Blondynka dla szejka

Nie tak dawno media ze zgrozą donosiły o cyklu imprez na ciepłych morzach pod zbiorczym hasłem „Regaty z szejkami”, podczas których polskie celebrytki przytulały rzeczonych szejków oraz ich kasę. Tymczasem to nic nowego pod Słońcem.

 Trzy dekady wstecz znacznie głośniejsza była tzw. afera Dziwexu. W niej także chodziło o wyjazdy młodych, ładnych kobiet i też w celu, tyle że na dłużej. I ta sprawa miała swoją, jeszcze o dekadę wcześniejszą, uwerturę. Może i skromną, ale – w odróżnieniu od wymienionych – na tyle nie pozbawioną swoistego wdzięku, a nawet z wartościami rodzinnymi w tle, że warto ją przypomnieć.

Skup blondynek

 Otóż pewien władca bogatego minipaństewka (zdaje się, że innych tam nie ma) z okolic Zatoki Perskiej, postanowił zaimportować większą liczbę blondynek z Peerelu.

Nabył zatem, w celu zaludnienia nimi, jacht o stu (!) kajutach, zaś do negocjacji upoważnił znajomego kupca, obrotnego i zamożnego obywatela całego świata. Pełnomocnik ds. zakupu blondynek przybył do Polski wyposażony w odpowiednie fundusze i pełen nadziei, ponieważ podczas uprzednich wizyt w Warszawie zaprzyjaźnił się z paroma… no, niemal celebrytkami. Wprawdzie szejk zastrzegał, że takich nie chce u siebie widzieć, ale pełnomocnik liczył, że właśnie one przedstawią mu koleżanki spoza zawodu. Zaopatrzył się w pokaźny zestaw sukienek tudzież rajstop – podobne prezenty wypadało od razu przymierzyć – i hojnie obdarowywał nimi dziewczyny, robiąc przy okazji zdjęcia na dowód, że nie próżnuje.

A dziewczyny prezenty brały, przymierzały, nie zmieszane piły wstrząśnięte martini, tyle że do wyjazdu bynajmniej się nie kwapiły. Nie w ciemię bite szybko się orientowały, na czym miałaby polegać praca sekretarki w szejkanacie, praca, do której nie potrzeba żadnych kwalifikacji, choćby minimalnej znajomości jakiegokolwiek obcego języka. To akurat panienkom z ówczesnego „Bristolu”, „Grandu” czy „Europejskiego” nie musiało przeszkadzać, ale one – nie do końca orientując się w skali ponoszonego ryzyka – jako profesjonalistki wolały nie eksperymentować na własnej skórze.

Tymczasem szejk się niecierpliwił, i nie dziwota; wydawano jego pieniądze, pokazywano mu ładne zdjęcia, ale nic ponadto. Pełnomocnik wpłacił nawet kilku dziewczynom po 100 dolarów na konto PeKaO*, z przeznaczeniem na wyjazd do Wiednia. One to przyjmowały z niekłamaną wdzięcznością, bo wtedy w Polsce za sto dolarów czteroosobowa rodzina mogła dobrze żyć przez cały miesiąc, ale tylko dwie tam się udały – w tym jedna z mamusią. I ani kroku dalej. Pomysły zwrotu gotówki ignorowały. W końcu któraś oddała pięćdziesiąt.

Nudy w willi szejka

Wreszcie, dzięki pomocy przygodnego (z hotelowej knajpy) polskiego znajomego, pełnomocnik dowiedział się o chętnej blondynce. Pojechali.

 – Willa była bardzo ładna – opowiadała potem sądowi panna Bożenka – Wyposażona w kolorowe perskie dywany, w eleganckie meble, barek, magnetofon Philipsa.

Słowem we wszystko, co szejkom potrzebne do szczęścia.

– Willa była skanalizowana – dodała jeszcze Bożenka, i z pewnością mówiła prawdę.

Samego władcę poznała przy śniadaniu, a ponieważ nie wszyscy w Polsce wiedzieli wtedy, co szejkowie jedzą rano, jako wiarygodny świadek poinformowała sąd, że posiłek składał się z jajecznicy na maśle, grzanek, serów, dżemów i soków (brak natomiast doniesień na temat obiadów i kolacji).

Bożenka wytrzymała tylko osiem dni. Nie, żeby czyniono jej jakieś wstręty. Odwrotnie, szejk był – jak to określiła – miły, sprawny i czysty. Szybko jednak w dziewczynie odezwała się tęsknota za krajem, spotęgowana nudą. Odkryła jeszcze, że w barku na honorowym miejscu stoi żubrówka, że służący to chyba Hindus i że sklepy w pobliskim miasteczku są nędznie zaopatrzone w damską konfekcję.

Bożenka jako pretekstu do powrotu użyła choroby matki. Cywilizowany szejk też wysoko cenił wartości rodzinne, toteż nie stawiał przeszkód. Żałował tylko i przepraszał, że tak mało czasu mógł poświęcić urodziwej Polce. W dowód wdzięczności ofiarował większą sumę w gotówce i trochę ciuchów. Zachęcał też do ponowienia współpracy w przyszłości – byle nie nazbyt odległej,

Dodajmy jeszcze, że dzięki pannie Bożenie dysponujemy jedynym w swoim rodzaju opisem ubioru szejka: otóż na głowie nosił on „nakrycie, coś jakby chustę z wieńcem, pod nim jeszcze czepek”. Tułów przyodziewał w „narodową szatę, taką sutannę. Pod tym strojem miał podkoszulek i krótkie majtki.” Można też dać wiarę zapewnieniom dziewczyny, że czepka i podkoszulka nie zdejmował w żadnych okolicznościach.
Sądowy epilog
Dla Bożenki przygoda zakończyła się więc szczęśliwie. Mniej szczęścia mieli obydwaj panowie, którzy wpadli przy okazji poszukiwań kolejnych blondynek. Sądowi wyjaśniali, że o żadnym stręczycielstwie** nie może być mowy, ponieważ oni „tylko tak”, znaczy z czystej sympatii dla szejka…
Dawno to było, ale zapamiętałem minę Wysokiego Sądu. Nawiązywała do warszawskiego: „Bujać to my, ale nie nas”. I właśnie za stręczycielstwo oskarżeni dostali wyroki pozbawienia wolności w zawieszeniu i grzywny bez zawieszenia.
Oczywiście, nikomu nie przyszło do głowy, aby szejka wzywać do Polski ani przesłuchiwać w drodze tzw. pomocy prawnej, choćby w inkryminowanej wilii z kanalizacją.
Po prostu już wtedy zbyt mocno niosło z tamtych stron ropą. Rzecz się działa wkrótce po tzw. pierwszym wielkim kryzysie naftowym z początku lat siedemdziesiątych XX wieku. Za duże pieniądze krążyły, aby ekipa Gierka chciała się wdawać w nieuniknione, prawno-dyplomatyczne przepychanki z powodu jakiejś panny Bożenki czy dwóch cwaniaków, którzy trochę podskubali łatwowiernego szejka.
Nie muszę dodawać, że imię władcy, podobnie jak nazwa jego kraiku, były trzymane w głębokiej tajemnicy. I niech tak zostanie.

Piotr Ambroziewicz

 

*Trzeba tu coś młodym uzmysłowić. Nie było tak, że miałeś parę dolarów, funtów czy bundesmarek (o euro nikomu się jeszcze wtedy nie śniło) i jechałeś za granicę! Pojechałeś, jeśli dostałeś paszport, którego przyznaniem rządziła bezpieka (nie pozwalano trzymać go w domu, a wydawano/nie wydawano wedle jej tylko znanych reguł). Zagraniczną walutę, zwaną wtedy dewizami, mogłeś legalnie wywieźć tylko wtedy, gdy jej posiadanie było udokumentowane przez twoje bankowe konto dewizowe. Przeważnie było to konto w PeKaO SA, np. dzięki oficjalnej pracy za granicą, wpłatom krewnych czy znajomych z Zachodu, tantiem dla artystów, honorariów za przetłumaczone tamże i wydane książki lub artykuły itp.

Z czasem szczęśliwcy, którym niekiedy zezwalano na wyjazd na Zachód w celach turystycznych, mogli wykupić po cenach niższych od paskarskich od (najpierw) 110 do (później) 140 dolarów bądź ich równowartość, raz na bodaj trzy lata.

**Stręczycielstwem wedle Kodeksu karnego (i wtedy, i teraz) jest nakłanianie innej osoby do uprawienia prostytucji lub ułatwianie prostytucji innej osobie, w zamian za korzyści majątkowe.