Grzeczny sąsiad, morderca i gwałciciel

0
1516

Po ośmiu latach od aresztowania, po wędrówkach sprawy przez sądy różnych szczebli, Sąd Najwyższy oddalił kasację wyroku, jako bezzasadną. Rafał Rosół, jako seryjny gwałciciel i zabójca skazany przez Sąd Okręgowy w Kielcach na dożywocie, może ubiegać się o warunkowe zwolnienie po 35 latach.

 Ciało znalazł (13 października 2004 roku) mężczyzna, który wyprowadził psa za poranną potrzebą. Bosa dziewczyna w czarnej bluzce i zsuniętych czarnych spodniach leżała na wznak z obnażoną piersią: jasne, długie włosy były zaplątane w trawę. Na twarzy widniały krwawe rysy, na górnej wardze plama zaschniętej krwi wyciekłej z nosa, na szyi czerwona pręga… Niedaleko leżała torebka i bawełniany pasek do spodni – prawdopodobnie została nim uduszona. Buty znaleziono nieopodal pobliskich bloków, gdzie przypuszczalnie została zaatakowana, a następnie zawleczona w ustronne miejsce przy krzakach.

Ostatnia ofiara

Noc, w czasie której dokonano zbrodni, była wyjątkowo ciepła, jak na tę porę roku. W Sędziszowie – miasteczku liczącym niewiele ponad 6 tysięcy mieszkańców – od popołudnia do późnej nocy na stadionie trwał festyn ludowy. Sędziszów leży przy linii kolejowej w połowie drogi między Kielcami a Krakowem. Dochodzi tam także szeroki tor kolejowy z dawnego ZSRR, zbudowany w czasach Gierka, a mający dać miastu świetlaną przyszłość, bo przygotowano tam także bazę przeładunkową, od początku bezużyteczną.

Na przełomie ostatnich dziesięcioleci to jednak beznadzieja zapanowała w okolicy, bezrobocie i brak perspektyw. Sefako, fabryka kotłów energetycznych, największy pracodawca w powiecie jędrzejowskim, cięło koszty, zwalniało pracowników i z trudem starało się wygrzebać z zapaści. Impreza na stadionie Unii, stała się więc wydarzeniem pozwalającym ludziom zapomnieć o trudnej codzienności i ściągnęła mieszkańców miasteczka i okolicy.

Na festyn wybrało się też troje rodzeństwa: 23-letnia studentka filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie oraz jej siostra i brat. Obejrzeli, co zdaniem studentki było do obejrzenia, i rozdzielili się. Ona postanowiła wrócić do domu, aby się pouczyć. Kończyła studia, przygotowywała pracę magisterską i rozrywki ludu specjalnie jej nie pociągały. Było już ciemno, mniej więcej dziewiąta wieczorem.

Rodzeństwo wróciło do domu przed północą i zaskoczone nie zastało siostry. Na stoliku leżał jej telefon komórkowy, więc nie było z nią kontaktu. Łamali sobie głowy, gdzie mogła pójść. Nie miała w rodzinnym miasteczku bliskich przyjaciółek, a tym bardziej chłopaka, nigdy też nie zdarzyło się, by nie wróciła na noc. Niepokoili się, a rano zrozumieli, że stało się coś złego i pobiegli na policję.

Poszukiwania zabójcy

Anonimowy telefon wskazał wprawdzie sprawcę zabójstwa, ale ten gwałtownie zaprzeczał oskarżeniom, podawał prawdopodobne alibi i zgodził się poddać badaniu wariografem, który „nie dał podstaw do stwierdzenia, że istnieje jego emocjonalny ślad uczestnictwa w zabójstwie”. Odszukano wówczas anonimowego donosiciela, a ten przyznał, że oskarżył niewinnego człowieka z zemsty. Bo tamten doniósł kiedyś policji, że on ukradł rower. Rzeczywiście zwinął ten rower.

Śledztwo prowadziła prokuratura w Jędrzejowie i uznała je za sprawę priorytetową, bo morderstwa na tle seksualnym dawno tu nie było, a może wcale. Przesłuchano dziesiątki osób, w miejscowej gazecie policja prosiła ewentualnych świadków o informacje, gwarantując im absolutną anonimowość, zbadano wariografem czworo innych podejrzewanych – aparat nie wykrył jednak śladów ich uczestnictwa w zbrodni. Komenda Wojewódzka Policji w Kielcach wyznaczyła w końcu 5 tysięcy złotych nagrody za pomoc w znalezieniu sprawcy. Nagroda nie porażała wielkością, lecz w terenie, gdzie bezrobocie doskwierało młodym i starszym, mogła okazać się znaczącym argumentem. Nie spełniła jednak oczekiwań, co prawdopodobnie oznaczało, że świadków nie było.

Impas w śledztwie przełamał w grudniu telefon, znowu anonimowy, tyle że z innego powodu. Otóż, od kilku dni policja poszukiwała sprawcy gwałtu na Grażynie S. Telefoniczny rozmówca zasugerował, że gwałcicielem może być Rafał Rosół. Tamtego wieczora obaj nie mieli pieniędzy na piwo, ale gdy spotkali się raz jeszcze po dwóch godzinach, Rafał miał w ręku kilka banknotów i kupił w pubie pięć zapiekanek.

Zatrzymany tego samego dnia Rosół (rocznik 1978) nie tylko natychmiast się przyznał, lecz dokładnie opowiedział, co i jak robił. Chwycił kobietę od tyłu za szyję, uderzył pięścią w twarz, zakrył ręką usta, aby nie krzyczała, zaciągnął w krzaki i przewrócił na ziemię. Aby ją uciszyć, na twarz zarzucił jej bluzkę, potem ściągnął spodnie. Całował w usta, ściskał nagie piersi, obmacywał całe ciało, krocze, wkładał palce do pochwy.

– Chciałem odbyć stosunek, ale nie miałem wzwodu, więc kazałem jej wziąć członka do ust i doprowadzić do wytrysku. Zrobiła to.

Bo pragnął kobiety

Ciało studentki znaleziono za blokiem nr 12 Osiedla na Skarpie, zbudowanego w latach 70. dla pracowników Sefako, a Rosół mieszkał w czternastce!

On także był na festynie ze swoją dziewczyną. Jak wszyscy, pochodzili, posłuchali, pooglądali i rozstali się. Ona zamierzała odnaleźć swoich rodziców, on wszedł w swoje osiedle właściwie bez celu. Blisko własnego domu zobaczył długowłosą blondynkę i „coś w nim drgnęło”. O takim momencie, gdy „coś” decyduje o ataku na kobietę, opowiadają zwykle seryjni gwałciciele.

Bez specjalnego oporu przyznał się nie do zabójstwa – nie chciał przecież zabić – lecz do próby gwałtu. Próby! Bo pragnął kobiety, lecz tego wieczora także nie miał wzwodu. Gdy po mocnym uderzeniu w głowę, dziewczyna upadła, rzucił się na nią, rozpiął jej spodnie i bluzkę, całował i pieścił piersi, brzuch, krocze, wkładał palce głęboko do pochwy (sekcja zwłok wykryła największe obrażenia w tej okolicy ciała). Prosiła, żeby jej nie gwałcił, bo już ją to raz spotkało.

– Tylko się poprzytulamy – powiedział i wykonywał ruchy frykcyjne. Aby nie krzyczała, przyciskał jej szyję ręką do ziemi, a z gardła dziewczyny wydobywało się „coś jakby charczenie”.

Nie wiedział, jak długo to trwało, bo usnął. Gdy się obudził, ona leżała na boku, myślał, że śpi. Przeciągnął ją w krzaki, przeszukał kieszenie, ale nic tam nie znalazł, zabrał jedynie zegarek i pierścionek (każdy z tych przedmiotów wyceniono na 5 zł).

Poszedł potem do swojej dziewczyny i spędził z nią noc. Rano jadąc pociągiem do plantatora warzyw, u którego dorywczo pracował, usłyszał, że w Sędziszowie zamordowano i obrabowano dziewczynę. Po kilku dniach doszedł do wniosku, że mogła to być ona. Zgadzało się miejsce.

Śledczym udało się jednak udowodnić, że przyznając się do napadu na samotną dziewczynę, zataił obciążające go szczegóły. Przebieg zdarzenia musiał być złożony i dramatyczny. Najpierw bandyta fizycznie przełamał opór kobiety (zgubione buty i torebka), potem siłą zaciągnął ją w ustronne miejsce. Mieszkanka pobliskiego bloku siedząca przy uchylonym oknie usłyszała stłumiony krzyk i ciężkie energiczne kroki. Wyszła na balkon, ale niczego nie zobaczyła. Pomyślała, że to jakaś bójka pijaczków. Jej sąsiadka usłyszała natomiast wyraźnie krzyk kobiety: „Mamo, ratuj!” i męski głos: „Nie boisz się, kurwo, sama chodzić!”, po nim wulgarne epitety i znowu kobiecy głos: „Co mi robisz?” Późniejsze płaczliwe odgłosy stały się niezrozumiałe, jakby oddaliły się od budynku, jakby atak przełamał opór kobiety.

Bogate CV gwałciciela

Tymczasem zabójca przestał się obawiać, że policja go znajdzie i poczuł się tak pewnie, że po kilku tygodniach – w grudniu 2004 roku – zaatakował ponownie, Grażynę S. Tym razem kobieta zachowała życie i zawiadomiła policję. Sprawa stała się głośna, po niedawnym morderstwie, kolejny gwałt, a wcześniej były przecież inne. Kobiety bały się wychodzić wieczorem same z domów, a ludzie zaczęli się zastanawiać, kto z mieszkańców mógł być sprawcą. Znalazł się wreszcie ktoś, kto skojarzył fakty z osobą i podzielił się swoim przypuszczeniem z policją.

Od tego momentu śledztwo było łatwe, bo przyciśnięty do muru bandyta przyznawał się do kolejnych przestępstw. Przed zabójstwem studentki zaatakował w Sędziszowie dwie inne kobiety. W 2003 roku, dokładnie w Boże Narodzenie, zadał ciosy nożem w twarz i ręce Magdalenie P., przewrócił ją na ziemię, wkładał rękę w pochwę, a na koniec zażądał pieniędzy. Dała mu torebkę, z której zabrał pieniądze (70 zł), dowód osobisty i legitymację PKP. Ten gwałt przypisano jednak mieszkańcowi miasta choremu na schizofrenię, toteż śledztwo umorzono.

Dorota J. napadnięta 3 miesiące później i uderzona w tył głowy butelką z piwem, miała trochę szczęścia – gdy upadła na ziemię, a bandyta już na niej leżał, został spłoszony przez mężczyznę nadchodzącego z psem: – Zeskoczył ze mnie, a ja uciekłam – zeznała w śledztwie kobieta.

Należy podkreślić, że zaatakowane kobiety przemogły wstyd, często paraliżujący ofiary, i zgłaszały przestępstwa policji. Ta jednak nie połączyła obu zdarzeń z jednym sprawcą, skoro na początku poszła błędnym tropem. Zresztą i w drugim wypadku sprawcy nie znalazła.

Gwałciciel przestraszony wpadką odczekał kilka miesięcy, nim znowu uderzył. Tym razem tak brutalnie, że zabił. Ale i to uszło mu na sucho, co go tylko rozzuchwaliło. Na następny raz zdecydował się szybko, zaledwie po kilku tygodniach. I tym razem wpadł.

Gdy policja zawitała do jego mieszkania, sąsiedzi byli zaszokowani: taki grzeczny, czysto ubrany, każdemu się ukłonił, ze swoją dziewczyną po osiedlu chodził pod rękę. Ile to razy widzieliśmy w telewizji podobne sąsiedzkie opowieści?

Rafał Rosół mieszkał z rodzicami w dwupokojowym mieszkaniu, typowym dla budownictwa lat siedemdziesiątych. Ojciec, 49-letni robotnik torowy PKP Kraków,  alkoholik od kilkunastu lat. Matka – dorywcza praca w jednej z krakowskich plebanii, jako żona pracownika PKP miała bezpłatny dojazd koleją. Towarzyszyła mężowi w libacjach. Bywało u nich głośno, drzwi wylatywały wraz z futryną i lądowały na półpiętrze. Młodszy syn, Artur, napadał na samotne kobiety, przyduszał je i okradał. Popełnił samobójstwo w areszcie śledczym w Pińczowie. Miał 19 lat.

Rafał, tak jak inni, został powołany do odsłużenia zaszczytnego obowiązku obrony ojczyzny, ale zamiast uczyć się jej służyć, wylądował w więzieniu na 4 lata za napad i usiłowanie gwałtu w czasie przepustki. Do domu wrócił w 2002 roku, zwolniony warunkowo z więzienia przez sąd wojskowy. Warunkiem zawieszenia odbywania kary było podjęcie leczenia odwykowego. Przed wojskiem też odsiadywał wyrok, za włamanie na stacji PKP i kradzież różnych urządzeń.

Jak wszyscy zabójcy, został skierowany na badania psychiatryczne. Biegli ze szpitala psychiatrycznego w podkieleckiej Morawicy, uznali, iż badany przez nich mężczyzna postrzega seksualność mechanicznie, a kobiety traktuje przedmiotowo, wykazując cechy nawykowego gwałcicielstwa. „Trudno powiedzieć, czy mieszczą się one w granicach dewiacji seksualnej, czy są integralną częścią nieprawidłowej osobowości pozaseksualnej” – uznali biegli. Aby wydać wiążącą opinię, potrzebna byłaby kilkutygodniowa obserwacja. Rzeczywiście odbyła się ona w tym samym szpitalu.

 Sądowe niemożności

Jak na zwyczaje polskich służb wymiaru sprawiedliwości, śledztwo było stosunkowo krótkie. Po 10 miesiącach do sądu trafił akt oskarżenia o trzy gwałty i jedno zabójstwo. Ponad rok potrzebował Sąd Okręgowy w Kielcach, aby skazać Rafała Rosoła na 25 lat pozbawienia wolności. Od wyroku odwołał się prokurator, co dla obserwatorów wydawało się oczywiste, ale i obrońca skazanego – bo obrońcy uważają za swój obowiązek odwoływać się od każdego wyroku – nawet jeśli powinien on satysfakcjonować oskarżonego.

I rzeczywiście, mogło się wydawać, że osądzony   nieprawomocnym wyrokiem Rosół zyska na odwołaniu, gdyż Sąd Apelacyjny w Krakowie skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia. Po półtora roku, nowy skład Sądu Okręgowego w Kielcach skazał zabójcę i gwałciciela na dożywocie.

Kielce, 11.08.2008 r. Fot. £ukasz Zarzycki

Tym razem znowu doszło do apelacji, a wniosek złożyła obrońca mecenas Alicja Brzezińska, wnosząc „o łagodniejszy wymiar kary, ponieważ oskarżony nie utrudniał śledztwa, przyznał się do winy i przedstawił okoliczności swoich przestępstw”. Orzeczenie krakowskiego sądu apelacyjnego po raz drugi skierowało sprawę do kolejnego rozpatrzenia, ponieważ miało zastrzeżenia, co do określenia Rosoła seryjnym zabójcą.

Wyrok dożywocia został jednak ogłoszony raz jeszcze, znowu po roku. Tym razem przeważyła stanowcza postawa biegłych: „Podtrzymujemy swoje wnioski,co do sformułowań odnośnie do osobowości seryjnego zabójcy”.

Zachowania oskarżonego, w czasie każdego zdarzenia były bowiem za każdym razem bliskie zabójstwa. Rafał Rosół nie jest upośledzony umysłowo ani chory psychicznie, więc powinien przewidywać, że uderzenie w głowę butelką z piwem, ciosy nożem, duszenie, mogły spowodować śmierć. Wszystkie zdarzenia odbywały się według tego samego schematu, a po ich zakończeniu wracał „do normalności”, do narzeczonej, do zakupu zapiekanek etc. Ponadto zabór ofiarom drobnych przedmiotów jest opisany w literaturze, jako klasyczne zachowanie seryjnego zabójcy.

– Nie pierwszy raz oceniamy podobny przypadek – konkludowali biegli – i nasza ocena osobowości oskarżonego, jako seryjnego zabójcy, jest stanowcza.

Psychiatrzy określili bardzo wysoką tendencję oskarżonego do zachowań agresywnych, jako trwałą cechę jego osobowości. Leczenie (odwykowe i seksuologiczne) jest więc konieczne, uznali. Przez dwa tygodnie przed opuszczeniem więzienia powinien otrzymywać leki antyandrogeniczne, a potem przyjmować je stale na wolności. „Niezależnie jednak od wdrożonej terapii, zawsze istnieje ryzyko, że w przypadku zbiegu niekorzystnych czynników zewnętrznych (alkohol, narkotyki, sytuacje stresogenne) potrzeba podobnych zachowań może się powtarzać” – przestrzegali.

Sąd apelacyjny wziął pod uwagę tę opinię i utrzymał w mocy wyrok dożywocia, a złożona do Sądu Najwyższego kasacja została oddalona.

Alicja Basta

Imiona ofiar zostały zmienione.

fot Łukasz Zarzycki

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ