ZABÓJSTWO KOMANDOSA

0
Wydawało się, że  Norberta czeka długie i szczęśliwe życie u boku ukochanej Ludmiły.  Byli dobraną parą. On, wysoki i dobrze zbudowany, były  komandos. Ona bardzo ładna, wysoka i bardzo w nim zakochana. Pomiędzy nimi stanął miejscowy bandzior.
– Milicja dobrze znała rodzinę R. – opowiada Henryk Mikosz, prezes Stowarzyszenia Emerytów i Rencistów Policji w Gliwicach. W 1989 roku Mikosz był komendantem komisariatu milicji w Knurowie, miejscowości w powiecie gliwickim. – Oni nieźle rozrabiali. 60-letni ojciec, głowa rodziny, notorycznie pił. Trzech jego synów nie było lepszych. Kradli, gdzie popadło. Wszczynali bójki i żadnej pracy się nie imali.
Żyli w Szczygłowicach, południowej dzielnicy miasta.
Ostatni festyn
– Był piękny, lipcowy dzień 1989 roku, i w Knurowie szykowano się do festynu w parku miejskim – przypomina Henryk Mikosz wydarzenie sprzed 27 lat.
Wybierał się tam również 22-letni Norbert W., były  komandos. Mężczyzna wrócił do rodzinnego Knurowa z krakowskiej jednostki spadochronowo-desantowej. Koledzy z dzielnicy zazdrościli mu, że służył w czerwonych beretach.
– Najlepszy z najlepszych – mówili o nim. Norbert był wysokim i dobrze zbudowanym mężczyzną, o szerokich barach i muskularnych mięśniach. Swą atletyczną budową ciała wzbudzał respekt i szacunek.
Przepadały za nim dziewczęta. Ale on miał już wybrankę serca – Ludmiłę, o dwa lata młodszą od niego szatynkę ze Szczygłowic. Bardzo ładna była, wysoka, o ostrych rysach twarzy, szczupła. Pasowali do siebie, jak ulał. Tak mówili wszyscy, którzy ich znali.
– Norbert poszedł z Ludmiłą na ten festyn – wspomina  Mikosz.
Ubrał się w ciemny garnitur, jak wymagała tego sytuacja. Ludmiła była w pięknej, letniej, jasnej sukience w delikatne różowe kwiaty. Usiedli ze znajomymi. Umówili się na festynie ze Zbyszkiem, dobrym kolegą Norberta.
– Na ten sam festyn wybierał się również najstarszy syn z rodziny R., 25-letni Andrzej – dodaje Henryk Mikosz.

Andrzej R. niczym się specjalnie nie wyróżniał. Tak, jak pozostali jego dwaj bracia i ojciec, też nie unikał alkoholu. Wszczynał bójki i awantury. Jak coś mu się spodobało, przywłaszczał sobie od razu, jak swoje. Taki miał zwyczaj. Był szczupły, średniego wzrostu i wyglądał na chuderlaka.

Tego dnia, jak zawsze popił sobie, ale tylko trochę, chciał poderwać na festynie dziewczynę. Żonę chciał mieć, aby na niego pracowała. Tak, jak matka na ojca pijaka.

Chwycił jak swoją

Zabawa już się rozpoczęła, gdy około 16. pojawił się w parku Andrzej R.

Przy rozstawionych ławach lało się festynowe piwo, grała górnicza orkiestra, tańczono na specjalnie przygotowanym do tego podeście. Tańczyli również z sobą Norbert i Ludmiła. Tańczyli i pili znajomi Norberta W., którzy zebrali się wokół pary.

Andrzej R. długo wodził wzrokiem w poszukiwaniu tej jednej jedynej, która mogłaby zostać jego wybranką. Spoglądał na siedzących i na tańczących, i wcale mu nie przeszkadzało, że dziewczęta znajdowały się w obecności swych kawalerów. Dojrzał Ludmiłę, ubraną w piękną letnią sukienkę. Bardzo zmysłowo tańczyła ze swym partnerem. Pośród wszystkich tańczących ta bardzo ładna szatynka przyciągała wzrok każdego. Nie mógł również oderwać od Ludmiły oczu Andrzej R. Na potężnego, solidnie zbudowanego jej partnera, z którym tańczyła, w ogóle nie zwracał uwagi.

– Nie przeszkadzał mu po prostu Norbert  – dodaje dziś były oficer milicji.

Andrzej R. śledził wzrokiem każdy ruch kobiety.

Po zakończonym tańcu były komandos wraz ze swą narzeczoną usiedli przy drewnianym, długim stole zastawionym kuflami z piwem.

Gdy orkiestra górnicza zrobiła przerwę, Andrzej R. czekał. Obserwował, jak siedząca za stolikiem para przytulała się do siebie.

Kiedy orkiestra ponownie zaczęła, ruszył ku Ludmile.

– Podszedł do stolika i niespodziewanie chwycił dziewczynę za rękę, taki miał zwyczaj, tak był wychowany – wspomina H. Mikosz Burknął coś przy okazji do Ludmiły pod nosem i zza ławy chciał ją wyciągnąć do tańca na podest. Nieogolonego, niechlujnie wyglądającego przestraszyła się dziewczyna. Podniósł się z ławy komandos. Powiedział do Andrzeja R., żeby dał sobie spokój i najlepiej, aby się zaraz stąd wynosił.

 Wrócił z nożem

 Andrzej R. spojrzał spode łba i zrobił to, co mu nakazał były komandos. Ale nie zrezygnował. Poszedł do domu, do jak zwykle pijanego ojca. Matki nie było w domu, wyszła do kościoła. Wszedł do kuchni, pogrzebał w szufladzie. Wyciągnął z niej ostry, krótki nóż kuchenny i wsadził go sobie do kieszeni spodni.

Późnym popołudniem znowu zjawił się na festynie. Rozglądnął się. Ludmiła z Norbertem tańczyli.

– Odczekał, a gdy przestali, i usiedli, podszedł do nich – opowiada prezes gliwickiego stowarzyszenia – Andrzej R. nawet nie spojrzał na Norberta W., od razu wyciągnął z kieszeni spodni nóż kuchenny i jednym, szybkim ruchem ręki wbił go prosto w serce byłego komandosa. Norbert W. padł martwy na blat długiego stołu zastawionego kuflami z piwem. A potem morderca wyjął nóż z ciała ofiary, wsadził go do kieszeni spodni, i jakby nigdy nic odszedł sobie. Wszyscy wokoło osłupieli. Ale orkiestra nadal grała. Bowiem ci siedzący dalej, o niczym nie wiedzieli. Za Andrzejem R. ruszył Zbyszek, kolega Norberta. Chciał rzucić się na odchodzącego. Ten jednak odwrócił się i błyskawicznie wyciągając ten sam nóż ze spodni, ranił nim Zbyszka w klatkę piersiową. Zachwiało Zbyszkiem, ale nie upadł. I dopiero wtedy zrobiło się zamieszanie. Górnicza orkiestra przestała grać.

Andrzeja R. nie było już jednak wśród uczestników zabawy. Przyspieszył i szybkim krokiem oddalił się.

Przerażeni widokiem zamordowanego, uczestnicy festynu stali jak wryci. Nikt już nie tańczył. Ludzie spoglądali jedynie na ciało leżące na blacie, sączyła się z niego stróżka krwi. Ludmiła stała obok i głośno płakała.

– Nie było problemu ze schwytaniem sprawcy, był w ówczesnym środowisku przestępczym miasta rozpoznawalną postacią.

Jeszcze tego samego lipcowego wieczora milicjanci podjechali pod kamienicę, w której zamieszkiwała rodzina R. Drzwi otworzył, jak zwykle pijany, ojciec. Milicjanci wkroczyli do środka, pytając, gdzie jest Andrzej.

– Śpi tam, w pokoju –  bełkotał pijany ojciec.

 Po powrocie z festynu Andrzej R. popił solidnie i spał w swym barłogu. W zlewozmywaku, wśród brudnych naczyń, znaleziono zakrwawiony nóż kuchenny, którym Andrzej R. pozbawił życia byłego komandosa, i którym ranił jego kolegę Zbyszka.
Andrzeja R. aresztowano. To jednak nie był koniec problemów milicji z rodziną R.
Wypadł z radiowozu
 Następnego dnia, po festynie, był 15 lipca; – A każdego piętnastego miesiąca była w Knurowie górnicza wypłata – wspomina Henryk Mikosz – Wokół knurowskich kopalni „Knurów” i „Szczygłowice” oraz  znajdujących się w ich pobliżu knajp, kręciło się  zawsze sporo złodziei i naciągaczy. By wyrwać pieniądze pijanym górnikom. W takie dni miałem pod swoją komendą kilkudziesięciu milicjantów. I zawsze ruszaliśmy z patrolami w teren, by zapobiec takim kradzieżom. Trudno było jednak upilnować wszystkich, a podchmieleni górnicy nie zawsze pamiętali o swych kopertach z pieniędzmi, zazwyczaj wkładanych  do kieszeni spodni.
W jednej z knajp milicjanci natknęli się na Roberta R., o rok młodszego brata Andrzeja R. – Nakryli go, gdy ten kradł z kieszeni jednego z górników kopertę z wypłatą. Jak się potem okazało, z kilkunastoma tysiącami ówczesnych złotych.
Schwytany na gorącym uczynku Robert R. miał przy sobie jeszcze kilkadziesiąt tysięcy skradzionych w podobny sposób innym górnikom.
– Gagatka wpakowaliśmy od razu do milicyjnej nyski i ruszyliśmy w kierunku pozostałych knurowskich knajp – przypomina Mikosz.

Pech chciał, że nie domykały się drzwi od milicyjnego pojazdu, którym wieziono Roberta R. Milicyjny kierowca jechał zbyt szybko. Na kolejnym zakręcie otworzyły się drzwi radiowozu, i Robert R. wypadł z nich na bruk. Poobijany leżał nieruchomo. Niemal bez życia.

– Po czym podniósł się za chwilę i zaczął symulować, i krzyczeć, że milicjanci połamali mu w nysce kręgosłup.

Do dziś Henryk Mikosz nie wie skąd, ale znalazł się tam wtedy, na tej ulicy, trzeci z braci R. – najmłodszy, 23- letni Ernest R.

Wokół leżącego zaczęli się też zbierać mieszkańcy z okolicznych bloków.

– I wtedy Ernest R. zaczął krzyczeć do zbliżającego się rosnącego tłumu, że mu milicja brata zabiła! Zrobiło się zbiegowisko i zamieszanie. Tłum rósł i zdawało się, że za chwilę natrą na nas i nas rozniosą. Krzyczeli, że gestapo, i że nam zaraz pokażą. Na szczęście przyjechało szybko wezwane pogotowie, wsadzono Roberta R. na nosze, i przewieziono zaraz na badania do szpitala górniczego w Zabrzu.
Coś jednak tknęło Henryka Mikosza i za Robertem R. wysłał  funkcjonariuszy w drugiej milicyjnej nysce.
Jak tylko karetka znalazła się na terenie szpitala, przed wejściem do głównego holu, i otwarto od karetki drzwiczki, wyskoczył z niej Robert R.
– Nic mi nie jest, mówił do zaskoczonych sanitariuszy i personelu szpitala, który na dźwięk nadjeżdżającego pogotowia wybiegł na zewnątrz. Robert R. nie chciał żadnych badań, pytał jedynie, w którą stronę ma się udać, bo chciał się urwać milicji.
Nie zdążył jednak, nadjechali funkcjonariusze i ponownie trafił do milicyjnego pojazdu. Tym razem z domykającymi się drzwiami. Przez cały czas czuć było od niego alkohol, więc zawieziono go do Izby Wytrzeźwień. Gdy wytrzeźwiał, następnego dnia wylądował w komisariacie na przesłuchaniu.
– Nie pamiętam, co się później stało z Robertem R. Za notoryczne okradanie górników otrzymał wyrok. Najmłodszy z braci, Ernest R., pół roku później zamordował z zazdrości swą konkubinę i poszedł siedzieć. Po 15 latach zmarł w więzieniu. Najstarszego, tego który zabił byłego komandosa, spotkałem w 2013 roku na parkingu w Knurowie. Żebrał. Poznał mnie, podszedł i powiedział, że odsiedział cały wyrok – 25 lat więzienia. Teraz i on już nie żyje. Ich ojciec też zmarł, lata temu, na marskość wątroby. Ostała się tylko matka, która wróciła potem do swoich na wieś.
Ludmiła wyszła za mąż. Dziś jest szczęśliwą babcią.
Roman Roessler

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ