Dobry kolega i okrutny morderca

0
Listonosz, jak co dzień wziął swoją torbę i ruszył w rejon. A później przepadł, jak kamień w wodę. Co się stało z sympatycznym, uczynnym mężczyzną? Czy wziął pieniądze przeznaczone na emerytury i renty, aby w końcu samemu coś uszczknąć z życia? A może został napadnięty? A może uprowadzony?

 Te pytania towarzyszyły policjantom z warszawskiego Mokotowa przez kilka dni. Jerzy K., doręczyciel pocztowy wyruszył w swój ostatni obchód w lutowy poranek 2010 roku. Pewna nastolatka tego samego poranka postanowiła pójść na wagary. Zły los sprawił, że z tego spotkania nie wynikło nic dobrego. Wszak nie na każdych wagarach zabija się człowieka.

– Oczywiście był czwartek albo piątek. Takie rzeczy zawsze dzieją się w piątki późnym popołudniem – wspomina swój udział w tym wydarzeniu policjant, który uczestniczył w akcji poszukiwawczej zaginionego listonosza.

 Opowiada mi o kilku dniach wyjętych z życiorysu, o kulisach sprawy, która w końcu zaowocowała znalezieniem Jerzego K. w lesie nieopodal Piaseczna.  Listonosz był martwy. Jego ciało leżało w lesie na śniegu, przykryte niedbale sośniną. Wyrzucone. Jak śmieć.

 Detektyw niechętnie dzieli się szczegółami sprawy. Nie chce zbyt zdradzać tajników gliniarskiej kuchni.

Grube tomiszcza akt, wyniesione do sądowej czytelni, uzupełniają opowiedzianą historię. Fascynującą i zawiłą, pełną niespodziewanych zawrotów akcji, niczym we wciągającej fabule. Niestety, wydarzyła się naprawdę. Choć mogłaby zostać kanwą wciągającej książki lub filmu.

Fatalne znajomości

Dla różnych osób ta historia zaczęła się w innym momencie. Dla wszystkich skończyła się fatalnie. Grzegorz Kaczor stracił życie, pomylił śmiertelnego wroga z dobrym kolegą. Tomasz Sz. miał dobre serce. Drobny handlarz, sprzedawał znajomym na „kreskę”. Wpadł przez to w długi. Dostawcy towaru dali chłopakowi ultimatum. Jakoś musiał zdobyć kasę, jeśli chciał zachować całą głowę. Listonosz był pod ręką, z torbą pełną pieniędzy. Można powiedzieć pech. Paulina B., licealistka z dobrego liceum pokochała niewłaściwego człowieka. I poszła na wagary wybierając zły dzień. Można powiedzieć zła karma.

Paulina B., licealistka z dobrego liceum pokochała niewłaściwego człowieka

„Brzoza” kolega Tomka z osiedla, dobry „ziomal“. Po prostu chciał zarobić. Wyszło, jak wyszło. Jest jeszcze „Bury”, przyjaciel, który nie umiał odmówić przysługi w imię podwórkowych zasad.

Wszyscy zostali zatrzymani i osądzeni. To bohaterowie tej opowieści.

A może trzeba cofnąć się jeszcze o kilka dni? Do dnia nieudanego napadu na listonosza. Zamaskowany mężczyzna usiłował wyrwać listonoszowi torbę. Nie udało mu się, uciekł, rozpłynął się na osiedlowych uliczkach. Trwało śledztwo, listonosz nikogo nie rozpoznał. A kilka dni później zaginął. Rozpoczęły się mozolne i nerwowe poszukiwania. Przeszukano cały rewir, sprawdzono szpitale, przeanalizowano zgłoszenia o zaginięciach. Nikt nic nie widział, nikt nie zgłaszał napadu. Listonosz po prostu zniknął. Krok po kroku odtwarzano trasę, jaką feralnego dnia pokonywał. Akta pęcznieją od notatek policjantów z rozmów z odbiorcami przesyłek. W większość z nich nic nie wnosi.

Z tej poczty wyszedł Jerzy K. i więcej nie wrócił

– Nie znam, nie umiem nic powiedzieć na jego temat – takie sformułowania pojawiają się najczęściej. Pojawiają się błędne tropy. Zgłasza się świadek, dziewczyna. Zeznaje, że widziała, jak dwóch mężczyzn w zasłaniających twarze kominiarkach, prowadziło trzeciego w worku na głowie. Widziała też, jak ci mężczyźni wcześniej zalepiali oczy i usta swojego więźnia taśmą. I miał on ze sobą torbę, jaką noszą listonosze.

– Ta dziewczyna była trochę opóźniona umysłowo. Nie było do końca wiadomo, czy coś jej się przewidziało, czy też naprawdę taka sytuacja miała miejsce – mówi policjant. Nie potwierdzono tego wątku. Ale, jak się później okazało, coś w nim było na rzeczy. Chociaż akurat te zeznania nie przyczyniły się do wyjaśnienia zagadki.

– Usłyszałem, jak dzwoni telefon Jerzego. Jurek wahał się, czy odebrać, bo nie znał tego numeru. Rozmawiali około trzydziestu sekund. Z rozmowy wynikało, że umawia się z tym mężczyzną, jak będzie miał trochę więcej wolnego czasu. Wysadziłem Jurka przy sklepie. To był ostatni raz, kiedy go widziałem – to zeznanie kierowcy, który rozwoził listonoszy w ich rewiry. Jeden ze stałych punktów zaczepienia. Drugi to telefon komórkowy zaginionego.

– Telefon Jerzego K. jeszcze przez jakiś czas był aktywny, więc można było prześledzić, gdzie on był – wspomina policjant zajmujący się sprawą. – Później ślad się urywa – dodaje.

Kawa z amfetaminą

– Ustaliliśmy kilka osób, które widziały zaginionego. Analiza wszystkich dostępnych informacji wskazała nam blok mieszkalny, do którego Jerzy K. wszedł, ale już z niego nie wyszedł. Wytypowaliśmy osoby, które według nas miały związek z jego uprowadzeniem i zatrzymaliśmy je – ciężko jest wydusić konkretne informacje od funkcjonariusza operacyjnego. Policjanci nie tylko sprawdzili, w jakich miejscach logował się aparat telefoniczny zaginionego. Dokonali analizy połączeń, wytypowano te numery, z którymi listonosz często się kontaktował. Zwrócił ich uwagę jeden z użytkowników kilku kart SIM, który często je wymieniał w swoim aparacie. Wskazywało to – według autorów tego dokumentu – na przestępczy charakter działalności ich właściciela. Mieli rację.

Robert S., to jeden z lokatorów, o których wspominał policjant. Tych, którzy widzieli zaginionego. To ważna postać w tym śledztwie. Zeznaje kilka razy, za każdym razem nieco zmieniając treść. Ostatnie jego przesłuchanie – już w sądzie – pełne jest goryczy wobec policjantów. Twierdzi wręcz, że został poddany torturom i jego zeznania zostały wymuszone. Biorąc pod uwagę treść pierwszego przesłuchania i porównując z drugim, dochodzi się do wniosku, że Robert S. ukrywał istotne dla wyjaśnienia sprawy fakty. I na pewno na komendzie – przed złożeniem drugich, pełnych zeznań – policjanci nie prowadzili z nim grzecznej rozmowy o pogodzie. I chwała im za to.

Początkowo Robert S. twierdził, że listonosz bywał u niego. Wpadał codziennie na kawę. W dniu zaginięcia zostawił paczki. Miał je odebrać później. Kolejne zeznania uzupełnione już są o bardzo ciekawe szczegóły. Prawdą jest, że Robert S. znał Jerzego K. i że wpadał on często na kawę. Ale nie tylko na nią. Obaj zażywali drobne ilości amfetaminy. Listonosz kupował ją od swoich znajomych z rejonu obsługiwanego przez siebie. Miał wrócić do Roberta, aby razem ją zażyć. Już nie wrócił. Robert S. podaje też nazwisko dilera, u którego zaopatrywał się Jerzy K. To Tomasz Sz. Twierdzi też, że diler i listonosz dobrze się znają, a nawet lubią. Jerzy K. w ogóle jest lubiany w swoim rejonie. Przez wielu doręczycieli uważanym za trudny, niewielu chciało w nim pracować. A on świetnie sobie radził, dogadywał się z ludźmi.

Zwłoki w paczce

 Tomasz Sz., to osoba, która – według zeznania Roberta S.- handluje narkotykami. Mieszka w bloku wytypowanym przez policjantów, jako ostatni punkt ziemskiej podróży Jerzego K.. Tomasz jest też użytkownikiem często wymieniającym karty SIM w aparacie telefonicznym. Decyzja mogła być tylko jedna. Zatrzymanie.

W mieszkaniu Sz. znaleziono hurtowe ilości narkotyków. Sporą ilość. Policjanci dotarli również do świadków, którzy kupowali u niego towar. Dowody są jednoznaczne. Według nich również Paulina B. jest zamieszana w ten proceder. Nosiła klientom towar. Ona sama w dalszym etapie śledztwa zaprzeczała, twierdziła, że czasem coś komuś zaniosła na prośbę Tomka, ale sama nie wiedziała co.

Tomasz Sz. przyjmuje podczas przesłuchań bardzo ciekawą strategię obrony. Chętnie przyznaje się do handlu narkotykami. Można odnieść wrażenie, że skwapliwie. Mówi o tym, że sprzedawał drobne ilości amfetaminy znajomemu listonoszowi. Nie zaprzecza, że widział się z nim w dniu jego zaginięcia. Ale według niego Jerzy K. miał narkotyki kupić i pójść dalej.

– Wolał przyznać się od razu do handlu narkotykami, myślał, że wymiga się w ten sposób od odpowiedzialności za zabójstwo – komentuje zachowanie Tomasza policjant. Przyznaje, że sytuacja wcale nie była w tym momencie różowa. Nie było dowodów, że Tomasz brał udział w uprowadzeniu listonosza. W ogóle nie było na to żadnych dowodów. Tylko przypuszczenie. Przekonanie.

Detektyw ujawnia, że już wtedy liczono się z tym, że nie odnajdą listonosza żywego. Ale tliła się w nich iskierka nadziei. Wiedzieli, że mają sprawców w swoich rękach. Ale przekonanie to za mało. Potrzebne są niezbite dowody. Tomasz i Paulina na razie usłyszeli zarzuty handlu narkotykami i pozbawienia wolności listonosza. Zgromadzone materiały wystarczyły, aby sąd zastosował sankcję w postaci tymczasowego aresztu. To był dopiero początek długiej drogi, która doprowadziła w końcu policjantów do pełnego wyjaśnienia tej zagadki.

– Jakoś tak w niedzielę zgłosił się kolega tych zatrzymanych. Usłyszał o zatrzymaniach i się wystraszył – wspomina detektyw. Jego zeznania to kolejny element w tej łamigłówce. „Bury” jest młodym mężczyzną, jako właściciel samochodu dostawczego zatrudnił się jako podwykonawca w znanej firmie kurierskiej. Razem z Tomaszem Sz. znali się, jak to się mówi, ze szkolnej ławki. Zeznaje, że Szyman często prosił go o różne przysługi. Choćby o to, aby coś gdzieś przewieźć. Jakieś meble, graty. Obiecywał, że zapłaci mu normalnie, jak za kurs. Kończyło się na wspólnie wypitym piwie. Koledze przecież się nie odmawia.

Gdy feralnego dnia zadzwonił telefon „Burego”, miał akurat chwilę i podjechał pod wskazany adres. Na swoje nieszczęście, jak sam później zeznaje. Na miejscu był Tomasz Sz., jego kolega, znany „Buremu“ jako „Brzoza”, i Paulina. Tomek powiedział mu, że ma do przewiezienia karton, który jest jeszcze w piwnicy. Po chwili dodał, że w tym kartonie są zwłoki listonosza. „Bury” początkowo chciał koniecznie zejść tam na dół, sprawdzić, czy ten mężczyzna żyje, ale pozostali uniemożliwili mu to. Sz. tłumaczył „Buremu”, że ten listonosz zaatakował „Brzozę”, który po prostu się bronił. Facet upadł i uderzył się w głowę. Taki wypadek. Nie chcą wzywać pogotowia ani tym bardziej policji, bo boją się, aby „Brzoza” nie poszedł siedzieć. I dlatego trzeba wywieźć ten karton. Najlepiej gdzieś do lasu. Obiecał pieniądze za kurs, ale skończyło się na tym, że jadąc w stronę Piaseczna zatankowali po drodze samochód.

W aktach sądowych widnieją zdjęcia z kamer przemysłowych stacji, gdzie widać, jak mężczyźni napełniają bak samochodu paliwem. Niczym niewyróżniająca się scena, jakich codziennie pełno na stacjach paliwowych. Niby normalna, ale gdy ma się świadomość, co znajduje się na pace niepozornego kurierskiego busa, to ciarki przechodzą człowiekowi po plecach.

„Bury” twierdzi na przesłuchaniach, że nie wie, dlaczego zgodził się na to. Dlaczego od razu nie zgłosił się na policję. Twierdził, że wpadł w depresję, że nie mógł znaleźć sobie miejsca, nie mógł sobie poradzić sam ze sobą. Zwierzył się swojej dziewczynie, a ta namówiła go, aby wszystko opowiedział policjantom. Tak też zrobił. Po kilku dniach od wydarzenia.

„Bury” mówi na przesłuchaniach, że nie skojarzył artykułów prasowych opisujących tajemnicze zaginięcie listonosza z rejonu, z makabryczną zawartością przewożonej przez siebie paczki. Trudno w to uwierzyć. Niemniej jednak jego zeznania przyśpieszyły wyjaśnienie zagadki i dostarczyły konkretnych dowodów.

Dlaczego zginął Jerzy K.? Bo miał przy sobie pieniądze. I zaufał niewłaściwej osobie.

– Ten kurier wskazał konkretne miejsce, gdzie wywieźli zwłoki. My przypuszczaliśmy, że właśnie tam znajduje się ciało, byliśmy w okolicy dzień wcześniej. Ale było późno, mieliśmy tam i tak wrócić rano. Na tę okolicę wskazywały logowania telefonów wytypowanych przez nas sprawców. Logowania nie pokazują jednak punktu, tylko obszar o sporym promieniu. Dlatego wtedy przerwaliśmy poszukiwania, po ciemku i tak nic byśmy nie zwojowali – opowiada detektyw.

Dłużnik gangsterów

Od tego momentu dla policjantów skończył się czas domysłów. Zaczęła się sprawa dotycząca zabójstwa. Trochę nietypowa, gdyż zazwyczaj kolejność wydarzeń jest nieco inna. Najpierw znajdowane jest ciało a później policjanci typują sprawców. Tym razem sprawcy byli znani, policja dysponowała mocnymi poszlakami na ich udział w zbrodni, ale brakowało dowodów. Do momentu pojawienia się „Burego” na komendzie.

Co się stało w piwnicy mrówkowca? Jakie były ostatnie chwile nieszczęsnego listonosza? Dlaczego zginął?

Na te pytania odpowiedzieli już uczestnicy mordu. Nie była to jednak szczera skrucha, ale wynik brutalnej konfrontacji z faktami. Sprawcy przechodzą różne fazy, zeznają, ale tak, aby swoją winę pomniejszyć. Albo wręcz zwalić na innych. Później są zaprzeczenia, czasem odwołanie zeznań. Służba więzienna musi objąć osadzonych specjalnym nadzorem, gdyż deklarują chęć skończenia ze sobą.

Na procesach pojawiają się stwierdzenia, że zeznania zostały wymuszone. Jednak wyłania się z nich całkiem wyraźny przebieg zbrodni.
Dlaczego zginął Jerzy K.? Bo miał przy sobie pieniądze. I zaufał niewłaściwej osobie. Tomasz Sz. myślał, że śmiercią niewinnego człowieka okupi swój dług. Był winien sporo pieniędzy ludziom związanym z jedną ze zorganizowanych grup przestępczych. Dostał ultimatum. I nieprzekraczalny termin. Początkowo wymyślił, że zdobędzie pieniądze drogą napadu. Sam nie mógł tego zrobić, bo  listonosz go znał i lubił. Dlatego Tomasz Sz. poprosił kolegę, „Brzozę”. To właśnie on dokonał kilka dni przed zabójstwem nieudanego napadu na listonosza. W planowaniu tego ataku aktywnie uczestniczyła Paulina. Dostarczyła nawet „Brzozie” gaz łzawiący. Miała go akurat w torebce.
Ta trójka szykowała się do profesjonalnej działalności przestępczej, prowadzili rozpoznanie w bankach, typując osoby z gotówką. Później mieliby je napaść i okraść. Obserwację bezpośrednio wykonywali Tomasz z Pauliną, a „Brzoza” miał być „zbrojnym ramieniem” ekipy. Ale z planów nic nie wyszło. „Brzoza” w ostatnim momencie wycofywał się. Strach był jednak silniejszy.
Zapadł wyrok
Później pojawiła się koncepcja zabójstwa. Czy Paulina wspólnie ze swoim chłopakiem je planowała? Ona sama zaprzecza gorliwie, konsekwentnie pomniejszając swój udział w całej sprawie. Ale czy można jej wierzyć? Bezpośrednio nie zadała śmierci, to niezaprzeczalny fakt.

 

Koło dziesiątej rano Paulina i Tomasz schodzą do piwnicy. Paulina cały czas twierdzi, że nie wie, po co. Później pojawia się „Brzoza”. W pewnym momencie Tomek wziął od Pauliny jej telefon, wymienił w nim kartę SIM i zadzwonił do znajomego, Jerzego K. Umówili się na później. Paulina twierdzi, że jej takie zachowanie nie zdziwiło, nie wzbudziło jej podejrzeń. Czy mówi prawdę? Wątpię. Tomasz Sz. ewidentnie zaś chciał zatrzeć ślady. Używając jednej ze swoich kart w telefonie swojej dziewczyny, był pewien, że jest bezpieczny. Że nikomu nie uda się go wytropić. Był w błędzie.
Nie podejrzewając niczego złego, Jerzy K. stawił się na spotkanie. Czemu? Może wcześniej kupił towar na „kreskę” i przy okazji zakupu miał oddać pieniądze? Nie wiadomo. Znał Tomasza Sz. bardzo dobrze od lat. Lubili się. Niestety, zszedł na dół. Wtedy jego los został przypieczętowany. „Brzoza” zaczaił się z kijem bejsbolowym i uderzył z tyłu w głowę listonosza. Ogłuszył go. Paulina twierdzi, że się bała. Gdy listonosz odzyskał świadomość, doszło do szarpaniny. Tomasz Sz. i „Brzoza” twierdzili, że Jerzy K. wydał ich na policji. Ten zaprzeczał. Chętnie zgodził się na konfrontację z rzekomym informatorem Tomasza Sz. – policjantem z pobliskiej komendy. Miał on przyjść do piwnicy i zidentyfikować donosiciela. Jednak, aby policyjny informator czuł się bezpieczny, listonosz zgodził się, aby mu zasłonięto oczy i dał się przywiązać do krzesła. Nie wiedział, że to podstęp mający zmusić go do uległości.
 Tomasz Sz. próbował jeszcze negocjować, chciał, aby listonosz zeznał, że został napadnięty. Ten jednak odmówił, uważał, że nie wytrzyma presji i do wszystkiego się przyzna, jak policja będzie go rozpytywać. Był już przesłuchiwany po pierwszym napadzie i wiedział, co go czeka. Wtedy Tomasz Sz. i „Brzoza” wyszli na korytarz naradzić się. Paulina siedziała z jeńcem. Sama przyznaje, że „tak jakby go pilnowała”. Dała mu pić, czystą chustkę do otarcia krwi, słuchała jego opowieści o rodzinie. Tymczasem mężczyźni podjęli ostateczną decyzję. Zakomunikowali Paulinie, że listonosz już z tej piwnicy nie wyjdzie. Kazali jej czekać na zewnątrz, na korytarzu. Gdy weszła po jakimś czasie do piwnicznego boksu, widziała agonię listonosza. Jak charczał i kopał nogami. Opis jego śmierci jest w jej zeznaniu bardzo drastyczny.
Później przyjechał „Bury“, spakowane w karton ciało Jerzego K. załadowali do jego busa i wywieźli.
Paulina miała za zadanie posprzątać piwnicę. Później widziała, jak Tomasz Sz. dzieli pieniądze pochodzące z napadu. A wieczorem, jak gdyby nigdy nic, pojechała bawić się ze swoim chłopcem. Grała w kręgle w Galerii Mokotów. Nie przeszkadzało jej, że jej chłopak płaci gotówką zbrukaną krwią. W dniu zabójstwa nie miała jeszcze ukończonych osiemnastu lat życia. Czy to ją usprawiedliwia? Była na tyle dojrzała, aby odróżnić dobro od zła. Dokonała wyboru.
Pozostali sprawcy, tej odrażającej zbrodni, byli już dawno osobami dojrzałymi. Paulina pochodziła z tak zwanej dobrej rodziny. Miała porządne wzorce i szanse na normalne życie. Tomasz i „Brzoza” nie. Mieli na pewno trudniejszy start w życie. Ale dokonali wyboru.
Tomasz Sz. zadłużył się u gangsterów, bo towar sprzedawał znajomym na „kreskę” i potem zaczął mieć problemy z odzyskaniem pieniędzy. Jego mocodawców niewiele to obchodziło. Dali mu ultimatum. I nieprzekraczalny, ostateczny termin. Czy to go usprawiedliwia? Nie. Ale pozwala zrozumieć motywy, jakimi się kierował. Resztę swojego życia spędzi za murami więziennymi. Został skazany na dożywocie.
Tomasz spędzi resztę życia w więzieniu, Paulina 10 lat
„Brzoza” usłyszał wyrok 25 lat pozbawienia wolności.
 Paulina w pierwszej instancji otrzymała piętnaście lat. Dzięki heroicznej walce obrońcy, sąd drugiej instancji obniżył jej karę do dziesięciu lat pozbawienia wolności.
 Kierowca, który – w imię koleżeńskiej przysługi – zgodził się wywieźć zwłoki do lasu, dostał w miarę łagodny wyrok w zawieszeniu.
Czy jest to szczęśliwe zakończenie tej historii? Nie. Niewinny człowiek stracił życie. Czy mógł uniknąć swojego losu? Nie. Został on przypieczętowany w momencie, gdy na swojej drodze spotkał Tomasza Sz. Miłego chłopca z osiedla, którego obsługiwał jako listonosz.
Piotr Pochuro Matysiak

logo REPORTER

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ