Pod koniec listopada minionego roku Sąd Rejonowy w Warszawie uniewinnił, oskarżoną o korupcję, najsłynniejszą okulistkę w Polsce – profesor  Ariadnę Gierek – Łapińską. Ongiś synową I sekretarza KC PZPR, Edwarda Gierka. Prokuratura postawiła jej – jako dyrektorce kliniki okulistycznej w Katowicach – zarzut przyjęcia 13 łapówek. Uzasadnienie wyroku odczytano przy zamkniętych drzwiach.

Śledztwo prowadziła Prokuratura Okręgowa w Katowicach. Śledczy zarzucili okulistce, że jako dyrektorka Szpitala Klinicznego nr 5 w Katowicach dopuściła się 13 przestępstw polegających na przyjmowaniu korzyści majątkowych od przedstawicieli dwóch firm farmaceutycznych.

Łączna kwota korzyści wyniosła według śledczych prawie 366 tys. złotych. Profesor Gierek – Łapińska musiała wpłacić 300 tysięcy złotych poręczenia majątkowego. Zabezpieczono też jej majątek, wart ponad 400 tysięcy złotych

Jednak zdaniem sądu, kwoty przyjmowane przez profesor miały być drob­ne.  Jednorazowo lekarka nie miała brać dużych sum. Nie były to miliony i przy rozstrzyganiu ofert nie dawały firmom gwarancji wygrania przetargu. Zdaniem sądu, taka do­dat­ko­wa, „nie­for­mal­na opła­ta”, nie miała wpływu na de­cy­zje podejmowane przez komisje przetargowe. Sąd nie potwierdził również, aby le­kar­ka wpły­wa­ła na prze­tar­gi i była przychylna jakiejkolwiek firmie w nich uczestniczącej. Wszelkie opłaty za podróże i spotkania, seminaria i konferencje medyczne o międzynarodowym rozgłosie, jak również przeloty samolotem – zawsze pierwszą klasą – a także opłaty za hotele, sąd potraktował jako wsparcie – sponsoring, który pomagał w rozwoju nauki.

Dziś znowu profesor Adrianna Gierek – Łapińska unika dziennikarzy, chociaż niedawno chętnie uczestniczyła w promocji książki o sobie.

– Niezbyt dobrze czuje się w kontaktach z prasą –  usłyszałem od jej męża, Tadeusza Łapińskiego.

Była na szczycie

Kiedyś serdeczna, uśmiechnięta, dumna z siebie kobieta. W swej willi w Katowicach chętnie gościła media, choć nie każdy dziennikarz mógł przekraczać progi jej domu.

Spotkałem się z nią tuż przed zakupem hotelu przy ul. Słonecznej w Zakopanem.   Kupiła go od Juventur Travel – wraz z mężem Tadeuszem oraz Stanisławem Niziołkiem, byłym dyrektora ds. pracowniczych huty im. „Lenina” w Nowej Hucie – za niewielkie pieniądze. Nazwała go Helios, snując przy okazji plany: – Będzie to miejsce na organizowanie sympozjów naukowych i seminariów poświęconych okulistyce, na które będę zapraszała wybitnych lekarzy, naukowców, znamienite postaci światowej okulistyki a także swoich znajomych.

Wtedy była na szczycie. Najlepszy fachowiec i mikrochirurg okulistyki w kraju. Po ratunek dla oczu, ustawiały się w jej klinice kolejki.

– Mój mąż odzyskał wzrok ze wzruszenia płakała przy mnie w klinice starsza kobieta, której mężowi, rolnikowi spod Lublina, profesor Gierkowa wykonała skomplikowaną operację oczu.

Była sławna. Podziwiano ją i wręcz kochano. Pomimo nazwiska, które niezbyt dobrze się wielu kojarzyło. Pacjenci wychwalali ją pod niebiosa. Ratowała wzrok najnowocześniejszym sprzętem.

Królewna PRL

 Za Gierka plotkowano, iż jest córką Breżniewa i w ten sposób Gierek umacniał sojusz ze  Związkiem Radzieckim; córką Breżniewa miała być jej siostra Tatiana, też lekarka, która wyszła za mąż za drugiego syna Edwarda Gierka.

Ona, Adam i Tadeusz uczyli się w jednej szkole.

– Mój obecny mąż, Tadeusz, z Adamem siedział w jednej ławce.

Opowiadała, że w szkole podkochiwała się w Tadeuszu, ale on jakoś nie patrzył na nią. Adam zaczepił ją na przystanku autobusowym, kiedy była na ostatnim roku studiów medycznych. W tamtych czasach nie interesowała ją wielka polityka, ale wiedziała, że ojciec Adama jest w Katowicach partyjną szyszką. Kim jest teść, już wiedziała, ale chciała dojść do wszystkiego sama. Pracowała, dużo pracowała. Była ambitna. Szła do przodu.  W klinice przy ul. Francuskiej szybko została szefem, ponieważ sprawdziła się jako fachowiec.

– Gdybym była marnym lekarzem, to nawet Gierek by mi nie pomógł.

Klinika kwitła i rozwijała się, przyjeżdżali pacjenci z całego kraju i z byłych państw socjalistycznych. Lekarze z dawnego bloku wschodniego też przyjeżdżali do niej po naukę. Sława jej mikrochirurgii rosła.

– Dla mnie Polsilver uruchomił produkcję specjalistycznych nożyków do cięcia rogówki oka – chwaliła się.

Uwielbiała futra. Lisy, szynszyle, karakuły.  Biżuteria. Gustowne ubrania. Albo przywoziła, albo szyto dla niej tak, jak chciała, według zachodnich wzorów. Elegancją kłuła w oczy, ale i zarazem wzbudzała szacunek.

– Taka już jestem – opowiadała.

To były czasy, kiedy urlop z teściami spędzała na Krymie, albo w Bułgarii. Wyjeżdżała też na Kubę, a stamtąd wyskakiwała do krewnych w Ameryce. Były i kraje europejskie. Paryż. Do Wiednia lubiła zaglądać jej teściowa. W Moskwie poznała klinikę okulistyczną i jej dyrektora o światowym wtedy rozgłosie, profesora Stanisława Fiodorowa. Zachwyciła się jego metodami leczenia. Zaprosiła go nawet do kraju. Chciała operować jak on. Moskiewskie doświadczenia przenosiła na katowicki grunt.

Chciała mieć własny szpital i  zwróciła się do teścia o pomoc, ale sierpień 1980 roku przerwał wszystko.

– Pomimo nazwiska, szanowano mnie przecież za to, co robiłam.

Poświęcała się  pracy, tracąc po drodze rodzinę.

– Z Adamem doszliśmy do wniosku, że czas się rozstać, tym bardziej, że już miał kogoś.

W 1990 roku otwierała swe ukochane, długo wyczekiwane „dziecko” – okulistyczną klinikę przy ul. Ceglanej w Katowicach. Mówiła również o wyjeździe na sympozjum do Stanów i zaprosiła mnie na otwarcie „jej Heliosa” w Zakopanem. Gierkowa brylowała. Zapowiadało się, że oprócz sławy naukowca odniesie także sukces biznesowy.  Uważała chyba, że tak sławnej w świecie profesor okulistyki wolno wszystko.

O kieliszek za dużo

W 2007 roku odwiedził ją  w klinice na Ceglanej w Katowicach TVN. Profesor Adrianna Łapińska – Gierek spodziewała się pytań dotyczących sukcesów zawodowych, ale redaktor zapytał o pieniądze na hotel, i o łapówki. Zaskoczona tym, wpadła w panikę, było widać jej niedyspozycję. TVN nagrywało, zaś  pani profesor wyciągnęła z torby bieliznę i oznajmiła, że musi ją nosić na zmianę, bo ma problemy gastryczne. Próbowali ją jeszcze ratować koledzy, prosząc na konsultację, ale czujny dziennikarz powiadomił policję, że pijana pani profesor konsultuje pacjentów.

Badania alkomatem wykazały, że we krwi miała 0,87 promila alkoholu.

Wkrótce Izba Lekarska zawiesiła profesor Gierek w prawach wykonywania zawodu.

Była zrozpaczona, pisano o niej w gazetach, jak o najgorszym alkoholiku.

Do kliniki wkroczył NIK. Negatywnie ocenił szpital profesor Gierek – Łapińskiej. Inspektorzy NIK wykazali między innymi, że w placówce kupowano niepotrzebne lekarstwa i drogi sprzęt, który stał bezużytecznie. Ich zdaniem, profesor pomagała zaprzyjaźnionym firmom, by zarabiały na szpitalu.

Ale najgorsze miało dopiero nadejść.

W oparciu o wyniki badania NIK, śledztwo wszczęła katowicka prokuratura rejonowa, a potem przejęła je prokuratura okręgowa.

Zupełnie ją to załamało – mówi Tadeusz Łapiński.

We wrześniu 2008 roku postawiono lekarce osiem zarzutów korupcyjnych na kwotę 302 tysięcy złotych.

– Zarzuty dotyczą przyjmowania korzyści majątkowych od przedstawicieli dostawców sprzętu medycznego, w zamian za podpisywanie umów na dostarczanie tego sprzętu do kliniki okulistycznej – informowała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Katowicach Marta Zawada – Dybek.

Musiała zapłacić 300 tysięcy złotych poręczenia majątkowego, aby nie trafić do aresztu. Zabrano jej paszport. Przeżyła załamanie nerwowe i odwieziono ją do szpitala, gdzie położono ją na szpitalnym korytarzu.

Profesor na procencie

 Głównym świadkiem oskarżenia była Agnieszka B. Sama zgłosiła się do prokuratury. Była przedstawicielką austriackiej firmy.  To ona zawiadomiła o przekazywaniu pani profesor łapówek. Do akt sprawy zaczęły napływać także oświadczenia z austriackiej firmy, w której Agnieszka B. pracowała.

Agnieszka B. pracowała najpierw we francuskiej firmie, której właściciel miał polskie korzenie. Chciał koniecznie nawiązać kontakt z kliniką profesor  Gierek – Łapińskiej. Znał profesor z kongresów lekarskich i wysłał na spotkanie z nią Agnieszkę B.

Agnieszka B. zdobyła informację, iż pani profesor ma w zwyczaju przyjmowanie 10 procent  prowizji od każdego kontraktu, od każdej zapłaconej przez szpital faktury.

Przełożony Agnieszki N. przyjął informację do wiadomości i podobno zaakceptował warunek wpłacania „bakszyszu” za obecność swojej firmy wśród kontrahentów kliniki.

Francuz z polskimi korzeniami, zaprzeczał później, że cokolwiek płacił, więc śledczy uznali, że tylko Agnieszka B. była uwikłana w ten proceder. Na podstawie jej doniesień ustalono, że pod koniec 2003 roku pani profesor przyjęła 22,5 tys. złotych, a przez następne pół roku łącznie około 100 tysięcy złotych. Prowizje miały pochodzić z kasy francuskiej firmy, która wydatek ukrywała dzięki kupowaniu pustych faktur. Potwierdzono także, że francuski przedsiębiorca wyjątkowo ukochał sanktuarium w Gietrzwałdzie, na które wpłacał darowizny w wysokości od 5 do 7 tys. zł. Darowizny miały następnie do niego wracać i w ten sposób ukrywał wypłaty kolejnych prowizji dla profesor Gierek.

Agnieszka B. zmieniła pracę i przeszła do austriackiej firmy. Okazało się, że austriacka firma wykupiła część firmy poprzedniego pracodawcy Agnieszki B.

I wtedy właśnie Agnieszka B. miała namawiać  nowego szefa, aby również nawiązał współpracę z panią profesor. Tym razem Agnieszka B. mówiła o 13 procentach od faktury.

Nowy szef miał wyrazić zgodę, choć do kwestii prowizji był nastawiony niechętnie. W latach 2006-2007 pieniądze w euro miały być przekazywane w Wiedniu. Ponad 270 tysięcy złotych. Pieniądze brano z kasy firmy, co w zeznaniach potwierdzali Austriacy – jako zaliczki na usługi marketingowe.

Na wydrukach widniało nazwisko pani profesor.

Pieniądze w kopercie przekazywała Agnieszka B. Austriacy nigdy nie byli świadkami takiego przekazania. Agnieszka B. przyznawała, że nigdy do takich kopert nie zaglądała. Nie było też dla nikogo żadna tajemnicą, że pani profesor często wyjeżdżała do Wiednia. Austriacy chcieli w końcu skończyć z tym procederem i przekazali Agnieszce B., że woleliby się rozliczać z panią profesor poprzez szkolenia, które prowadziłaby dla nich, lub poprzez finansowanie badań w klinice.

Kiedy w grudniu 2007 roku Agnieszce B. przekazywano ostatnią kopertę, była już po pierwszych zeznaniach w prokuraturze, podczas których o kopertach z Austrii nic nie wspominała.

Wydaje się, że również austriacka firma sama zgłosiła się do prokuratury, informując o prowizjach.

Poza Agnieszką B., nikt nie widział wręczania kopert.

Pieniądze to nie łapówka

 – Najczęściej dwie firmy wygrywały w szpitalu przetargi, to czy przyjęcie kopert, określanych „nieformalnymi wpłatami”, nie jest korupcją? – komentuje dla „Reportera” Grażyna Kopińska, ekspert z Fundacji Batorego – Jeśli  te wpłaty nie miały wpływu na rozstrzygnięcie publicznych przetargów.  Jeżeli tak było i, na dodatek, nie było świadków wręczania kopert, to sąd nie miał innego wyjścia. Nie dopatrzył się związku między korzyścią a pełnioną przez urzędnika funkcją. Inaczej, każde, nawet najdrobniejsze udowodnienie przyjęcia przez urzędnika państwowego prezentu, od dajmy na to zagranicznej delegacji, musiałoby podlegać karze. A może, po prostu, pomimo zebranego materiału przez NIK, organa ścigania nienależycie przygotowały się do procesu i źle udokumentowały przed sądem swe oskarżenia?

Sąd oczyścił profesor ze wszystkich zarzutów, choć wątpliwości, co najmniej natury moralnej, pozostały.

– Tyle tylko mogę powiedzieć, że będziemy się odwoływali – mówi prokurator Małgorzata Słowińska, zastępująca rzecznika prasowego Prokuratury Okręgowej w Katowicach. – Trudno komentować decyzję sądu, ale uznał, że koperta z pieniędzmi to nie łapówka. Dowody były. To oczywiste, że prokuratura się odwołuje, gdy jej zdaniem wyrok jest niesprawiedliwy.

Mąż prof. A. Gierek – Łabińskiej, T. Łapiński dałby się „pokroić” za swą żonę.

– Oczywiście, że po ogłoszeniu wyroku żona się ucieszyła, ale po treści uzasadnienia mniej. I będziemy się odwoływali. A to ze względu na uzasadnienie, które sugeruje, że choć były koperty, zawierały jednak na tyle małe kwoty, że sąd nie potraktował ich, jako łapówki – mówi i odsyła mnie do adwokata.

– Była wyłączona jawność procesu – przypomina Aleksander Jachimowicz, adwokat Adrianny Gierek – Łapińskiej – Apelację składamy od uzasadnienia, bowiem w toku postępowania nie przedstawiono żadnych dokumentów potwierdzających fakt popełnienia przestępstwa. Na przykład NIK wykrył nieprawidłowości i zawiadomił prokuraturę odnośnie badania leków. Sąd jednak sprawę leków umorzył, gdyż nie dopatrzył się przestępstwa. Badanie leków podlega prawu farmaceutycznemu a nie umowie ze szpitalem. To pani profesor przeprowadzała badania na lekach, biorąc za nie pełną odpowiedzialność, decydując o ich zastosowaniu i skutkach działania, decydując, które odrzucić.

Klinika przy ul. Ceglanej kilkakrotnie już zmieniała przez ten czas dyrektorów. Do okulistyki doszła onkologia, a Agnieszka B. nie pracuje już w austriackiej firmie.

Roman Roessler

 

 

Zobacz również: