Dzieci wyręczyły policję

0
5401

Szukano go w całej Polsce. Policja, pogranicznicy, straż pożarna, kilkakrotnie przeczesywali najbliższą okolicę. Pomoc oferowali mieszkańcy miasta i znajomi rodziny. I nic. Po siedmiu miesiącach od zaginięcia nastolatka, gdy nadzieja na znalezienie go żywym powoli umierała, na zwłoki chłopca przypadkowo natknęły się dzieci.

Teraz prokurator, która prowadziła śledztwo w sprawie ustalenia okoliczności śmierci dziecka, musi się tłumaczyć przed rzecznikiem dyscyplinarnym z karygodnych zaniedbań.

Chłopiec zaginął 25 maja 2012 r. Tego dnia wieczorem był widziany po raz ostatni, w okolicy baraków przy ul. Ceglanej w Hrubieszowie. Towarzyszący mu wówczas koledzy nie wiedzą, co się z nim stało później. Tak przynajmniej zeznali policji.

Funkcjonariusze próbowali ustalić minuta po minucie, co chłopiec robił feralnego dnia, tuż przed zaginięciem. Okazało się, że po południu w szkole była wywiadówka. Łukaszowi W. groziły jedynki na koniec roku szkolnego. Dlatego policja od razu założyła, że przestraszył się konsekwencji i uciekł. Po przyjściu ze szkoły – ustalono, że tego dnia był na wagarach – przebrał się i powiedział matce, że idzie do kolegi.

– Będę za pół godziny – krzyknął i wyszedł z domu. Przeskoczył przez rabatkę i tyle go było widać.

Szukali bez skutku

 Jak się później okazało, do kolegi jednak nie dotarł. Po około 5 minutach od jego wyjścia, do domu W. przyszedł drugi kolega Łukasza. Przyniósł jego telefon, który rzekomo pożyczył. Zdziwiło to matkę chłopca, gdyż Łukasz nigdy się z telefonem nie rozstawał. Zabierał go nawet do toalety. Poza tym, w domu został odtwarzacz mp3 – a to zdaniem matki był dowód, że chłopak nie planował ucieczki.

765455467-wygadanczuk-lukaz2

Gdy nieobecność chłopca przedłużała się, rozpoczęto – jak tłumaczono  – zakrojoną na szeroką skalę akcję poszukiwawczą. Nastolatek jakby zapadł się pod ziemię. Policja – ustami rzecznika – zapewniała, że każdego dnia penetrowane są pustostany, ogródki działkowe oraz miejsca, gdzie zbiera się młodzież, sprawdzana jest też rzeka Huczwa, teren po byłych Zakładach Przemysłu Lniarskiego „Hakon”. Rozesłano informacje do wszystkich jednostek w kraju, powiadomiono Straż Graniczną. W sklepach i na przystankach, niemal w całym regionie, zawisły zdjęcia Łukasza. W poszukiwania zaangażowali się nie tylko funkcjonariusze, ale i osoby prywatne.

– Dwukrotnie puszczaliśmy psy, specjalnie przeszkolone do wyszukiwania zapachu zwłok. Było to w czerwcu i październiku. Za ich pomocą przeszukiwano między innymi zarośla przy ul. Gródeckiej, w pobliżu miejsca znalezienia zwłok. Nie podjęły tropu. Policjanci i pogranicznicy przeczesywali teren na quadach. Zrobiliśmy naprawdę wszystko, co było w naszej mocy – zapewnia Edyta Krystkowiak, oficer prasowy KPP w Hrubieszowie.

Widząc bezradność policji w poszukiwaniach, rodzina W. wynajęła detektywa, aby ten swoją drogą szukał chłopca. Efekt jego pracy był żaden.

W lipcu 2012 roku, gdy matka chłopca złożyła zawiadomienie do prokuratury o uprowadzeniu Łukasza, w sprawę zaangażowali się śledczy. Nie prowadzili czynności poszukiwawczych (bo to działka policji) tylko wykonywali czynności procesowe pod kątem ewentualnego uprowadzenia. Nie przyniosły oczekiwanych rezultatów.

– Byliśmy u wróżki, jasnowidza. Raz mówili, że Łukasz nie żyje. Innym razem, że żyje i że znajdzie się w marcu – żaliła się babcia chłopca.

Rodzina szukała dziecka również za pośrednictwem Fundacji Itaka.

Czarny wygon

Dlaczego zatem nie przeczesano najbliższej okolicy – tzw. wygonu – terenu w pobliżu starej oczyszczalni ścieków, tuż za przedszkolem numer 1?

To właśnie tam, zjeżdżające na sankach dzieci dokonały makabrycznego odkrycia. Wiszące na smyczy od kluczy – zawieszonej na cienkiej gałęzi – zwłoki (w pozycji klęczącej) na dobre przeraziły chłopców. Natychmiast pobiegli do mieszkającego w pobliżu mężczyzny, a ten zadzwonił na policję. Było to  17 grudnia 2012 roku,  po godzinie 15. Ciało wisiało,  jakieś 400 metrów od domu W.

Bawiące się na tzw. wygonie dzieci dokonały makabrycznego odkrycia. Znalazły wiszące na gałęzi drzewa wyschnięte zwłoki

Zwłoki zostały przewiezione do szpitalnego prosektorium, gdzie poddano je sądowo – lekarskim oględzinom. Szczątki były w stanie daleko posuniętego rozkładu, uniemożliwiającego dokładną sekcję zwłok.

W całości zachowało się ubranie, jakie Łukasz miał na sobie w dniu zaginięcia (żółta koszulka, dżinsy, buty). 18 grudnia ojciec zaginionego chłopca – na podstawie okazanych mu ubrań – dokonał identyfikacji. Przy zwłokach znaleziono również klucze od mieszkania.

Lekarz sądowy ustalił, że przyczyną śmierci było uduszenie przez powieszenie. Jak to możliwe, że przez tak długi okres policja nie trafiła na zwłoki?

 – To zarośnięte chaszczami miejsce. Wszystko wskazuje na to, że policjanci i strażacy po prostu tam nie zajrzeli – tłumaczył rzecznik prasowy KWP w Lublinie, gdy sprawa nabrała większego rozgłosu.

Dzieci wyręczyły policję

Zewsząd posypały się gromy na policjantów. – Jak to możliwe, że przez ponad pół roku nikt nie zauważył ciała? Tamten teren był ponoć szczegółowy przeczesany. Ciało nie było zakopane, zabetonowane. Wystarczyło tylko dobrze przeszukać. Poza tym rozkładające się zwłoki musiały wydawać jakiś zapach, szczególnie w lecie – dziwili się mieszkańcy miasta.

KWP w Lublinie wysłała do Hrubieszowa kontrolerów, którzy wytknęli swoim kolegom szereg poważnych błędów w początkowym, czyli najważniejszym, okresie poszukiwań.

Matka chłopca zgłosiła zaginięcie syna w piątek, 25 maja o godzinie 22.05. Mówiła, że syn kilka godzin wcześniej wyszedł z domu i nie wrócił. Wówczas rozmawiał z nią zastępca oficera dyżurnego Jacek Sądej. Jest nagranie z dyżurki, w którym kobieta informuje, że tego dnia była wywiadówka, i że Łukasz ma kiepskie stopnie. Dlatego początkowo sądzono, że chłopiec uciekł z domu. Jeden z funkcjonariuszy jeździł z matką po hrubieszowskich ulicach, szukając chłopca.

 – Dyżurny przyjmujący zgłoszenie zareagował błędnie. Powinien od razu powiadomić o zaginięciu komendanta KPP w Hrubieszowie lub jego zastępcę. Nie zrobił tego – wyjaśniał po kontroli mł. insp. Janusz Wójtowicz, rzecznik prasowy KWP w Lublinie  – Małoletni, czy osoby chore, należą do tak zwanej pierwszej kategorii osób zaginionych. W takiej sytuacji komendant może zarządzić alarm, ściągnąć wszystkich funkcjonariuszy. Pierwszy okres po zaginięciu jest kluczowy. Poza tym teren poszukiwań powinien zostać podzielony na sektory i dokładnie przeczesany.

Kolejne wnioski pokontrolne. Hrubieszowska komenda posiada psa tropiącego. Traf chciał, że w tamtym okresie jego przewodnik był na zwolnieniu lekarskim. W takiej sytuacji zwierzę można było wypożyczyć z placówki Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej w Hrubieszowie. Ale tego nie zrobiono. Poza tym pogranicznicy dysponują śmigłowcem z kamerą termowizyjną. Gdyby komendant policji od razu został powiadomiony, mógłby poprosić o takie wsparcie.

Komendant Krzysztof Bartosiewicz i jego zastępca Adam Gronkiewicz o zaginięciu chłopca dowiedzieli się dopiero w poniedziałek, gdy po weekendzie przyszli do pracy. Rozważali wówczas wykorzystanie psa tropiącego. Ale uznali, że po trzech dniach jest mało prawdopodobne, by pies podjął trop.

Jeszcze w trakcie kontroli KWP w Lublinie, komendant powiatowy i jego zastępca napisali raporty o przejście na emeryturę. Tym samym uniknęli odpowiedzialności, a poza tym zyskali wysokie emerytury i odprawy. W raporcie napisali, iż odchodzą z pracy w związku z nabyciem przez nich praw emerytalnych. Ale prawa emerytalne w policji nabywa się po 15 latach służby. A komendant Bartosiewicz przepracował w policji 23 lata. Jego zastępca 2 lata dłużej.

Prokurator odsunięta

KWP w Lublinie kontrolowała tylko akcję poszukiwawczą zaginionego chłopca. Z chwilą znalezienia jego zwłok, czynności procesowe –  mające wyjaśnić okoliczności śmierci gimnazjalisty – rozpoczęła Prokuratura Rejonowa w Hrubieszowie. Jak się okazało, oba postępowania były prowadzone w sposób niewłaściwy. Śledztwo miało dać odpowiedź na pytanie, czy to był zamach samobójczy, na co wszystko wskazywało.

Pogrzeb Łukasza, który odbył się dwa dni po znalezieniu zwłok, nie zakończył przykrych dla rodziny wydarzeń. 2 stycznia, matka chrzestna Łukasza W. zapalając znicz w miejscu znalezienia ciała, znalazła drobne fragmenty kości dłoni. Zawiadomiła policję. Funkcjonariusze i prokurator natychmiast udali się na miejsce. Ogrodzili teren policyjną taśmą. Przy pomocy straży pożarnej, która rozmroziła grunt, ponownie przeszukali miejsce. Znaleziono kolejne fragmenty kości. Ale to nie koniec. Kilka dni później, tym razem rodzice znaleźli ząb i kłębek blond włosów.

Dlaczego nie znaleziono ich wcześniej? Śledczy zasłaniają się warunkami pogodowymi. – Były prowadzone czynności z udziałem nie tylko naszej policji, ale i funkcjonariuszy z KWP w Lublinie. Biegły medycyny sądowej stwierdził, że brakuje pewnych elementów kośćca i ich poszukiwano – dodaje prokurator Artur Kubik, szef PR w Hrubieszowie – Wtedy ich nie ujawniono, gdyż pokrywa śnieżna i mróz uniemożliwiały penetrację terenu.

Rodzice  Łukasza wiedzieli, że to szczątki ich dziecka. Niepotrzebne im były badania DNA.  Te jednak się odbyły – by w stu procentach potwierdzić, że to zaginiony, od jego siostry i rodziców pobrano materiał porównawczy.

Badania wykazały zgodność polimorficzną szczątków znalezionych na miejscu zdarzenia w styczniu tego roku ze zwłokami pochowanymi w grudniu ubiegłego roku. Były to z całą pewnością zwłoki zaginionego w maju Łukasza W. Stwierdzono, że szczątki przekazane do badań, stanowią całość szkieletu ludzkiego. Na szczątkach nie stwierdzono śladów obrażeń. Przyczyną śmierci stało się gwałtowne uduszenie przez powieszenie i nic nie sprzeciwia się przyjęciu, że zgon nastąpił 25 maja 2012 roku, czyli w dniu zaginięcia.

Opinia Zakładu Medycyny Sądowej trafiła do Prokuratury Okręgowej w Zamościu.

– Prokurator, gdy przyjeżdża na miejsce, gdzie są znalezione ludzkie zwłoki, jako organ nadrzędny powinien koordynować działania policji i lekarza medycyny sądowej – tłumaczył wówczas Marek Grodzki, szef Prokuratury Okręgowej w Zamościu –  Sytuacja, w której rodzina po jakimś czasie znajduje szczątki, jest wysoce nieprawidłowa. Dlatego prokurator prowadząca czynności procesowe została odsunięta od śledztwa (które po jakimś czasie zostało umorzone – przyp. red.).

Za niewłaściwe zabezpieczenie miejsca tragedii, odpowiedzialna jest Edyta Zając z Prokuratury Rejonowej w Hrubieszowie. Przez swoje zaniedbania, naraziła rodzinę Łukasza na dodatkowe cierpienia.

Ale na tym nie koniec. Prokurator okręgowy – po zapoznaniu się z aktami, w tym opinią biegłych patologów – wystąpił do rzecznika dyscyplinarnego w Prokuraturze Apelacyjnej o wszczęcie wobec prokuratorki postępowania dyscyplinarnego. Ze względu na to, że w lipcu rodzina chłopca złożyła zażalenie na postanowienie prokuratury o umorzeniu śledztwa, rzecznik dyscyplinarny przez kilka miesięcy nie mógł zapoznać się z aktami tej bulwersującej sprawy. A rodzice Łukasza zakwestionowali podaną w opinii datę zgonu, wskazywali na możliwość uprowadzenia chłopca, wnosili, aby zasięgnąć opinii biegłego stomatologa na okoliczność utraty zębów. Jednak pod koniec października Sąd Okręgowy w Zamościu utrzymał w mocy postanowienie o umorzeniu śledztwa.

Aneta Urbanowicz

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ