EGZEKUCJA W BURDELU

0
2272
Oczko i jego samochodzik

Po prawie 19 latach policja rozwiązała sprawę jednej z pierwszych w Polsce egzekucji, dokonanych na zlecenie mafii. Zabójstwo w poznańskim klubie opłacił „Oczko”, a wykonawcą był obywatel Tadżykistanu Aleksandr S. „Sasza”. Dlaczego musiało upłynąć tyle lat, by prawda wyszła na jaw?

Był wieczór 30 czerwca 1995 roku. Klub nocny „El Chico”, a tak naprawdę burdel działający pod przykrywką salonu masażu, w Poznaniu na jednym z osiedli na Piątkowie.

Noc była wyjątkowo spokojna, jak na piątkowy wieczór. Lokal odwiedziło bardzo mało panów mających ochotę na płatną przygodę z dziewczynami. Nad ranem do klubu weszło trzech rosłych mężczyzn. Ochroniarze od razu zwrócili na nich uwagę. Dwóch ubranych w czarne garnitury i białe koszule, trzeci w dżinsowej kurtce, wyglądał na szefa. Dyrygował osiłkami. Mówili po rosyjsku.

Wykonali wyrok

Ten w dżinsowej katanie, odwijając z folii nową paczkę papierosów i odpalając szluga, z mocnym rosyjskim akcentem zadawał pytania. Nie interesowały go dziewczyny. Chciał rozmawiać z ochroną. W środku było tylko dwóch klientów, ale niewiele widzieli. W tym czasie przebywali w pokojach z dziewczynami. Jednym z nich był poznański policjant.

Trójka egzotycznych gości zamówiła drinki. Spokojnie czekali na przyjście ochroniarzy.

W nocy porządku pilnowali Dariusz K. i Piotr J. Eleganckie dresy, obcisłe t-shirty, ogolone głowy, mięśnie podrasowane koksem. Na co dzień nie mieli dużo roboty. Sam wygląd budził respekt u podpitych klientów. Szybko przechodziła im chęć do awantury.

Tym razem jednak było inaczej. Gdy tylko do pokoju weszli ochroniarze, padły strzały, w rękach napastników błysnęły ostrza noży. Dariusz K. ratował się ucieczką przez okno, kule dosięgły go na zewnątrz, padł bez ruchu na trawniku. W tym czasie „Rosjanie” skatowali drugiego ochroniarza. Strzelili do niego, po czym w pośpiechu wybiegli i uciekli granatowym mitsubishi lancerem.

Wszystko odbyło się błyskawicznie. Bandyta w dżinsowej kurtce nie zdążył nawet wypalić całego papierosa.

Wezwana na miejsce zdarzenia, policja znalazła ciężko rannego Piotra J. a na trawniku martwego Dariusza K. Technicy kryminalistyczni zabezpieczyli ślady. Znaleźli kule, łuski po pociskach oraz pobrali ślady opon. Jednak najważniejszym dowodem okazała się celofanowa owijka z paczki papierosów. Na niej policjanci odnaleźli odciski palców jednego z bandytów.

Niestety śledztwo stanęło w martwym punkcie. Udało się odszukać kierowcę mitsubishi, ten jednak nie znał bandytów. Chciał sobie tylko dorobić jako szofer, zawiózł ich na Ukrainę, a kiedy zorientował się, że ma do czynienia z groźnymi bandytami, postanowił sprzedać auto.

Kiler namierzony

 W grudniu 1995 roku prokurator umorzył śledztwo. Wszystko wskazywało, że były to porachunki między dwoma gangami. Nikt nie był zainteresowany, żeby zeznawać. Kierowca, wiozący sprawców morderstwa, został skazany na 6 tysięcy złotych grzywny za niezawiadomienie policji o przestępstwie. Wszystkie ślady zabezpieczone w klubie trafiły do archiwum.

Obecność policjanta w klubie nie została wyjaśniona, prokuratura uznała, że znalazł się tam przypadkowo. Tłumaczenie brzmiało wiarygodnie, w środowisku przestępczym doskonale znane jest jego „hobby” i zamiłowanie do nocnych klubów z panienkami.

Sprawa morderstwa została wznowiona dopiero wiosną 2006 roku. Wtedy w ręce niemieckiej policji wpadł bandzior o „wschodniej” urodzie, podejrzany o rozboje. Legitymował się dokumentami rodowitego Niemca, co wzbudziło podejrzenia kryminalnych zza Odry. Przyciśnięty do muru przyznał się, że dokumenty ukradł. Naprawdę nazywał się Aleksander S. i twierdził, że urodził się w Duszanbe, stolicy Tadżykistanu. Wszystkie dokumenty stracił podczas trzęsienia ziemi, po którym postanowił wyemigrować na Zachód.

Niemcy zatrzymanego nazywają „Sasza”, wraz nim aresztowali jeszcze kilku bandytów mówiących po rosyjsku.

Odciski palców Tadżyka trafiły do nowoczesnego, europejskiego systemu komputerowego AFIS, który zawiera wszystkie odciski palców przestępców z krajów całej Unii Europejskiej. Niemieccy policjanci wprowadzając odciski palców stwierdzili, że zatrzymany przez nich przestępca jest poszukiwany przez polską policję w sprawie zabójstwa w klubie „El Chico”.

Skazany policjant

Kiedy informacja o złapaniu Aleksandra S. dotarła do Poznania, w komisariacie na Kochanowskiego wybuchła euforia. Była olbrzymia szansa, że sprawa odłożona do archiwum znajdzie po latach finał w sądzie.

Radość trwała jednak krótko. Kiedy prokurator wznowił sprawę okazało się, że w archiwum CBŚ nie ma oryginalnych śladów. Policja dysponuje tylko skanem z systemu AFIS.

Z tego powodu Niemcy odmawiają wydania bandyty. Dodatkowo tłumacząc się różnicą między polskim a niemieckim prawem. Dokładnie chodziło o różnicę 5 lat od momentu, kiedy skazany może ubiegać się o zwolnienie warunkowe.

Aleksander S. za rozbój odsiadywał karę 3 lat pozbawienia wolności u naszych sąsiadów. Strona polska zaskarżyła decyzję. Czekając na odpowiedź Niemców, Biuro Spraw Wewnętrznych ustaliło winnego zagubienia odcisków palców. W 2005 dowody zabrał Roman P. – funkcjonariusz CBŚ. Dlaczego? W sądzie zeznał, że zabrał je przez przypadek do domu i nie wie, co się z nimi stało. Został skazany na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz 2 tysiące grzywny.

Czy zniknięcie odcisków miało coś wspólnego z obecnością innego policjanta podczas nocnej strzelaniny w „El Chico”? Tego nie daje się ustalić. Oczywiście skazany policjant zdążył przejść na emeryturę.

Niemiecki sąd nie zgodził się po raz drugi na ekstradycję „Saszy”. Poznańska prokuratura szykowała się już do procesu w Niemczech, ale śledczy wiedzieli, że bez oryginalnych odcisków trudno będzie doprowadzić do skazania.

Na szczęście Niemcy nagle zmienili zdanie i postanowili wydać Aleksandra S. na podstawie europejskiego nakazu aresztowania.

Sprawa trafiła do sądu. Aleksander S. został oskarżony o zabójstwo Dariusza K. i spowodowanie uszczerbku na zdrowiu Piotra J. Nie przyznał się do winy i ciągle nieznane są nazwiska dwóch pozostałych bandytów.

Oskarżonego przebadał biegły psychiatra. Zdiagnozował u niego zaburzenia osobowości, jednak nie stwierdził żadnych zaburzeń wpływających na poczytalność. Stopień inteligencji ocenił na bardzo wysoki. Choć stopień agresji mieści się w normie, to badania wykazały, że doskonale potrafi zapanować nad emocjami. Agresję wykorzystuje, by osiągnąć określony cel. Świadczy o tym analiza przestępstw, jakich dopuścił się w Niemczech.

Sędzia, pomimo zagubienia oryginalnych odcisków, dopuścił jako dowód w sprawie skan odcisków z sytemu AFIS, dodatkowo oskarżonego rozpoznał Mariusz L., który wiózł samochodem całą trójkę bandytów. W sądzie zeznał, że z prośbą o wożenie bandytów zwrócił się do niego Roman R. pseudonim „Arizona”. Co ciekawe, potem „Arizona” zaginął bez śladu.

Prokuratura od samego początku przypuszczała, że strzelanina w poznańskim klubie to były porachunki gangsterskie, a przez przypadek zginął ochroniarz, tylko dlatego, że egzekutorzy pomylili go z właścicielem „El Chico”.

 Powrót mafioza

„Arizona” był przyjacielem Marka M. pseudonim „Oczko”, znanego w latach 90. bandyty ze Szczecina. Zeznania kierowcy nie były przypadkowe. Poznańska prokuratura, dzięki zeznaniom innego „skruszonego bandyty”, wpadła na trop Marka M. i Marka D., ps. „Duduś”

To oni mieli opłacić morderców z „El Chico”. W latach 90. „Oczko” był szefem szczecińskiej mafii, rezydentem „Pruszkowa”. „Oczko” wychował się na robotniczym Żelechowie, zaczynał w czasach PRL jako bramkarz w „Małej Scenie Rozrywki”. By w latach 90. trafić na szczyty biznesowe i gangsterskie.

Jego ludzie kontrowali rynek narkotykowy i agencje towarzyskie. Zajmowali się również ściąganiem haraczy w Szczecinie. Został za to skazany w 1999 roku na 13 lat więzienia. Odsiedział wyrok co do dnia. W Katowicach usłyszał wyrok 25 lat pozbawienia wolności za zlecenie zabójstwa rezydenta białoruskiej mafii w Polsce, Wiktora F.

Sprawa trafiła do powtórnego rozpatrzenia i tylko dlatego w 2012 roku wyszedł na wolność.

Policja bardzo pilnie go obserwowała. Przypuszczano, że będzie chciał powrócić do przestępczego procederu, by przede wszystkim zemścić się na tych, przez których trafił za kraty.

Ostatecznie osiadł w Warszawie. Świat przestępczy przez te lata się zmienił. Większość jego kumpli po fachu nie żyło lub odsiadywało wyroki. Nawet jego adwokat, Robert D. za korupcję trafił do więzienia. „Emerytowany” mafiozo zainwestował w firmę z branży paliwowej.

Dla człowieka lubiącego gangsterski blichtr, musiało to być nudne życie. W latach świetności rozbijał się żółtym ferrari, chwalił wspólnym zdjęciem z Sylwestrem Stallone. Handlował wódką „Kremlowską” jako oficjalny przedstawiciel. Cały czas obstawiał się świtą rosłych osiłków, gotowych wykonać każde jego polecenie.

Policyjni antyterroryści z bronią maszynową, kamery i błyski fleszy fotoreporterów sprawiły, że Marek M. w poznańskim sądzie znowu poczuł się jak groźny bandyta. Prokuratura wystąpiła o areszt tymczasowy. Usłyszał zarzut pomocnictwa w zabójstwie i w usiłowaniu zabójstwa. Za co grozi kara nawet dożywotniego więzienia. Sąd przychylił się do tego wniosku.

Przemysław Graff

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ