BANDYCI I CELEBRYCI: Beverly Hills po polsku

0
2067
Na tarasie w domu "Masy"

Publikujemy fragment książki „Bandyci i celebryci

KSIĄŻKĄ TU DO KUPIENIA

Jarosław Sokołowski „Masa”  stał się sąsiadem wielu znanych osób, gdy wybudował w podstołecznym Komorowie trzykondygnacyjny dom: – Włożyłem w tę chatę co najmniej dwa miliony dolarów –   podkreśla Masa, ale  w okolicy, w której roiło się od celebrytów i nuworyszów, nie wypadało mieszkać skromnie.

– Wiesz, to było taki polskie Beverly Hills – dodaje – Byłem wtedy bogatym bufonem, i trafiłem świetnie w to towarzystwo celebrytów. Ale zawsze to im zależało na znajomości ze mną, a nie na odwrót.

Wśród sąsiadów słynny gangster miał wiele osób znanych z ekranów telewizorów i pierwszych stron gazet. Wielu z nich  chwaliło sobie sąsiedztwo  mafiosa. Nie tylko dlatego, że jego obecność zapewniała spokój i bezpieczeństwo w okolicy. Dla niektórych sąsiadów znajomość z Masą  była niekiedy ratunkiem. Zwłaszcza, gdy byli na narkotykowym głodzie.

– Wówczas potrafili dzwonić do mnie po nocach, bo ich skręcało od braku kokainy. Ja co prawda nigdy nie zajmowałem się dilowaniem, ale czego się nie robi dla sąsiadów. Dzwoniłem do chłopaków i dowozili im towar. Była też pewna gwiazdka, lubiła przypudrować  sobie nosek, ale nie zawsze było ją na to stać. To wtedy wciągała mnie w barter. Kilka razy coś tam jej zasponsorowałem. Nie powiem złego słowa o niej, bo potrafiła się  odwdzięczyć. 

Jak  wspomina Sokołowski, często  ratował będącego regularnie na głodzie cele­brytę, który grzał więcej niż inni.

– Miesz­kał w pobliżu mnie, nawet kiedyś miałem kupić dom, w którym potem on zamieszkał.   W tamtych czasach, to chyba nie było filmu bez niego, to i pieniądze miał na kokę.  Spe­cja­li­zo­wał się głównie  w rolach kome­dio­wych,  ale na gło­dzie bar­dziej paso­wał do kreacji z kina moral­nego nie­po­koju. Ale był  wyjątkowo  wybredny, to i towar musiał  być pierwszy sort. Nieraz mi rzęził do słuchawki: „Jaruś, ratuj, ja już kurwa nie mogę, nie wytrzymam dłużej”. Wtedy wysy­ła­łem do niego chło­pa­ków. Wypadło pomóc sąsiadowi.

Pewnego razu kokainę celebrycie zawiózł „Zbynek”. Aktor wyszedł do niego z domu. „Zbynio” na schodach przekazał  gwiazdorowi  towar, a pieniędzy schował do kieszeni. W tym momencie na ulicy pojawił się mercedes Masy: – Król pojechał. – aktor wypowiedział te słowa z wyraźną emfazą.

Nie zawsze jednak sąsiedzi zwracali się do Sokołowskiego o dostawę koki. Czasami mieli bardziej przyziemne prośby. Pewnego dnia pewien bardzo znany  muzyk poprosił  „Masę” i „Kiełbasę”, aby podwieźli jego żonę, popularną wówczas piosenkarkę, do Warszawy. A że kobieta była ładna i młoda, to nie trzeba było długo prosić  gangsterów o przysługę. W drodze do Warszawy piosenkarkę zbajerował Kiełbasa: – Kilka razy się z nią spotkał, mieli krótki romans. Potem i ja miałem z nią bliskie relacje – „Masa” wyjawia konsekwencje tej przejażdżki do stolicy.

Po jakimś czasie przyleciała do mnie do Planety, to było  w 1997 roku, i mówi: –  Jarek ratuj, bo mokotowscy chcą zajebać piłkarza Legii. To był Rosjanin, Roman Oreszczuk, coś przeskrobał mokotowskim i jeszcze im naubliżał,  bo nie wiedział kim oni są.  Wtedy oni powiedzieli,  że go rozpierdolą. No na pewno by mu krzywdę zrobili, połamaliby co najwyżej  nogi albo ręce, i byłoby po karierze. Na pewno by go nie odpalili, bo nie było za co. Za pyskowanie nikt wtedy nie zabijał. No i pomogłem Oreszczukowi wyjść w całość z tej historii. Jednym telefonem zdjąłem mu ze łba tych mokotowskich. Zrobiłem to bardziej dlatego, że mi się ta piosenkarka podobała, niż aby wyświadczyć przysługę legionistom. Zresztą ona potrafiła mi się za  to odwdzięczyć.

Jak zauważa „Masa”, w tamtych czasach sportowcy nie byli krezusami jak obecnie: –  Byli biedni ludźmi. Nie kupowali luksusowych aut, bo nie było ich  stać.  Ówczesne gwiazdy Legii bujały się po średnich klubach i tanich burdelach, a marzyli o Planecie. Oni jeszcze wtedy nie zarabiali takich grubych pieniędzy jak obecnie. Legia, która teraz bryluje i jej piłkarze są celebrytami, to kiedyś były pachołki. Kogo tam interesowało, że to jest Dziekanowski albo Kowalczyk? To im zależało na znajomości z nami. – były gangster nie kryje lekkiej pogardy dla piłkarzy.

– Jednak legioniści potrafili odwdzięczyć się  tobie za to, że uratowałeś ich kolegę z opresji.

– To prawda. Z wdzięczności cała Legia przyjechała do La Cucarachi z różnymi prezentami dla mojego syna.

Mariusz Sokołowski, w tym czasie, jak większość chłopaków w okolicach Warszawy, kibicował Legii. Jarek  zapytałem zatem dal formalności: – Mariusz, a chciałbyś, żeby do ciebie drużyna Legii przyjechała?

– No tak tato, oczywiście, jasne.

„Masie” nie pozostało nic innego, jak sięgnąć po telefon i zadzwonić do piłkarzy: – Macie szansę  się zrewanżować,  przyjeżdżajcie do mojej restauracji w Pruszkowie do na obiadek – zaprosił drużynę z Łazienkowskiej.

– No i przyjechali.  – wspomina Masa –  Pamiętam Mięciela, no ale  cała drużyna zresztą była. Przywieźli Mariuszowi książkę o Legii z podpisami całej drużyny. Mieli też dla niego koszulkę Legii z napisem „Mariusz Sokołowski”.  Gadżetów mu nawieźli, każdy z Mariuszem pogadał. Dla niego to było fajne przeżycie. Miły gest. Niezłe show z tego wyszło, nawet telewizja pruszkowska to transmitowała.  To mi zresztą klientelę naganiało, Bo drużyna Legii w pruszkowskim lokalu raczej na co dzień nie bywała.

– Piosenkarka, która się za legionistami wstawiła, też była wówczas na obiedzie w La Cucarachi? – pytam właściciela tego lokalu.

– To była rodzinna impreza, a on do rodziny się nie zaliczała.

–  To co was łączyło?

 – Płomienny romans. Ale dbałem o nią, nawet jej dziecku kupiłem komputer.

– Jak się  to skończyło?

 – Pokochałem, pokochałem i zapomniałem. Nie potrafiła mnie usidlić, choć bardzo się starała.  Rozstaliśmy się, bo sprawy poszło za daleko, i zaczęła sobie za wielu uzurpować, choćby prawo do mnie, Zachowywała się jak żona, a żona jest tylko jedna. – zauważa Sokołowski i dodaj – Później byliśmy znajomymi (…).

Janusz Szostak

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ