W czerwcowy ranek 2009 roku na krajową siódemkę wyjechał ze Skarżyska zielony kangoo, prowadzony przez kobietę w średnim wieku. Na miejscu pasażera siedział mężczyzna nieco więcej niż średniego wzrostu i więcej niż średniej tuszy. Samochód skierował się na północ – w stronę Radomia. Przejechał kilkaset metrów i został zatrzymany przez mężczyzn, którymi okazali się funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego.

Pasażer, Jarosław W. nie tylko był kompletnie pijany, lecz tracił co chwilę świadomość, a gdy ją odzyskiwał, bełkotał, zataczał się i przewracał. W czasie badania krwi w szpitalu miejskim w Skarżysku-Kamiennej, dokąd go zawieziono, spadł z krzesła, szarpał się w czasie kolejnych badań, upadł na podłogę i nie pozwalał się podnieść. Lekarz wydał zaświadczenie, że może przebywać w więziennym szpitalu, jeśli zostanie tam przewieziony samochodem policyjnym. W samochodzie owijał szyję pasem bezpieczeństwa i groził samobójstwem. Tak drastyczne zachowanie było prawdopodobnie spowodowane sprzężeniem działania alkoholu z lekami psychotropowymi, które zażywał. Najpierw zawieziono go do kieleckiego Wydziału CBŚ Komendy Głównej Policji w celu sporządzenia wstępnej dokumentacji, a następnie umieszczono w Policyjnej Izbie wytrzeźwień.

Funkcjonariusze CBŚ nie fatygowali się naturalnie z powodu pijaństwa Jarosława W., lecz dla bagażu, jaki spodziewali się znaleźć; i znaleźli w samochodzie 614 sztuk fałszywych stuzłotówek. Całość śledztwa poprowadził wydział CBŚ w Kielcach.

Wieczorem następnego dnia, już trzeźwy i w pełni świadomości Jarosław W. został powiadomiony, że jest zatrzymany, a do sądu będzie skierowany wniosek o jego tymczasowe aresztowanie. Nie protestował, nie żądał adwokata ani powiadomienia najbliższych. Zresztą żona była świadkiem zatrzymania, bo to ona kierowała kangoo.

Tajemniczy inwestorzy

Jarosław W. okazał się chętny do współpracy. Na pierwszym przesłuchaniu przyznał, że to on podrabiał stuzłotówki i przygotowywał się do fałszowania euro. Przekazał najważniejsze fakty przestępczego procederu. Sam opracował i wykonał cały ciąg technologiczny do podrabiania banknotów. Urządzenia poligraficzne i środki do produkcji kupował w ogólnodostępnych sklepach lub u dostawców. Wszystko legalnie.

Opowiedział też, jak skontaktowali się z nim zamawiający towar i komu go dostarczał, podał niektóre nazwiska, ale najważniejszych nie znał. „Inwestorzy” byli cwanymi facetami. Przyjechali co prawda do niego osobiście, ale nie przedstawili się, do domu nie weszli, na ulicy zapytali, czy wszedłby w fałszowanie pieniędzy (wiedzieli, że miał wyrok za fałszowanie dokumentów i przygotowania do podrabiania studolarówek). Swoim samochodem zawieźli go do restauracji hotelu „Promyk” i tam pokazali mu pozytywy, czyli przezroczyste folie całych stuzłotówek oraz składowych ich elementów. Dużo było tych folii i na wysokim poziomie poligraficznym.

Powiedział, że musi się przyjrzeć.
Następnym razem przyjechał tylko jeden. Rozmawiali na ulicy przy cmentarzu, gdzie 46-letni Jarosław pracował dorywczo przy wykańczaniu nagrobków, liternictwo było jego zadaniem. Powiedział: – Mogę drukować, zorganizuję sprzęt i materiały. Drugi „Inwestor”, pewnie ważniejszy, dzwonił tylko w sprawie postępów pracy. Tylko oni się odzywali, on nie znał ich numerów telefonów.
Linię produkcyjną zorganizował w piwnicy swojego domu, wymyślił też przemyślne zamknięcie, aby nikt inny nie mógł się tam dostać. Twierdził, że żona i córka nie miały pojęcia, czym się zajmował. Przesłuchany później, narzeczony córki potwierdził, że odkrycie działalności ojca to dla niej tragedia.
Próby trwały kilka miesięcy, zanim dostarczył pierwszą partię fałszywek. Umówili się, że będą brać całą produkcję, domagali się jak największej. Płacili 20 procent wartości nominalnej banknotów, ale po przyjaznym rozruchu później zwykle wisieli mu z zapłatą i dopiero groźba opóźnienia następnej partii (bo za co kupi potrzebne materiały?) zmuszała ich do regulowania rachunków.
Na pytanie śledczych, dlaczego podjął się przestępczej działalności, odpowiedział, że ze względów materialnych. W Skarżysku bezrobocie należy do największych w kraju. I, że czuł przymus psychiczny. Nie ukrywał, że 20 lat wcześniej zdiagnozowano u niego chorobę psychiczną, że się leczył i nadal bierze leki.
W piwnicznych izbach

Błyskawiczne przeszukanie posesji Jarosława W. nie nastręczyło trudności i wykazało, że produkcja nie odbywała się w takiej tajemnicy, jak twierdził podejrzany. Tuż za bramą w murowanym garażu znajdowało się urządzenie drukarskie (Rotoprint z silnikiem i drukarką). W tekturowym pudle – wałki i inne metalowe części, w innym kartonie ścinki papieru i przezroczystej folii. 25 metrów od bramy pod wiatą stała maszyna offsetowa z agregatem produkcji czeskiej oraz naświetlarka Klinsh-Bikop. Ktokolwiek znalazł się na podwórzu, mógł się przekonać bez trudu, że Jarosław W. nie jest tak bezrobotny, jak twierdził, że podjął się produkcji poligraficznej na dużą skalę. Organy ścigania nie powinny były mieć trudności z odgadnięciem jej celu. I nie miały.

W trzyczęściowej piwnicy znaleziono natomiast bezpośrednie dowody fałszowania. W pierwszym pomieszczeniu, obok beli papieru, trafiono na fragment folii z odwzorowaną rozetką, stanowiącą na stuzłotówce znak protekcyjny. Drugie pomieszczenie stanowiło rodzaj magazynu. Na regale leżała głowica z obiektywem Poloxer, na blatach szafek pojemniki pełne farb i kwasów, walce i koła zębate urządzeń poligraficznych, ryzy papieru, w szafkach garnki i sprzęty, jakich używa w kuchni przeciętna gospodyni. To pomieszczenie prowadziło do najważniejszej części podziemia z drzwiami bronionymi dwoma ryglami, bo tam odbywała się zasadnicza produkcja. Spisano tam szklane płyty z podklejonymi kliszami 50 euro różnych serii, klisze diapozytywowe stuzłotówek, folie różnych części banknotów i aparaturę, na której zostały wytworzone: ploter Jaguar II, naświetlarkę, maszynę offsetową i urządzenie własnej konstrukcji do hot stampingu, czyli nanoszenia imitacji rozety. I najważniejsze: gotowe lub prawie gotowe banknoty.

Dodatkową zdobyczą był pistolet Walther P-38 z dwoma magazynkami i ponad tysiącem nabojów, ułożonych na regałowych półkach.
Inne przeszukania ujawniły sfałszowane dokumenty różnych instytucji, stemple i pieczątki, świadectwa szkolne i maturalne. Łącznie zabezpieczono 140 dowodów.
Ekspertyzy i pytania
Śledczy rozesłali więc w Polskę pytania o wykorzystanie sfałszowanych dokumentów i pieczątek. Straż Graniczna w Olsztynie odpowiedziała, że nie prowadzono żadnego postępowania z użyciem przedstawionego jej stempla. Gmina Kęty donosiła, że nie była powiadomiona o bezprawnym użyciu jej pieczątki. Urząd Miasta w Suchedniowie komunikował, że to była pierwsza informacja o istnieniu sfałszowanej jej pieczątki. Urząd Miejski w Radomiu: „nie był powiadomiony o użyciu blankietów przedstawionych w waszym piśmie”. Kuratorium Oświaty w Radomiu, Urząd Skarbowy w Radomiu, Świętokrzyski Urząd Wojewódzki, Małopolski Urząd Wojewódzki w Krakowie, Przedsiębiorstwo Robót Kolejowych i inne instytucje  potwierdzały wyjaśnienia podejrzanego, że choć wytwarzał je od dziesięciu lat, nie wykorzystywał ich. Po co więc je produkował?
Poniósł natomiast odpowiedzialność. W 2004 roku w Radomiu został oskarżony o fałszowanie dokumentów i przygotowania do podrabiania studolarówek, i skazany na 2 lata pozbawienia wolności z zawieszeniem na 5 lat.

Jednocześnie śledczy przesłuchiwali świadków, właścicieli sklepów i dostawców, gdzie fałszerz kupował potrzebne produkty: wszyscy mu je sprzedali, tak jak innym nabywcom. Jednak nie przypominają sobie kogoś takiego, jak Jarosław W. (175 cm wzrostu, 102 kg wagi). Biegłemu (godzina pracy 32 zł) zadano pytania, czy badane przedmioty są związane z podrabianiem dokumentów i czy przekazany sprzęt był użyty do tego celu. Odpowiedział: laptop i dwa komputery, pendrive, płyty CDR i DVD oraz dyskietki komputerowe rzeczywiście były wykorzystywane do fałszowania dokumentów.

Naczelnik do zwalczania przestępczości zorganizowanej w CBŚ rozesłał pismo do wszystkich jednostek terenowych:  „W ujawnionym ośrodku fałszerskim zabezpieczono pełną linię produkcyjną oraz gotowe banknoty, matryce, klisze następujących serii (wymienił 16 serii- przyp. red.). NBP informuje, że w latach styczeń 2001- czerwiec 2009 zatrzymano i poddano ekspertyzie 27091 falsyfikatów tej klasy. W związku z tym, zwracam się o przekazanie w trybie pilnym spraw prowadzonych przez Policję w podległych garnizonach, dotyczących załączonych ekspertyz”.

W tym samym czasie nad zarekwirowanymi banknotami pracował też specjalista z zakresu fałszerstw pieniędzy. Robert Nesterowicz, biegły z listy Sądu Okręgowego Warszawa Praga, napisał w swojej opinii: „Obejrzałem 614 banknotów stuzłotowych. Wszystkie są falsyfikatami, gdyż: szata graficzna jest sfałszowana w całości technikami poligraficznymi (offset i sitodruk); banknoty są sklejone z oddzielnie wydrukowanego awersu i rewersu, brakuje spasowania zabezpieczenia recto i verso, zabezpieczenie w postaci korony w prawym górnym rogu nie pokrywa się z koroną strony odwrotnej, wypukłości druku stalorytmicznego zostały zimitowane przez nałożenie bezbarwnej farby puchnącej na elementy nadrukowane offsetem, po oświetleniu lampą UV podłoże banknotów świeci jasnoniebiesko, gdyż zawiera wybielacze optyczne; autentyczny papier z celulozy bawełnianej ich nie zawiera i w całości pochłania promienie UV”. Ponadto biegły zauważa: „na stronie przedniej sinofioletowa rozetka nie zmienia barwy przy pochyleniu banknotu, autentyczna zmienia ją na złotą, dwutonowy znak wodny jest nadrukowany od wewnątrz przed sklejeniem obu stron; autentyczny znak umieszczony w czasie produkcji jest wielotonowy”.

Mimo tych usterek, ostateczna konkluzja była zaskakująca: „jakość wykonania jest bardzo wysoka, a falsyfikaty bardzo trudne do odróżnienia od autentycznych. Banknoty wskazują, że wykonała je osoba biegła w stosowaniu technik poligraficznych”.

Z piekarza drukarz

Jarosław W. ma świadectwo ukończenia zasadniczej szkoły piekarniczej. Żadnej klasy nie powtarzał, ani w tej szkole, ani w podstawówce, a jego poziom intelektualny określono: w normie.

Kilkakrotne wyjaśnienia spolegliwego Jarosława W., pozwoliły śledczym bez trudu wyjaśnić przyczyny i odtworzyć przebieg przestępczej działalności. Gdy w 2005 roku przyjechało do niego dwóch mężczyzn z wiadomą ofertą – powołując się na wspólnego znajomego, aby wzbudzić jego zaufanie – on był już znany w środowisku jako fałszerz dokumentów. Przecież wyrok z 2004 roku nie wziął się z niczego. To prawda, że wcześniej żył zgodnie z nakazami ludowego państwa, skończył szkołę, odbył służbę wojskową, ale gdy wrócił do domu, nie mógł znaleźć roboty. Zaczepił się u znajomego, ale co to za praca – usługi domowe, rolety, żaluzje, naprawy i to tylko czasami.

Szukał czegoś stałego i udało się! Znalazł robotę w prywatnej drukarni w Radomiu, popracował dwa lata i firma padła. Znalazł następną, gdzie mógł przyuczyć się do zawodu poligrafa. Interesowała go ta praca, toteż starał się poznać jej tajniki, choć nikt od niego tego nie wymagał. Po prostu ma w sobie coś takiego, co pcha go do zgłębienia tajemnic, które dla innych pociągające nie są.

Dlatego przyjął propozycję radomiaków. Czasu miał aż za dużo, pieniędzy za mało i chciał się sprawdzić. Coś mu mówiło, że musi, że powinien to robić. Taki psychiczny mus! I wiedział, że potrafi. Nim się rozstali, już kombinował, co i gdzie będzie łatwo kupić: farby, papier, blachy do matryc, folie, pasek opalizujący.

Pierwszy etap produkcji z wykorzystaniem sitodruku wymagał inwencji konstruktorskiej. Ramkę sitodrukową wykonał sam, także urządzenie do termodruku pozwalające nanieść na papier pasek foliowy, zabezpieczający banknot stuzłotowy (przed sfałszowaniem właśnie). Gotową odbitkę na złożonym wpół arkuszu A-4 powielał techniką offsetową, a złotą folię z elementem graficznym nanosił za pomocą ręcznej prasy. Ostatnim elementem produkcji było wprowadzenie techniką sitodruku znaku korony z prawej strony banknotu,  i można było ciąć arkusze.

Numery serii dostawał początkowo od zamawiających na foliach pozytywowych. Później sam je wytworzył na komputerze, przeniósł na folię, a z niej na folię drukarską.

Pierwsza wyprodukowana partia liczyła 1000 sztuk. Odbiorcy marudzili, że jakość nie jest najwyższa, ale towar wzięli, nakazując doskonalenie. Do następnych nie mieli już zastrzeżeń, przeciwnie, nalegali na zwiększenie produkcji. Dzwonili, pytali, czy ma dostateczną ilość, przyjeżdżał zawsze jeden i zabierał.

Fałszerz określił swoją wydajność na 4 tysiące sztuk rocznie. W pewnym momencie zaproponował grubszy interes – podrabianie euro. To dawałoby znacznie większy dochód przy niewiele bardziej pracochłonnej działalności. I rozpoczął przymiarki do takiej produkcji.
Rozszerzanie biznesu
Byt rodziny uległ poprawie. Żona już mu nie zarzucała, że nic nie robi, i to ona musi utrzymywać rodzinę pracując w Niemczech. Jednak miał swoje troski. Widział na własne oczy, że frukty jego harówki zbierają inni. Postanowił więc, nie zrywając współpracy z radomiakami, handlować także na własną rękę. Znajomy z Radomia Tomasz K. – ostatnio mieszkający na Dolnym Śląsku – skontaktował go z niejakim Przemysławem (nazwiska nie znał): – Z nim będziesz robił interesy.
Przemysław sprowadzał z zagranicy różne towary, teraz zapalił się do handlu podrobionymi banknotami. Brał paczki po 100-200 sztuk, płacił 17-22 zł za jeden i część rozprowadzał na miejscu, a resztę przekazywał Tomaszowi K. do podwrocławskiej wsi. Do interesu dopuszczono jeszcze Korneliusza S., który zbierał informacje o cenie banknotów, porozumiewał się z osobami zainteresowanymi kupnem, ustalał miejsca i czas spotkań (o te czyny był sądzony wraz z Tomaszem K.).
Zwykle telefonicznie ustalano z Jarosławem W. kolejny odbiór, on zabierał paczkę, wsiadał do pociągu lub busa, a w Radomiu na ustalonej ulicy dochodziło do transakcji. Gdy, ze względu na przedawkowanie alkoholu, skorzystał z własnego samochodu, dopadli go funkcjonariusze CBŚ.
Wysłany do sądu akt oskarżenia zawierał 4 zarzuty. Wyprodukowanie 4110 fałszywych stuzłotówek (za to groziło od 5 do 25 lat pozbawienia wolności). Starania o podrobienie banknotów o nominale 50 euro (możliwy wyrok – od 3 miesięcy do 5 lat). Przygotowywanie pieczęci do podrabiania dokumentów wystawianych przez organy samorządowe, urzędy skarbowe, szkoły i inne instytucje.
– Istnieje podejrzenie, że podrobił 20 tysięcy innych 100 -złotówek – uznał prokurator, na podstawie informacji banku centralnego o wykrytych fałszywkach.
Czwarty zarzut dotyczył posiadania bez zezwolenia broni palnej i to nie jednej sztuki. Poza wspomnianym już niemieckim Waltherem P-38, fałszerz posiadał jeszcze pistolet maszynowy CZ kal. 7,62 produkcji czeskiej oraz włoską replikę rewolweru kapiszonowego Colt Navy kal.44. Miał też  1138 sztuk amunicji.

Nieoczekiwany finał

Tymczasem do sądu nadeszła opinia sądowo-psychiatryczna biegłych psychiatrów z Krakowa. Powtórzyli, to co dowiedzieli się z wywiadu: że w latach 80. oskarżony leczył się w poradni zdrowia psychicznego, potem u prywatnego lekarza, a po jego śmierci sam sobie ustalał dawki leków, które mu „załatwiała” siostra.

W areszcie śledczym w Krakowie nękano go falami elektromagnetycznymi. Zaś telewizja nadawała programy na jego temat. Twierdzi bowiem, że  znajduje się w centrum zainteresowania jakiejś organizacji, która chce go wykończyć, aby przejąć jego majątek (ma dwa domy). Fałszowanie pieniędzy uważa za misję i przeznaczenie nadane mu przez siłę wyższą.

Broń kupował, bo pasjonuje się uzbrojeniem, i z powodu stałego lęku; przeżył jeden napad rabunkowy z użyciem broni. Organizacje i sekty nękają go od dawna. Walthera kupił w Niemczech, gdy pojechał do żony, a pistolet maszynowy i amunicję od znajomego Mariana, który  pracował kiedyś w  fabryce zbrojeniowej Mesco.

Biegli rozpoznali u Jarosława W. przewlekłe psychotyczne zaburzenia o obrazie zespołu urojeniowego. Istotnie, one wpływały na jego zachowanie, warunkowały i motywowały zarzucane mu czyny. Działał w warunkach zmniejszonej poczytalności. Wymaga szpitala psychiatrycznego, gdyż istnieje prawdopodobieństwo dokonania podobnych czynów. Leczenie będzie długie z powodu długotrwałej choroby, utrwalenia objawów i niepodatności na farmakologię.

Na rozprawie głównej sędzia zapowiedział zamiar umorzenia postępowania. Poparli go: prokurator, obrońca i sam oskarżony. Jednak Jarosław W. nie wrócił do domu. Gdyż sąd orzekł umieszczenie go w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

Ostatnio do sądu zwrócił się prorektor Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie z prośbą o przekazanie dowodów rzeczowych z tej sprawy, które będą wykorzystane do zajęć dydaktycznych z zakresu zwalczania fałszerstw pieniędzy.

Alicja Basta

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ