WĄTŁE ALIBI KOMENDANTA

0
1952

Był 16 marca 2011 roku, gdy kilkunastoletni Krzysztof W. na podwórku w Kałuszynie znalazł zakrwawioną i poszarpaną ludzką rękę. Wkrótce policjanci ustalili, że rękę prawdopodobnie przywlókł pies domowników z pobliskiego lasu. Niebawem na jaw wychodzi makabryczna historia.

 Ręka jest zwęglona, zakrwawiona i poszarpana, na środkowym palcu widnieje ślubna obrączka. Komisariat policji w Legionowie rozsyła do innych jednostek policji telefonogram, nadając mu rangę „pilny”: „(…) ujawniono szczątki ludzkie – ręka najprawdopodobniej należała do mężczyzny w wieku ok. 40 lat, wzrostu 180 cm. (…) Osoba nie żyje od około tygodnia”.

Tego samego dnia na warszawskiej Białołęce został odnaleziony samochód marki nissan x-trail. Baza KSIP (Krajowy System Informacji Policji) wykazuje, że odnalezione auto należy do poszukiwanego ciechanowskiego biznesmena, Dariusza S., którego zaginięcie zgłosiła – 12 lutego 2011 roku – jego żona.

 Spirala zdarzeń

Na miejsce – wraz z legionowskimi policjantami – przyjeżdża żona zaginionego, Jolanta S. W aucie śledczy odnajdują  karteczkę z notatką odręczną Dariusza S. „Janusz K”, a także telefon komórkowy poszukiwanego. Jest pozbawiony baterii. Samochód S. jest zamknięty, choć nieszczelnie – właściciel pozostawił w nim uchylony dach.

 – Dareczek nigdy nie zostawiłby otwartego dachu w samochodzie – stwierdziła  małżonka – Zwłaszcza zimą.

 Siedem dni – tyle zapach np. człowieka utrzymuje się w szczelnie zamkniętym pomieszczeniu. A  otwartym?

Przybywa ekipa techniczna, funkcjonariusze legionowscy z Jolantą S., a także komendant Mariusz W. Żona zaginionego nie potrafi wytłumaczyć, co mąż miałby robić w tym miejscu – nie mieli tu nikogo znajomego. Poza Mariuszem W.- komendantem posterunku policji w Białołęce.

Jolanta S. kilkakrotnie w ostatnich dniach kontaktowała się z nim, prosząc o pomoc w odnalezieniu męża. Policjant i biznesmen znają się bowiem od kilku lat. Dariusz S. wynajmuje żonie komendanta pawilony handlowe na legionowskim rynku. W trakcie rozmowy 12 lutego, komendant informuje żonę biznesmena o oddaniu mu wszystkich zaległych pieniędzy.

zwloki
Na podstawie badań DNA policja ustala ponad wszelką wątpliwość, że szczątki należą do Dariusza S.

Dwa dni później w miejscowości Sikory, w gm. Wieliszew, amatorzy militariów znajdują w lesie podpalone i poćwiartowane ciało, z postrzałami głowy. W ciele tkwi pocisk. Ofiara nie ma przy sobie dokumentów, ale charakterystyczne fragmenty odzieży. Wśród odnalezionych rzeczy żona rozpoznaje bluzę męża, zegarek Citizen, koraliki. Na podstawie badań DNA policja ustala ponad wszelką wątpliwość, że szczątki należą do Dariusza S.

Misterny plan

11 lutego 2011 roku w piątek, komendant Mariusz W. ma wolne. Mimo to przyjeżdża do pracy, choć nie toczy się żadne ważne śledztwo. Dziś twierdzi, że musiał podpisać ważne dokumenty. Około godziny 13.00 zaprasza do swojego pokoju funkcjonariusza Mieczysława O. i nakazuje mu pobrać należącą do niego broń P-64 kaliber 9 mm. W tym czasie planowana jest bowiem wymiana starszego typu broni, nakazuje więc jej czyszczenie. Następnie odbiera mu ją bez podania przyczyny.

Chwilę potem rusza na umówione z Dariuszem S. spotkanie biznesowe, by uregulować zaległy czynsz. Jak później zeznał, tego dnia przekazał Dariuszowi S. jakieś 4 tysiące złotych, dwa dni wcześniej miał dokonać zaległej opłaty – 10 tys. zł. Wszystko w gotówce. Wersji tej nie daje wiary małżonka zaginionego biznesmena i w swym zeznaniach informuje, że: – Dareczek z pewnością nie wziąłby takiej gotówki!

 Ponadto dodaje, że nic nie wiedziała o tych pieniądzach z 8 lutego, a mąż by jej na pewno o nich powiedział.

Mariusz W., nie będąc w stanie dłużej wynajmować wszystkich pomieszczeń, znajduje nowego najemcę, niejakiego Janusza K. Tego właśnie dnia mają z Dariuszem S. jechać do Skrzeszewa, gdzie mieszka „kontrahent z Ameryki”.

– Darek był podekscytowany nowym najemcą – zezna później Marek W., przyjaciel Dariusza S. potwierdzając, że w rozmowach z rodziną i znajomymi Darek używał imienia i nazwiska Janusza K.

 – To oznaczało koniec kłopotów z wynajmem; był wdzięczny komendantowi za tak intratne polecenie – dodaje przyjaciel Dariusza S. Marek W. zachowuje czujność i oferuje przyjacielowi swoje towarzystwo „dla bezpieczeństwa”. Dariusz kpi, że będzie bezpieczny, jedzie przecież z policjantem! I to nie z byle jakim, samym komendantem!

11 lutego 2011 roku biznesmen i komendant spotykają się około 18.00 w prowadzonym przez żonę komendanta sklepie przy ul. Piłsudskiego w Legionowie. Spotkanie trwa kilkanaście minut, w trakcie których – jak twierdzi komendant – dochodzi do rozliczenia gotówkowego za wynajem powierzchni. Według żony i przyjaciół biznesmena, spotkanie to ma na celu wyjazd w okolice Skrzeszewa, gdzie mieszka biznesmen Janusz K., przyszły wynajmujący. Potem okaże się, że Janusz K. owszem w Skrzeszewie mieszka. Jednak nie jest, ani amerykańskim, ani bogatym biznesmenem. Nawet nie znał, ani Dariusza S., ani komendanta, i z żadnym z nich nie planował spotkania.

 Parę minut po 18.00 panowie oddalają się w kierunku samochodu Nissan X-trail. Następnie – według relacji Mariusza W. – rozstają się. Chwilę później telefon biznesmena milknie (nie loguje się już nigdzie), telefon Mariusza W. pozostaje na białołęckiej komendzie.

 Na poszlakach

Mariusz W. twierdzi, że pożegnał się z Dariuszem S. około 18.00 i udał się w kierunku przystanku autobusowego. Rzekomo przyjechał tym razem komunikacją miejską, co dziwne jest dla osób, które go znają:  – Mariusz W. prawie nigdy nie jeździł autobusem – wyznał znajomy Mariusza W. Dopisuje mu szczęście – przypadkowo spotyka Piotra M., kolegę z policji i korzysta z jego propozycji podwiezienia do Warszawy. Piotr M. i Mariusz W. w okolicach Wieliszewa mają działki letniskowe. Niestety, jak wykażą później logowania telefonu Piotra M., całe to podwiezienie było zmyślone i przez Mariusza W. zaplanowane w ramach budowania swojego alibi. Mariusz W. miał prosić kolegę o przychylne zeznania, powołując się na planowany w stosunku do niego awans. (KSP potwierdziło, że w tym okresie były planowane zmiany kadrowe na komendzie warszawskiej Woli).

Wszak na komendancie nie mógł się kłaść cień podejrzenia, był przecież ostatnią osobą, która widziała Dariusza S. żywego!

Około 19.30 Mariusz W. wraca na komendę i pierwsze kroki kieruje do policyjnego magazynu broni, by oddać pistolet. Na pytanie obsługującego magazyn aspiranta Piotra B., dlaczego to on oddaje broń Mieczysława O., odpowiada: – Nie interesuj się i o nic się nie martw.

W dodatku nakazuje Piotrowi B. zamiast faktycznej pory wpisać 16.00 jako godzinę jej zdania. Dlaczego? O tej porze Mieczysław O. zakończył służbę i komendant, aby mieć porządek w papierach, wymusza na podwładnym wpisanie 16.00.

O godzinie 19.45 zastępca komendanta, Albin B., odwozi swojego szefa do domu. Dociera tam około 20.00.

Pętla strachu

 Już 22 marca śledztwo przejmuje Wydział Zabójstw i Terroru Kryminalnego Komendy Stołecznej, z uwagi na to, że podejrzanym o zabójstwo może być komendant policji Mariusz W. Tego samego dnia przestaje on pełnić funkcję  komendanta, a dwa dni później ląduje w areszcie śledczym.

Dowody? Wylicza je mecenas Leszek Cichoń, adwokat Jolanty S., żony Dariusza S. (oskarżycielki posiłkowej): – Zeznania policjanta dotyczące pobrania broni, kwestia mataczenia, co do miejsca pobytu w dniu zdarzenia, opinia balistyczna wskazująca na pistolet funkcjonariusza Mieczysława O. jako prawdopodobne narzędzie zabójstwa. Z panem S. komendant miał powiązania biznesowe, a symulacja jego sytuacji ekonomicznej wygląda marnie – są to oczywiście dowody poszlakowe, które summa summarum dają podstawy do przyjęcia wersji prokuratury, że to komendant zabił. Pan W. nakłaniał ponadto Piotra M. do składania fałszywych zeznań, do czego obaj się przyznali, zasłaniając się tym, że ta sprawa przeszkodziłaby mu w awansie – osoba, która ma czyste sumienie, tego nie robi. Komendant nie wypada w tych tłumaczeniach wiarygodnie.

Całości dopełnia obraz, rysowany przez białołęckich policjantów, którzy podkreślają dziwne zachowanie komendanta w tych dniach. Prosi o sprawdzenie samochodu Dariusza S., kiedy ten jeszcze jest poszukiwany, pod pozorem ustaleń w sprawie narkotykowej. To wykaże późniejszy akord w bazie policyjnej, kiedy Nissan X-trail odnajduje się na Białołęce. Jeden z policjantów, Jacek C. zeznaje: – Pytał mnie o balistykę. Dziwne było to dla mnie, bo nie mieliśmy wtedy służbowo jakiegoś zdarzenia, w którym by o balistykę chodziło.

 Na miejscu odnalezienia nadpalonych zwłok, nie znaleziono żadnych łusek po pociskach, mimo kul tkwiących w ciele. Z kolei broń Mieczysława O., zdana przez samego komendanta w dniu spotkania z Dariuszem S, nosiła ślady uszkodzenia lufy. Czy mogły nastąpić w efekcie czyszczenia broni, czy zostały zrobione celowo? Na to pytanie w najbliższym czasie odpowie przed sądem biegły z zakresu balistyki.

Komendant  informuje Jacka C., że ciało należy do jego znajomego, Dariusza S., i insynuuje, że ten mógł uciec od żony do… mężczyzny. Dariusz S. miał bowiem w przeszłości problemy alkoholowe, chodziły słuchy, że mógł chodzić na „baby”. Mariusz W. opowiada Jackowi C. przebieg wydarzeń z 11 lutego z dokładnością niemalże co do sekundy.

Inni funkcjonariusze potwierdzają nienaturalne zachowanie szefa: – Był zdenerwowany, miał słowotok. Mówił, że jest „obryty” z zabezpieczenia miejsca, że czyta dużo o balistyce. Ale nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego miałby być zamknięty.

 – Mariusz powiedział mi, że na poszlakach to mogą przyjechać i zawinąć go na 48 godzin – zeznał kolega po fachu. W trakcie rozmowy komendant bierze leki uspokajające. Prosi Jacka C., by ten dowiedział się w WZiTK, czy mają na niego jakieś dowody, to może się uspokoi.

Twarde lądowanie

 Prokuratura stawia komendantowi policji zarzut zabójstwa. Dowodami w sprawie są potwierdzone badania balistyczne wskazujące na broń Mieczysława O. P-64, która mogła być użyta do zabójstwa, Stwierdzono istnienie jonów azotanowych powstałych po oddaniu strzału. Mieczysław O. od dłuższego czasu nie strzelał ze swojej broni, a przed ostatnim oddaniem – czyścił ją. Broń została uszkodzona, a w opinii balistycznej przeczytać możemy: „uszkodzenia zostały spowodowane celową ingerencją w materiał lufy w celu uniemożliwienia identyfikacji pocisków wystrzelonych po przeróbce z pociskami wystrzelonymi przed przeróbką”. Jednocześnie jednak badania te nie potwierdzają w stu procentach, że to właśnie jest ta broń, z której oddano strzały w kierunku Dariusza S. Natomiast pocisk znaleziony w ciele denata jest pociskiem prawdopodobnie wystrzelonym z broni P-64 należącej do Mieczysława O.

zatzrymanie
Zatrzymanie komendanta

Prokuratura nie ma wątpliwości, że Mariusz W. zabójstwo biznesmena dokładnie zaplanował, a motywem były problemy finansowe. Saldo bankowe Mariusza W. od 2006 roku wykazywało bilans ujemny. Pieniądze za czynsz, które miał oddać Dariuszowi S., to zaledwie 14 tys. zł.

Element rzekomego oddania pieniędzy przez W. jest istotny – informuje on o tym fakcie niepytany, wręcz wyrywa się z tą informacją w sytuacji zupełnie nieadekwatnej, w momencie, kiedy żona Pana S. dzwoni do komendanta po pomoc w odnalezieniu męża – konkluduje Leszek Cichoń. Czy komendant zabiłby za zaledwie 14 tysięcy?

Jak ustalili śledczy, Mariusz W. miał strzelić do Dariusza S. czterokrotnie. Dwa strzały oddał w kierunku głowy – strzały padły od tyłu. Następnie podpalił zwłoki, by zatrzeć ślady.

 – Gdyby nie znalazły się fragmenty ciała, być może Pan S. nadal byłby poszukiwany przez Itakę. Proszę pamiętać, że znaleziono około 20 procent ciała –  trzeba mieć naprawdę dużego pecha, żeby odnalazły się akurat te fragmenty, w których tkwił pocisk! – mówi mecenas Cichoń. Jednocześnie fakt ten może świadczyć na korzyść komendanta – gdyby zabił, po co miałby zostawiać nadpalone szczątki?

Wątpliwość na korzyść?

 Ostatnie rozprawy przyniosły też przełomowe zeznania Sławomira S. – kuzyna Mariusza W. Wyznał on przed sądem, iż 11 lutego 2011 roku spędził wieczór w towarzystwie komendanta. Pamięta dokładnie, bo był to piątek i nieco wcześniej wrócił z pracy do domu – był w nim już koło 18.00. Spotkali się na klatce schodowej (są sąsiadami), gdy Mariusz W. naprawiał zamek w drzwiach. Potem razem siedzieli w domu komendanta, mogło to trwać godzinę – półtorej. Co jednak z zeznaniem zastępcy Mariusza W., który twierdzi, iż odwoził szefa do domu około 19:45? Niejasne są też okoliczności składania zeznań przez Sławomira S.  – nie ma po nich śladu.

Obrona dopatruje się szansy w błędzie, który został znaleziony w protokole dotyczącym eksperymentu – mecenas Ewa Orżewska dowodzi, że niemożliwy jest czas przejazdu (20 minut)  – zapisany w owym eksperymencie – z miejscowości Sikory (gdzie znaleziono zwłoki) na białołęcką komendę. Z kolei, jeśliby faktycznie komendant miał zabić, musiałby tego dokonać w przedziale czasu od godziny 18 z minutami, kiedy Dariusz S. – w towarzystwie Mariusza W. – widziany był po raz ostatni przy ul. Piłsudskiego w Legionowie, do 19.30, kiedy to komendant widziany jest na komendzie i zdaje broń. W tym przedziale czasowym musiałby dojechać z Legionowa do Sikor (miejsce znalezienia zwłok) – około 20 minut – tam dokonać zabójstwa, podpalenia i następnie wrócić na komendę samochodem denata około 19.30.

W sekcji zwłok podano, że: „brak jest podstaw do podania przyczyny zgonu”. Nie pobrano śladów biologicznych z broni – fakt, że komendant miał ją w ręku, oparto na zeznaniach funkcjonariuszy; Mieczysława O. oraz Piotra B. Jak zauważył sam komendant – nikt nie mówi o broni w jego ręce, broń w relacji świadków przebywa cały czas w kopercie.

Od października 2012 roku, przed Sądem Okręgowym Warszawa-Praga odbywają się kolejne rozprawy z udziałem oskarżonego. Obrona bardzo detalicznie przepytuje świadków, końca procesu nie widać. Mariusz W. przesyła do sądu liczne zażalenia na aresztowanie: „moja postawa moralna, (…) zasady i normy społeczne, którymi się kieruję są (…) patrząc przez pryzmat osób, z jakimi przebywam, niebezpieczne dla mojej osoby”. Prowadzi też własne śledztwo, na sali sądowej – sam często stawia pytania świadkom, składa stosowne oświadczenia. Jest pewny siebie, nie wygląda na osobę, której przez myśl przechodzi wyrok skazujący. Niektórzy z dawnych kolegów dają wyraz lojalności wobec niedawnego szefa – zasłaniają się niepamięcią, puszczają do komendanta „oko”.

Sam komendant podtrzymywał, że jest niewinny, został osadzony na podstawie spisku. Wciąż czuje się policjantem. Wyrok, który zapadł 26 listopada 2015 roku,  w Sądzie Okręgowym Warszawa – Praga, jednak nie pozostawiał wątpliwości kim jest ten człowiek.  Mężczyzna usłyszał wyrok dożywotniego więzienia.

 Gabriela Jatkowska

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ