Cztery ciała w oczekiwaniu na sprawiedliwość

0
1404
 – Nie ma ciał, nie ma sprawy – miał powiedzieć Mariusz B. do policjantów. Miał na myśli osoby  ze swojego najbliższego otoczenia. Męża i córkę swojej kochanki, jej partnera do tańca oraz księdza, u którego jako chłopak służył do mszy. Wszystkich ich prawdopodobnie zabił.
 Był czerwiec 2007 roku. Mariusz B. oraz jego o kilka lat młodszy kuzyn, Krzysztof R., zostają zatrzymani przez stołeczną policję pod zarzutem porwania i uprowadzenia biznesmena Henryka S. W momencie zatrzymania Mariusz dopytuje, czy ma to związek z zaginięciem Zbigniewa D. i jego córki  Aleksandry D., których nikt nie widział od 2006 roku.
Jednak policja nie ma żadnych haków na zatrzymanych. Funkcjonariusze zaczynają jednak łączyć z pozoru niezwiązane ze sobą porwania Oli, Zbyszka i Henryka.  W 2008 roku natrafiają na kolejne uprowadzenie, tym razem księdza Piotra S.
Seria porwań ma wspólny mianownik  – jest nim  Mariusz B.  We wrześniu 2009 roku śledczy po raz kolejny zatrzymują Mariusza i Krzysztofa.
Czy Mariusz B. jest seryjnym zabójcą? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć warszawski Sąd Okręgowy, przed którym od dwóch lat toczy się proces. Mariuszowi grozi dożywocie za czterokrotne zabójstwo, Krzysztofowi – 10 lat za zacieranie śladów i uprowadzenia.
 Krąg zła i namiętności
Mariusz B. poznaje Zbigniewa D. w połowie lat 90. w chórze kościelnym, w którym razem śpiewają. Zbigniew pomaga mu finansowo, zatrudnia go w swoim sklepie z biżuterią. Po jakimś czasie Mariusz zamieszkuje razem z Państwem D., pomaga przy wszelkiego rodzaju pracach domowych.
Za przyzwoleniem głowy rodziny, wdaje się w romans z Małgorzatą D., żoną Zbyszka. Dlaczego za przyzwoleniem? Od jakiegoś czasu tajemnicą poliszynela jest fakt, że Zbigniew jest biseksualistą, bywa w gejowskich klubach. Rozpad małżeństwa, to tylko kwestia czasu. Ze związku kochanków rodzi się córka, która otrzymuje nazwisko Zbyszka. W 2001 roku Małgorzata z młodszą  córką wyprowadza się do wynajętego mieszkania i zamieszkuje z Mariuszem.
Wszyscy utrzymywani są przez Zbigniewa, który zamieszkuje wraz ze swoją starszą córką Olą i matką Genowefą. To właśnie ona, babcia Oli – na prezentowane w sądzie nagranie z przesłuchania i przyznania się Mariusza B. do uduszenia swych ofiar – reaguje dramatycznym: Zabiję Cię!
 Mariusz B. utrzymuje posągowy wyraz twarzy i notuje każde słowo, które pada na sali sądowej. Drugi z oskarżonych, Krzysztof R. zachowuje się tak, jakby cała sprawa jego nie dotyczyła. Można odnieść wrażenie, że zasypia w trakcie rozprawy.
Policjant z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw KSP, który pracował nad tą sprawą, przedstawia dodatkowe dramatyczne szczegóły wspólnego życia małżeństwa D. z Mariuszem B. : – Mariusz nie był kochankiem jedynie Małgorzaty. Ta sprawa wymyka się standardowemu osądowi. Małżeństwo D. żyło w trójkącie miłosnym z Mariuszem B., Zbyszek był biseksualistą, odwiedzał gejowskie kluby wraz z córką Olą i jej znajomymi.
 Nieoficjalnie dowiadujemy się także, że małżeństwo urozmaicało swoje życie seksualne, włączając w niewybredne zabawy znajomych z parafii, w tym księży i zakonnice.
Od kiedy rodzina D. ulega rozpadowi, Ola zaczyna odczuwać strach przed konkubentem matki, a  z nią –  traci kontakt.
Ola miała pewne poczucie strachu. Prosiła na przykład znajomych o odwiezienie pod szkołę. Miał ją śledzić srebrny opel (samochód Mariusza B. przyp. red.) – zeznał na rozprawie świadek Maciej W., znajomy Oli.
 Ola sygnalizuje znajomym, że konkubent matki zastrasza ją i ojca, szantażuje i wymusza pieniądze.
5 kwietnia 2006 roku Zbigniew D. zostaje porwany przez kochanka swojej żony. Mariusz B. wywozi go do Starej Miłosnej, gdzie mieszka D. Tam zastrasza go przy użyciu pistoletu (Zbyszek, w trakcie spotkań ze znajomymi po porwaniu, miał pokazywać ślady lufy odciśnięte na czole), zmusza go do podpisania polisy ubezpieczeniowej na kwotę 2 mln zł na korzyść Małgorzaty (okaże się być nieważna – brakuje badań lekarskich), wymusza obietnicę rozwodu. Na miejscu jest też drugi z oskarżonych, Krzysztof  R. Zbyszek po podpisaniu polisy pije z nimi wódkę, po jakimś czasie wszyscy się rozchodzą.
Podczas spotkań ze znajomymi, Ola i Zbyszek sygnalizują, że boją się Mariusza, jednak proszą wszystkich o dyskrecję. Nikt nie zgłasza policji pierwszego uprowadzenia Zbigniewa i próby zastraszenia. Mimo, iż Ola daje do zrozumienia, że coś się może stać.
Kto przy zdrowych zmysłach czeka, aż go porwą? – teatralnie dopytywał świadek, Maciej. W. – Środowisko Zbyszka i Oli było bardzo charakterystyczne – przyznaje policjant – Znajomi byli od Zbyszka uzależnieni. Był niejako ich sponsorem, jednej znajomej sfinansował ślub w Australii – wyjaśnia funkcjonariusz.
   – Mariusz B. miał świadomość tego, iż D. mogą pójść na policję. Jednak po pierwszym porwaniu rozstali się w zgodzie. Były to osoby bardzo ze sobą związane, wcześniej funkcjonujące jako rodzina. Trudno tłumaczyć zachowania ich znajomych, jako irracjonalne. Po prostu, nie wtrącali się w sprawy rodzinne – tłumaczy prokurator Przemysław Nowak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie. To jednak wciąż nie wyjaśnia zastraszenia całego kręgu Oli i Zbyszka i braku jakichkolwiek działań prewencyjnych. Dochodzi do porwania numer 2.
Pętla strachu zacieśnia się
 10 kwietnia 2006 roku Zbyszek zostaje zaproszony przez Mariusza na kolację do mieszkania kochanków przy ul. Dzielnej w Warszawie. Zabiera ze sobą Olę, która bardzo się cieszy na spotkanie z matką i siostrą. Dlaczego Zbyszek jedzie do swojego niedawnego oprawcy? Chce zrobić przyjemność córce, która utraciła dobre relacje z matką?
Zbyszek był osobą, która żyła w innej rzeczywistości  – ocenia niezrozumiałą decyzję Zbigniewa D., świadek Maciej W.
Zbyszek i Ola informują znajomych o swojej wizycie u Mariusza i Małgorzaty. Potem jeszcze kontaktują się z nimi i uspakajają, że wszystko jest w porządku. Ci jednak wyczuwają w ich głosach niepokój.
Do mieszkania Mariusza i Małgorzaty jednak nie docierają. Dlaczego Małgorzata nie niepokoi się nieobecnością bliskich jej osób?
  – Najprawdopodobniej nic nie wiedziała o tym, że Zbyszek oraz Ola mieli być u niej tego dnia – przedstawia hipotezę ze śledztwa prowadzący je policjant. Policjanci nie wierzą, że Małgorzata nie miała nic wspólnego z wyczynami Mariusza. Są pewni, że musiała wiedzieć, co się dzieje. Ale nie mają na to dowodów.
Mariusz B. oraz Krzysztof  R. wywożą Olę i Zbyszka do Pułtuska, na działkę rodziców Krzysztofa R. W nocy z 10 na 11 kwietnia Ola zostaje odwieziona przez Mariusza B. do swojego chłopaka, Piotra W. Jest przerażona, nie chce mu jednak opowiadać szczegółów. Pragnie wrócić do Pułtuska, gdzie nadal przetrzymywany jest – przez Krzysztofa R. –  jej ojciec. Mariusz B. informuje dziewczynę o tym, że jeśli zgłoszą porwanie na policji, to ojcu stanie się krzywda.
Wciąż jest czas, aby zawiadomić organa ścigania i przekazać informację o miejscu przetrzymywania. Irracjonalna pętla strachu zacieśnia się wokół przyszłych ofiar oraz ich znajomych.
Tymczasem Ola prosi o odwiezienie do Mariusza B. Chce wracać do ojca. Jej chłopak przystaje na to. Następnego dnia Ola zostaje ponownie odwieziona przez Mariusza B. na działkę w Pułtusku i dołącza do ojca. Od tego momentu ślad po ojcu i córce ginie. Znajomi oraz chłopak Oli mają otrzymywać od niej i Zbyszka sms-y.  Jednak, jak poinformował jeden z  policjantów,  nie mogły to być sms-y od porwanych, gdyż nie używali w nich umówionych wcześniej haseł. W tym czasie prawdopodobnie już nie żyli.
Zaczynają się gorączkowe poszukiwania.
 –  Czy pytał się pan Piotra W., dlaczego ten pozwolił Oli na powrót do porywaczy? – dopytywał sędzia Marek Celej świadka, Macieja W. – Nie, nie pytałem, dlaczego pozwolił jej jechać. Znając Olę i jej miłość do ojca, nie dziwiłem się, że jej chłopak puścił ją wolno do porywaczy – zeznał.
Inny ze świadków, kolega Oli, Paweł  G. zeznał, że dziwne mu się wydało, iż Mariusz przywiózł Olę do Piotra, a ten następnie ją puścił. – Nigdy bym tak nie postąpił – dodał.
Początkowo Piotr W. rozpoczął poszukiwania na własną rękę. Potem, z  udziałem znajomych Oli, jeździł po mieście, ale zachowywał się dziwnie, jakby został wcześniej zastraszony. O tym, że Ola była u niego w dniu porwania, powiedział dopiero po tygodniu. Znajomi zaczęli podejrzewać, że chłopak dziewczyny także jest zamieszany w jej porwanie.
 – Być może chłopak Oli zachowywał się dziwnie. Nie chciał się angażować w poszukiwania, zostawił wszystko policji. O tym, że Ola była u niego z 10 na 11 kwietnia 2006 roku, powiedział znacznie później. Zachowywał się może inaczej, niż można się było spodziewać – ale nie mamy dowodów, by utrudniał czynności śledcze – informuje rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
W trakcie poszukiwań Piotr sugeruje, że porwania wcale nie dokonał Mariusz B., rzuca cień podejrzenia na innych. Ale innych nie ma.  Policja sprawdza logowania na konta internetowe Oli. Już po jej zniknięciu było ich kilka. Ustaliła, że logował się chłopak dziewczyny. Ma on sugerować, iż lepiej zostawić tę sprawę, że Mariusz B. ma powiązania ze światem przestępczym. Tym rewelacjom –  jakoby Mariusz B. był  gangsterem o pseudonimie  „Bolo” – zaprzecza rozmawiający z „Reporterem” policjant.
Do tańca  i nie tylko do różańca
Kolejną ofiarą Mariusza B. i Krzysztofa R. jest Henryk S. Mężczyzna uczęszcza do szkoły tańca i jest partnerem tanecznym Małgorzaty D. Mariusz B. jest o nią zazdrosny. W marcu 2007 roku Mariusz uprowadza mężczyznę i ponoć wywozi w kierunku Mławy. Ten kierunek nie wydaje się być realny policjantom. Gdyż chwilę po porwaniu, Krzysztof  R. wypłaca w Wyszkowie  pierwsze pieniądze (7 tys. zł)  z konta ofiary.  Mariusz B. jest tym razem sprytniejszy. Przewiduje, że policja może sprawdzać logowania telefonu. Zostawia więc w domu wyłączoną komórkę, każe Krzysztofowi kupić inną, z której kontaktują się z rodziną Henryka S. aby wpłaciła 50 tys. zł okupu.
– Prawdopodobnie Henryk. S. był przez dłuższy czas przetrzymywany. Świadczyć ma o tym fakt, że zdołali wyciągnąć od swojej ofiary informacje na temat kart bankowych, numer telefonu jego córki. Mariusz wysyłał do rodziny porwanego sms-y w jego imieniu. Jednak rodzina wydedukowała, że nie Henryk jest ich autorem – wyjaśnia policjant. Henryk S. miał  w nich stosować sformułowania, których by nigdy nie użył. Najprawdopodobniej już wówczas nie żył.
Na nagraniach policyjnych z przesłuchania Mariusza B. twierdzi on, że Henryk S. został uduszony i zakopany w lesie w okolicach Mławy. Motyw? Finansowy, choć prawdopodobnie nie tylko. Mariusz B. był zazdrosny o Małgorzatę, która miała być kochanką także Henryka S.
Ksiądz Piotr S., dyrektor Warszawskiego Festiwalu Piosenki Chrześcijańskiej, to także znajomy Mariusza B. Przed laty służył u księdza na warszawskiej Sadybie, jako ministrant. Ponoć Mariusz B. miał być przez księdza wykorzystywany seksualnie, o czym sam B. wspomniał w trakcie przesłuchań. Mariusz  miał też u księdza mieszkać, być jego dość osobliwą pomocą domową, co potwierdzają świadkowie. Czwarte zabójstwo ma motyw osobistej zemsty.
  Mamy świadków, którzy jednak mówią o tym, co przekazał im Mariusz B. Wersja ta jest prawdopodobna i biegli z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie wskazują, iż był to prawdopodobny motyw działania Mariusza – mówi prokurator Przemysław Nowak.
Kamery monitoringu zarejestrowały, jak ksiądz Piotr S. wysiadł ze swojego samochodu, ale do parafii nigdy nie wrócił. Mariusz B. miał udusić księdza opaskami zaciskowymi.
– Mariusz, od kiedy odszedł z plebanii księdza S.,  nie utrzymywał z nim żadnego kontaktu. Na dwa, trzy miesiące przed zaginięciem księdza, miał się jednak z nim skontaktować. Dowodem, na porwanie księdza przez Mariusza, są między innymi odnalezione w samochodzie księdza dowody zapachowe wyjaśnia policjant.
Wszystkie ofiary udusił?
 Jak zeznał jeden z policjantów, Mariusz B. w momencie zatrzymania: Był nad wyraz spokojny, bez emocji, opanowany, kulturalny, kontaktowy.
Do dziś nie odnaleziono tych osób ani ich ciał
Wówczas, w 2009 roku znaleziono przy nich mnóstwo podejrzanych przedmiotów, których normalnie kierowcy nie wożą ze sobą – opaski zaciskowe, czarne ubrania i chusty na twarz, lornetkę, atrapę broni krótkiej, łopatę, skradzione tablice rejestracyjne:  – Dobór tych rzeczy dawał do myślenia, że mogły być użyte do przestępstwa – wyznał policjant.
Samochód, którym jechali, był dokładnie wyczyszczony, nie zawierał żadnych śladów użytkowania, żadnych śladów biologicznych. Znaleziono także środek chemiczny (celowo nie podajmy jego nazwy): – Ta silna zasada, wielokrotnie wykorzystywana była przez zabójców w celu pozbycia się tkanek miękkich i kostnych – jak wyjaśniał policjant na sali sądowej. Śledczy ustalili, że specyfik zakupił Krzysztof R. ze swojego konta na portalu internetowym.
Mimo, że nie ma ciał, prokuratura uważa, że dobór materiału jest wystarczający, aby skazać oskarżonych. Są  zeznania świadków, mających wyraźnie wskazywać na Mariusza B. jako porywacza, a jednocześnie zabójcę, są  logowania z miejsc porwania Oli i Zbyszka, bilingi.
Dowody są mocne i w mojej ocenie dojdzie do skazania oskarżonych – podsumowuje prokurator Nowak.
Domek w Pułtusku, gdzie przetrzymywano Olę i Zbyszka, został spalony Najprawdopodobniej dokonał tego Krzysztof  R., na co wskazywał nawet jego ojciec.
 Domek został podpalony od środka, nie było śladów włamania z zewnątrz (tylko wewnątrz). Na zewnątrz znajdowała się wanna wypełniona gołębimi odchodami. Biegli z fizyko-chemii ustalili, że jeśliby zbadać zasadowość odchodów gołębich oraz sody kaustycznej, w której mogły być rozpuszczone ciała Zbyszka i Oli, wyjdzie ten sam odczyn. Także niemożliwe jest ustalenie, czy ciała ojca i córki zostały tam unicestwione – wyjaśnia policjant. I jednocześnie dodaje, że ktoś musiał jednak wiedzieć, że odchody gołębie plus środek chemiczny, którego użył, uniemożliwiają w późniejszym czasie jakiekolwiek badania chemiczne pomocne w odpowiedzi na pytanie, czy rozpuszczono tam ciała.
Dodatkowo, do akt sprawy dołączone są nagrania z przesłuchania policyjnego Mariusza B., w którym przyznaje się on  do winy: – To dość mocny dowód w postaci ekspertyzy z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie – która wskazała na psychologiczną wiarygodność zeznań Mariusza B. oraz na motyw działania. Biegli w takim badaniu sprawdzają zdolność do konfabulacji B., naturalność zachowań przesłuchiwanego – wyjaśnia prokurator Przemysław Nowak. W trakcie przesłuchań Mariusz B.  miał się zachowywać „specyficznie”. – Zdawał sobie sprawę, jakie zarzuty mogą mu grozić, był jednak spokojny, uśmiechał się, było w tym trochę ironii. Taka osoba zachowuje się nieco inaczej, a u niego  wyglądało to tak, jakby się szczycił tym, co zrobił – zeznał policjant.
W trakcie tego zeznania Mariusz B. opowiada minuta po minucie przebieg zdarzeń,  kiedy i jak dusił swoje ofiary (wszystkie miały zostać pozbawione życia przez uduszenie), a następnie, w jakich miejscach je pochował. Policjanci sprawdzali miejsca wyrysowane przez Mariusza B. na kartce, jednak te poszukiwania spełzły na niczym. Mariusz B. wciąż wodził policję za nos. Dodatkowo, policjanci oskarżeni byli o pobicie obu zatrzymanych i tym samym o wymuszanie niekorzystnych dla oskarżonych zeznań. Funkcjonariusz kwituje to krótko: – Krzysztof R. powiedział mi później, że do takich zeznań namówił go adwokat.
Policjanci zostali uniewinnieni. Na nagraniach jednak widać trudność, z jaką Mariusz B. podnosi szklankę do ust. Na sali sądowej wypowiada się negatywnie o prezentowanych nagraniach. Do zeznań miał być przymuszony siłą, poprzez bicie, podpalanie genitaliów, policjanci kazali mu klęczeć i chodząc wokół niego wykrzykiwali: „Odpowiedź!”. Jeśli była satysfakcjonująca, to ją nagrywano. Mariusz miał używać słów i sformułowań, których przed zatrzymaniem nie znał – jak choćby „porwanie dla korzyści majątkowych”.
Byłem wtedy nieprzytomny ze strachu. Byłem nauczony, co mam mówić – zeznał Mariusz B. Powiedzieli, że mamy bardzo dużo czasu na przesłuchanie.
Nie ma ciał jest sprawa
 Szokuje bezkarność bandytów. Zatrzymani po raz pierwszy w 2006 roku (w związku ze zniknięciem Zbyszka i Oli) oraz w  2007 roku (zniknięcie Henryka S.) dalej dokonywali porwań oraz zabójstw, aż ręka sprawiedliwości dopadła ich dopiero w 2009 roku po porwaniu księdza. Wtedy to osadzono ich w więzieniu z wyrokami 4 i 5 lat za porwania. Sprawę jednak umorzono, ze względów formalnych – w sprawie tej orzekał sąd rejonowy, zamiast okręgowego. Kiedy wychodzili z więzienia, policja dysponowała już kompletnym materiałem dowodowym i zostali natychmiast ponownie zatrzymani. Mariuszowi B. przedstawiono zarzut zabójstwa, Krzysztofowi R. zarzut zacierania śladów, kradzieży oraz uprowadzenia. Sprawa wciąż jest na wokandzie, jej finał  ma nastąpić pod koniec roku.

Z Mariuszem B. policjanci często nawiązywali niby towarzyskie rozmowy. Tuż po zatrzymaniu B. miał im powiedzieć:  –  Skoro nie ma ciał, nie ma sprawy.
 – Nas to zdziwiło, to takie filmowe określenie – zeznał drugi z policjantów prowadzących tę sprawę, z wydziału kryminalnego KSP – Szybko się jednak zreflektował i dodał: „Henryk na pewno żyje”.
Takich gaf  Mariusz B. miał popełnić więcej. Jak powiedział jeden z policjantów, Mariusz miał mu kiedyś wyznać: – Jeśli kiedykolwiek uzna za stosowne powiedzieć, gdzie są zwłoki, to powie to mi, ewentualnie drugiemu policjantowi prowadzącemu śledztwo.
W trakcie prezentowanego w sądzie nagrania z przesłuchania Krzysztofa R., na sali sądowej nie było jego bliskich. Były za to matki – Mariusza B. oraz Małgorzaty D. Najwyraźniej zaprzyjaźnione.
 – Proszę spojrzeć, wygląda jak zbity pies na wycieraczce – inicjuje rozmowę matka Małgorzaty, wskazując na zgarbioną sylwetkę Krzysztofa R. na nagraniu. Faktycznie, Krzysztof R. wygląda na mocno przestraszonego, zarzeka się, że będzie mówił prawdę, w trakcie całego przesłuchania ma na sobie kajdanki. Przed nagraniem miał być, jak mówi mi matka Małgorzaty D.:  Bity, zakładano mu na głowę torbę foliową. Dlatego jest taki otumaniony i niepewny – bawi się w domysły teściowa Zbyszka.
 Biegli psychiatrzy orzekli, że iloraz inteligencji Krzysztofa jest mocno poniżej przeciętnej, a badany wykazuje bardzo duże uzależnienie od Mariusza B. Co znajduje potwierdzenie w jego zeznaniach na nagraniu policyjnym.
Mariusz, jak coś mi kazał, to z reguły nie pytałem o co mu chodzi. Nie zadawałem mu nigdy  pytań.
Na pytania  śledczych o drugie porwanie Zbyszka i Oli D., zeznał: – Też mnie dziwiło, dlaczego mam z nimi jechać. Ale nie zadawałem pytań. Ola była radosna i uśmiechnięta. Nie było widać, że była przetrzymywana. W pewnym momencie Mariusz powiedział, żebym wziął jego samochód i pojeździł nim sobie po Pułtusku. Miałem wrócić na określoną godzinę.
Po powrocie Mariusz miał mu powiedzieć, że Ola i Zbyszek już odjechali: – Potem od policji dowiedziałem się, że to było porwanie – zeznał. Jego relacje z Mariuszem wyjaśnia też następujący fragment nagrania: – Wykonywałem jego polecenia. Miałem na przykład sprzątać, wychodzić z psem. Jak czegoś nie chciałem zrobić, to Mariusz się denerwował. Stosował psychiczną formę gniewu. Wiedziałem, że muszę to zrobić. Bałem się, że stracę więzi z nim, że każe się wynosić, że zostanę sam. Mieliśmy taką relację, że jak czegoś nie wiem, to nie zadaję pytań.
Parę dni po dokonaniu zabójstwa Oli i Zbyszka D.,  Krzysztof  R. miał wrócić do Pułtuska i  dokładnie wysprzątać cały dom. Akt oskarżenia obejmuje ponadto dokonane przez niego kradzieże (wypłaty z konta Henryka S.). Czy jednak wiedział o dokonywanych zabójstwach? Czy zdawał sobie z nich sprawę? Krzysztof R. według prokuratury nie uczestniczył w tych zabójstwach. Uczestniczył w porwaniu Oli i Zbyszka, następnie w zacieraniu śladów przestępstwa, ale brak jest dowodów, aby uczestniczył w samych zabójstwach. Nie miał już udziału w uprowadzeniu Henryka S. czy księdza Piotra S.
Według policji Krzysztof  R. – przy tak dużym uzależnieniu i wpływie kuzyna oraz niskim ilorazie inteligencji – być może faktycznie nie zdawał sobie sprawy z poczynań Mariusza. Na pytania policjanta, co Mariusz B. kazał mu mówić, jaką wersję podawać, jak się zachowywać w trakcie zatrzymania? Krzysztof  R. bardzo długo milczał. Nie odpowiadał. Wciąż boi się Mariusza B.
Matka Mariusza B. nie przyjmuje do wiadomości, że jej syn mógłby kogoś zabić. Twierdzi, że policjant, który Mariusza przesłuchiwał, powiedział jej w 2011 roku, że „winny czy  niewinny i tak go wsadzę”. Twierdzi, że  sama miała być przez policję pobita w 2011 roku, kiedy Mariusz i Krzysztof wyszli z więzienia i natychmiast zostali przez policję zatrzymani.
Matka Małgorzaty niejako próbuje zrzucić winę na swojego zięcia, oskarżając go, że był złodziejem, krętaczem i nie wolno mu było ufać. Małgorzata od początku wiedziała, że przyszły mąż ma skłonności homoseksualne. Według niej Zbyszek w akcie zemsty wywiózł gdzieś córkę Olę, a ta szpikowana jakimiś narkotykami nie próbuje nawiązywać kontaktu z nikim z bliskich. Po części taka jest też linia obrony – Zbyszek i Ola mają się ukrywać za granicą.
Jak zakończy się ta arcytrudna sprawa?
 – Wypuszczenie Mariusza B. na ulicę jest skazaniem kolejnej osoby, która się do niego uśmiechnie, na pewną śmierć – konkluduje policjant.
Nie jestem kretynem
 Mariuszem B.  udało mi się spotkać tuż przed świętami, za zgodą Przewodniczącego XII Wydziału karnego Sądu Okręgowego w Warszawie oraz dzięki uprzejmości dyrekcji AS Białołęka, gdzie przebywa  oskarżony o poczwórne zabójstwo
Mariusz B. w trakcie rozmowy zachowywał się bardzo spokojnie, jak na osobę oskarżoną o dokonanie czterech zabójstw. Opanowany, kulturalny, metodycznie odpowiadał na pytania, na niektóre – odmawiał odpowiedzi. Rzeczowo, krótko, przez cały czas patrząc prosto w oczy, nie uciekał wzrokiem.  – Rzeczywiście, jestem osobą dość skrytą,  nie uzewnętrzniam swoich emocji – mówił w trakcie rozmowy.
Swoje opanowanie prezentuje także na sali sądowej, gdzie podczas kolejnych rozpraw uważnie słucha i notuje. Co?
Wypowiedzi świadków.
Twierdzi, że jest niewinny i podkreśla, jak trudna dla niego i jego rodziny jest to sytuacja. Według Mariusza B. dowody zebrane w sprawie nie są wystarczające. Mówi mi, że dość specyficzne przedmioty, które przewoził w samochodzie, i z którymi – po zaginięciu Henryka S. – został przez policję zatrzymany, były mu potrzebne: – Tak  na wszelki wypadek. – dodaje. Zamiast atrapy broni krótkiej miał mieć – jak twierdzi – wiatrówkę, z której razem z Krzysztofem (kuzynem Mariusza i współoskarżonym) hobbystycznie strzelali. Lubili survival. Saperka  według oskarżonego, to element niezbędny w wyposażeniu każdego samochodu. Pałki, także znalezione w jego samochodzie, służyły do samoobrony (?), a opaski zaciskowe – którymi miał być według śledczych uduszony ksiądz Piotr S. – do montowania mat na balkonie. Dowody zapachowe, znalezione w samochodzie księdza Piotra S. były owszem jego, ale znaleziono je po stronie pasażera. Zostały podłożone. Podłożone – przez kogo?  – pytam.
 – Albo nastąpiła pomyłka – odpowiada.
Pytam Mariusza o strach, który wiele osób miało odczuwać podczas spotkań z nim.
Trzeba by się zapytać stu przypadkowych osób, czy chciałyby się spotkać z osobą podejrzaną o cztery zabójstwa – mówi spokojnie.
Co z tymi, którzy strach deklarowali, zanim postawiono mu zarzut czterokrotnego morderstwa?
Jak twierdzi, w przypadku Oli D. nie zauważył, aby kiedykolwiek się go obawiała.
Dlaczego przyznał się do zbrodni, co zarejestrowano na policyjnym nagraniu? Podtrzymuje, że zarówno on, jak i jego wspólnik jak wyraził się o Krzysztofie – byli bici. Stąd przyznanie się do uduszenia ofiary. Policjanci zostali jednak uniewinnieni od zarzutu pobicia, co Mariusz B. skwitował stwierdzeniem: – To jest to walka z wiatrakami.
Nie zgadza sie z opinią biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie, którzy to przyznanie się do zabójstw uznali za prawdziwe. Jak nak jak mówi: – Nie chce polemizować, gdyż wiem, co działo się na komisariacie.
Wyraźne poirytowanie można dostrzec, gdy pytam, czy i dlaczego  miałby powiedzieć jednemu z policjantów, że jeśli kiedykolwiek uzna za stosowne wskazać, gdzie ukrył ciała, powie to tylko dwóm funkcjonariuszom prowadzącym to śledztwo.Twierdzi, że jest to wymysł funkcjonariuszy: – Musiałbym być kompletnym kretynem, by powiedzieć coś takiego.
Na przestrzeni lat 2006 – 2008  aż cztery osoby z najbliższego otoczenia Mariusza B. zaginęły. Do dziś nie zostały odnalezione, a zarówno śledczy, jak i prokuratura są przekonani, że zostały zamordowane przez Mariusza B., a ciała gdzieś ukryte.
Oskarżony twierdzi, że jest niewinny i o wyroku dożywocia, jaki mu grozi, nawet nie myśli. Jako osoba wierzącą, szykuje się na świąteczne spotkanie z rodziną, które być może – dzięki nagrodzie za dobre zachowanie – władze aresztu przedłużą mu o dodatkowe pół godziny.
Musiałbym być kretynem
 Mariuszem B.  udało mi się spotkać za zgodą Przewodniczącego XII Wydziału karnego Sądu Okręgowego w Warszawie oraz dzięki uprzejmości dyrekcji AS Białołęka, gdzie wówczas przebywaŁ.
Mariusz B. w trakcie rozmowy zachowywał się bardzo spokojnie, jak na osobę oskarżoną o dokonanie czterech zabójstw. Opanowany, kulturalny, metodycznie odpowiadał na pytania, na niektóre – odmawiał odpowiedzi. Rzeczowo, krótko, przez cały czas patrząc prosto w oczy, nie uciekał wzrokiem.  – Rzeczywiście, jestem osobą dość skrytą,  nie uzewnętrzniam swoich emocji – mówił w trakcie rozmowy.
Swoje opanowanie prezentuje także na sali sądowej, gdzie podczas kolejnych rozpraw uważnie słucha i notuje. Co?
Wypowiedzi świadków.
Twierdzi, że jest niewinny i podkreśla, jak trudna dla niego i jego rodziny jest to sytuacja. Według Mariusza B. dowody zebrane w sprawie nie są wystarczające. Mówi mi, że dość specyficzne przedmioty, które przewoził w samochodzie, i z którymi – po zaginięciu Henryka S. – został przez policję zatrzymany, były mu potrzebne: – Tak  na wszelki wypadek. – dodaje. Zamiast atrapy broni krótkiej miał mieć – jak twierdzi – wiatrówkę, z której razem z Krzysztofem (kuzynem Mariusza i współoskarżonym) hobbystycznie strzelali. Lubili survival. Saperka  według oskarżonego, to element niezbędny w wyposażeniu każdego samochodu. Pałki, także znalezione w jego samochodzie, służyły do samoobrony (?), a opaski zaciskowe – którymi miał być według śledczych uduszony ksiądz Piotr S. – do montowania mat na balkonie. Dowody zapachowe, znalezione w samochodzie księdza Piotra S. były owszem jego, ale znaleziono je po stronie pasażera. Zostały podłożone. Podłożone – przez kogo?  – pytam.
 – Albo nastąpiła pomyłka – odpowiada.
Pytam Mariusza o strach, który wiele osób miało odczuwać podczas spotkań z nim.
Trzeba by się zapytać stu przypadkowych osób, czy chciałyby się spotkać z osobą podejrzaną o cztery zabójstwa – mówi spokojnie.
Co z tymi, którzy strach deklarowali, zanim postawiono mu zarzut czterokrotnego morderstwa?
Jak twierdzi, w przypadku Oli D. nie zauważył, aby kiedykolwiek się go obawiała.
Dlaczego przyznał się do zbrodni, co zarejestrowano na policyjnym nagraniu? Podtrzymuje, że zarówno on, jak i jego wspólnik jak wyraził się o Krzysztofie – byli bici. Stąd przyznanie się do uduszenia ofiary. Policjanci zostali jednak uniewinnieni od zarzutu pobicia, co Mariusz B. skwitował stwierdzeniem: – To jest to walka z wiatrakami.
Nie zgadza sie z opinią biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie, którzy to przyznanie się do zabójstw uznali za prawdziwe. Jak nak jak mówi: – Nie chce polemizować, gdyż wiem, co działo się na komisariacie.
Wyraźne poirytowanie można dostrzec, gdy pytam, czy i dlaczego  miałby powiedzieć jednemu z policjantów, że jeśli kiedykolwiek uzna za stosowne wskazać, gdzie ukrył ciała, powie to tylko dwóm funkcjonariuszom prowadzącym to śledztwo. Twierdzi, że jest to wymysł funkcjonariuszy: – Musiałbym być kompletnym kretynem, by powiedzieć coś takiego.
Mariusz B. został skazany na dożywocie w 2014 roku.  Sąd Apelacyjny w Warszawie w styczniu 2016 roku uchylił zaskarżony wyrok i skierował go do ponownego rozpatrzenia. To oznacza, że Sąd Okręgowy po raz drugi zajmie się tą sprawą. Sędzia tłumaczył, że podczas rozprawy w sądzie pierwszej instancji nie zapewniono oskarżonym właściwego prawa do obrony.

***

W październiku 2018 roku  Sąd Apelacyjny w Warszawie prawomocnie zakończył sprawę ciągnącą się od kwietnia 2006 roku, czyli od ponad 12 lat.

Pięcioosobowy skład kierowany przez sędziego Grzegorza Salamona uznał, że 38-letni Mariusz B. jest winny czterech zabójstw, zaś jego młodszy o sześć lat kuzyn Krzysztof Rz. pomagał w porwaniu jednej z ofiar i czyszczeniu konta innej.

Gabriela Jatkowska
 

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ