w czoło oraz w ramię. Zginął na miejscu.  Arturowi N. pseudonim „Jogi” dwie kule przeszyły prawy bark. Zdołał przeżyć. Czwarty z gangsterów, Tomasz S. pseudonim „Komandos”, zdołał uciec śmierci. Chociaż to on był głównym celem zamachowca.  „Komandos”, to były członek gangu żoliborskiego,  po wyjściu z więzienia  związał się z „Mokotowa” przy pomocy, którego  chciał przejąć pod swoje władanie północną Warszawę, głównie Żoliborz. „Komandos” był nieobliczalnym gangsterem.  Aby skuteczni eliminować swoich wrogów stworzył efektywną metodę pozbywania się ciał. Swoje ofiary zawijał ponoć  siatkę w ogrodzeniową, doczepiał do niej drutem płyty chodnikowe i wrzucał do Wisły. Zwykle robił to między Nowym Dworem Mazowieckim a twierdzą Modlin. Ta metodą chciał zdobyć władzę na Żoliborzu. W końcu sam znalazł się na celowniku.

Co prawda z Klifu wyszedł bez szwanku, ale nieco ponad dwa miesiące później, 13 sierpnia 2002 roku został zastrzelony na stacji benzynowej przy ul. Radzymińskiej na Targówku. Odkurzał wówczas swoje bmw.

Masakra w Klifie i zabójstwo „Komandosa” sprawiło, że „Wojtas miał wydać wyrok śmierci na „Szymona”.

– Pokazali mi film ze ślubu, na którym był „Szymon” z Łomianek. zeznawała, przed warszawskim Sądem Okręgowym  Andrzej K. były członek grupy mokotowskiej, który jest obecnie świadkiem oskarżenia. – Miałem zapisać się na siłownię, do której chodził „Szymon” i go obserwować. Czy ćwiczy sam, czy z kimś. Kiedy i z kim. Po co? Nie pytałem, ale mogłem się domyślać, że chodzi o to, aby „Szymona” uprowadzić, albo zabić – dodał skruszony gangster.

„Kierownik”  jest także podejrzany o wydanie wyroku na Marka K. pseudonim „Muł”, bossa gangu z Piaseczna. Jego śmierć miała być odwetem „Mokotowa” na „Mutantach”,  z którymi powiązana była grupa „Muła”.   Poszło o  postrzelenie Sławomira B. pseudonim „Biały”, członka „Mokotowa”, który handlować narkotykami na terenie Konstancina oraz Piaseczna.  Latem 2002 roku „Kierownik” rzekomo dostarczył kilerom dwa pistolety maszynowe uzi. Do zamachu na „Muła” jednak nie doszło, gdyż zorientował się, że jest celem mokotowskich.

Jednak wojna „Mokotowa” z „Mutantami” o wpływy w podwarszawskich miastach nie obyła się jednak bez ofiara.  Tylko w latach 2001- 2003  w bandyckich porachunkach zginęło kilkunastu gangsterów oraz kilka przypadkowych osób. Punktem  kulminacyjny,  mafijnej wojny była strzelanina w Magdalence. W nocy z 5 na 6 marca 2003 roku policyjni antyterroryści przeprowadzili akcję zatrzymania członków gangu „Mutantów”, podczas której zginęło dwóch policjantów, a siedemnastu zostało rannych.

„Kierownikowi” przypisuje się  również planowanie zamachów na prokuratorów i policjantów, którzy rozpracowywali gang mokotowski na przełomie 2007 i 2008 roku. Gangsterze zamierzali zamordować dwóch prokuratorów z Ostrołęki, a także dwóch z Warszawy. Na ich celowniku byli też  policjanci z Centralnego Biura  Śledczego. Jednego z oficerów CBŚ chcieli porwać, i torturami zmusić go do wyjawienia tajemnic śledztwa.  Po czym policjant zostałby zamordowany. Prawdopodobnie mokotowscy gangsterzy uprowadzili funkcjonariuszkę CBŚ, nad którą się pastwili.

Jednak najwięcej emocji budzą zarzuty związane   porwaniami dla okupu i kierowaniem  przez „Wojtasa” gangiem „obcinaczy palców”. „Wojtas” miał brać udział osobiście w ośmiu z dziesięciu porwań objętych aktem oskarżenia

 W praktycznie każdym przypadku bandyci grozili rodzinom, że w jeśli ich żądania nie zostaną spełnieni one, to  obetną ofiarom palce lub je zamordują. Zwykle robili jedno i drugie. Nawet po otrzymaniu okupu (…).

Książka Janusza Szostaka, „Byłam dziewczyna mafii” do kupienia w księgarniach i Empikach w całej Polsce oraz  TU

Janusz Szostak

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ