KRYPTONIM „BEATKA”

0
511

Moda na  porwania dla okupu, ogarnęła w tym czasie całą Polskę. „Bawili się” w to zarówno nieletni sprawcy, jak i „rasowi” przestępcy. O ile, ci pierwsi jedynie upatrywali w okupie łatwy zysk nie dbając o szczegóły planu, to ci drudzy mieli wszystko dopracowane do perfekcji. Tak miało być i w tym przypadku.

 – Zgłosił się do nas znany jeleniogórski lekarz, który otrzymał list z pogróżkami – wspomina kapitan Stanisław Bryndza, ówczesny naczelnik Wydziału Kryminalnego Jeleniej Góry Na pierwszy rzut oka widać było, że nie jest on napisany przez nastolatków, tylko przez przestępców. List zawierał groźbę porwania i zabójstwa córeczki lekarza. Jasno wynikało z niego, że mała jest obserwowana przez sprawców, gdyż w liście zawarto parę szczegółów z jej harmonogramu dnia. Dodatkowo bandyci ostrzegli, że w przypadku zawiadomienia milicji dziewczynka zginie. Sprawcy zażądali wysokiej kwoty okupu – dodaje kapitan Bryndza – Do tego dali nam bardzo mało czasu. Pamiętam, że zgłoszenie otrzymaliśmy w poniedziałek, a w środę miał być dostarczony okup. Porywacze wyznaczyli szczegółowo miejsce i godzinę dostarczenia pieniędzy. Do przekazania miało dojść w starym schronie przeciwlotniczym, przy głównej trasie na Zgorzelec. Otwarta przestrzeń umożliwiła sprawcom obserwację schronu, milicjantom utrudniła działanie.

Udawali grzybiarzy

 Nie było czasu do stracenia, zespół naczelnika Bryndzy  przystąpił do konstruowania planu akcji. Córka lekarza została objęta dyskretną ochroną. Od razu powołano trzy grupy operacyjne. Pierwsza z nich, zajęła się bezpośrednim kontaktem z ojcem dziecka i opracowaniem listu do porywaczy z prośbą o wyznaczenie innego terminu dostarczenia okupu.

– Ten list był naszym zabezpieczeniem na wypadek, gdyby akcja się nie powiodła – wspomina kpt. Stanisław Bryndza – List zapieczętowaliśmy w wypchanej gazetami kopercie, która imitowała żądany okup. Koperta została nasączona proszkiem fluorescencyjnym.

 Zespół drugi został umiejscowiony od strony Siedlęcina, gdzie był teren zalesiony. Przebrani milicjanci, udając zbieraczy grzybów, chrustu, mieli obserwować teren i zapobiec ewentualnym przypadkowym osobom. Zespół trzeci – operacyjny, pod osłoną nocy, dzień wcześniej został ulokowany wewnątrz schronu.

– Byliśmy przekonani, że sprawcy będą od rana obserwować miejsce przekazania okupu – relacjonuje  kpt. Stanisław Bryndza Dlatego zdecydowaliśmy się dzień wcześniej wprowadzić do środka pięciu oficerów służby kryminalnej oraz przewodnika z psem tropiącym.  Milicjanci otrzymali picie, jedzenie oraz koce. Musieli zachowywać się bardzo dyskretnie. Nawet zapalenie papierosa mogło nas zdemaskować – zaznacza kapitan Dym z kanałów wentylacyjnych mógł zaalarmować przestępców.

Od Ligi Obrony Kraju, milicjanci wypożyczyli wysłużone radiostacje oraz noktowizyjne lornetki. Jedną z radiostacji umieszczono w schronie, drugą na nasypie przy zespole drugim.

– Łączność była fatalna – wspomina naczelnik – Dlatego przyjęliśmy założenie, że odwołanie akcji nastąpi jedynie przez bezpośredni kontakt zespołu pierwszego z zespołem znajdującym się w bunkrze.

Z każda minutą napięcie rosło. Znajdujący się w bunkrze milicjanci, by zaczerpnąć świeżego powietrza, podchodzili pod tunel wentylacyjny.  Owinięci w koce, jedni odpoczywali, drudzy dyżurowali u wejścia do bunkra. Najmłodszy w zespole,  Andrzej przytulił się do leżącego na kocu psa tropiącego. Ten tę przyjaźń zaakceptował, razem było im cieplej.

Walka w ciemnościach

Około godziny 21.00 na horyzoncie, od strony drogi Jelenia Góra – Zgorzelec, pojawił się lekarz z teczką, w której to znajdowała się koperta z okupem. Swoje kroki skierował do środka bunkra, gdzie miało dojść do przekazania pieniędzy. Pozostawił kopertę na stercie cegieł i szybko się oddalił.

fot-2
2 Grupa operacyjna obserwująca bunkier z zewnątrz

– Jak się okazało, nawet pogoda nie była po naszej stronie – wspomina naczelnik Stanisław Bryndza – Zrobiło się dżdżysto, tym samym ograniczając nam całkowitą widoczność. Zespół drugi został wyłączony z akcji. Przy braku łączności i widoczności, milicyjni oficerowie wydziału kryminalnego znajdujący się w bunkrze, musieli przyjąć pełną odpowiedzialność za powodzenie akcji.

Około 22.00 od strony nasypu kolejowego pojawili się sprawcy. Dwóch mężczyzn weszło do bunkra, trzeci pozostał na czatach. Nastąpiła pełna mobilizacja.

– Podejmujący okup musieli zejść po schodach, by znaleźć kopertę – wyjaśnia kpt. Bryndza Tam czekali na nich moi chłopcy.

Podczas podejmowania okupu, zespół operacyjny ruszył do ataku. Celem milicjantów było obezwładnienia przestępców. Jednym i drugim latarki wypadły z rąk, nastąpiła całkowita ciemność. Podejrzani stawiali czynny opór, wywiązała się szamotanina. W ciemnościach trudno było odróżnić swoich od sprawców. Pies pokładał na ziemię kogo miał pod „łapą”. Również jego przyjaciel, Andrzej został przez niego poszarpany za spodnie. Podejrzani, którzy byli w bunkrze, zostali obezwładnieni i zakuci w kajdanki. Sprawca stojący na czatach, po 300 metrach pościgu został ujęty przez psa tropiącego.

 – Jak się później okazało, jeden ze sprawców był już notowany w naszej kartotece kryminalnej – wspomina naczelnik – A wąskie, zygzakowate korytarze bunkra były znaną kryjówką półświatka jelenigórskiego.

Sprawcy mieli problem z przyznaniem się do winy. Zawodziła ich pamięć, twierdzili, że wybrali się akurat na spacer. W śledztwie obowiązywała zasada – są dowody, żądamy wyjaśnień. Niezbitym dowodem okazały się „świecące ręce” ujawnione  pod „magiczną” lampą. Byli zaskoczeni, że ręce i koperta świecą  jednakowym kolorem. Na  szczęście wątpliwości co do winy nie miał sąd.  Przestępcy zostali ukarani, a milicjanci mieli satysfakcję z uratowania zagrożonego życia dziewczynki i przywrócenia spokoju rodzinie szanowanego lekarza.

Milicjanci zdobyli również niezbędne doświadczenie, które przydało się w podobnych sprawach. Przekonali się, że nie da się wszystkiego przewidzieć.

– Potrzebne są wiedza, dojrzałość, odwaga, doświadczenie, instynkt oraz milicyjne rzemiosło. W sytuacjach zagrożenia życia nie ma miejsca na błędy. Każde potknięcie może mieć tragiczne konsekwencje. Milicjant biorący udział w akcji, przyjmował odpowiedzialność za ludzkie życie – kończy opowieść kapitan Bryndza.

Justyna Bryndza – Bielewicz

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ