JAK POLSKI GÓRAL ZOSTAŁ GANGSTEREM W RIO

0
7798
Jan Józef G. S., mieszkaniec Nowego Targu, przez ponad trzy lata ukrywał się przed polską policją  w Rio de Janeiro. Wpadł w ręce brazylijskiej policji. Uciekł z Polski, podejrzany o liczne porwania, handel narkotykami i bandyckie napady. W Brazylii dołączył do jednego z najgroźniejszych gangów działających w fawelach – dzielnicach nędzy.
– Sporządziliśmy już wniosek o jego ekstradycję – mówi Janusz Hnatko z Prokuratury Okręgowej w Krakowie. Problem tkwi jednak w tym, iż Polska nie ma z Brazylią porozumień o ekstradycję i jedynie dobra wola tamtejszego wymiary sprawiedliwości może doprowadzić do przekazania przestępcy. – Decyzja o takiej ekstradycji może potrwać od pół roku do nawet kilku lat.
Dziś mało osób w Nowym Targu pamięta już o S.
– Był tu taki, porywał ludzi. Tak o nim mówili i pisali, ale uciekł – słyszę najczęściej. Ludzie nie chcą się wdawać o kimś takim w dyskusje na ulicy.
Przy ul. Długiej, nieopodal nowotarskiego rynku, w piętrowych budynkach – gdzie pod numerem 71 był zameldowany  Jan Józef G. S – prawie go nie pamiętają.
Chyba pomieszkiwał trochę – słyszę od starszej kobiety, która nie jest tego jednak pewna – Wysoki, barczysty. Kto go tam wie, gdzie teraz przebywa.
Tuż przed ucieczką miał  już mieszkać przy ul. Waksmundzkiej, w wilii na obrzeżach Nowego Targu.
Nikt tam nie otwiera. Wysoki drewniany płot, willa zadrzewiona, ledwo widoczna z drogi.
Sąsiedzi słyszeli o Janie Józefie G. S, ale nikt go tu nie widywał.
– Głośno było kiedyś o nim – dodaje jeden z byłych sąsiadów Słowakiewicza – A potem zniknął nagle, no i mówili teraz o nim w telewizji, i pisali w gazetach, że ukrywa się w Ameryce Południowej.
Czy wiedzą tutaj, czym się zajmował?
– A kto to wie? Jak go złapali, znaczy, coś zrobił…
 Płacili i milczeli
– Dokładnie nie wiadomo, od kiedy grupa Słowakiewicza zaczęła w Małopolsce i na Śląsku porywać ludzi dla okupu – przyznaje podinspektor Mariusz Ciarka, były rzecznik prasowy wojewódzkiej komendy policji w Krakowie, dziś rzecznik KGP – Najprawdopodobniej pierwsze porwania  mogły mieć miejsce w 2005 roku.
Dlaczego tak trudno ustalić datę i ilość porwań? Policjanci przypuszczają, że proceder Słowakiewicza i jego ludzi mógł trwać znacznie wcześniej. Ale najczęściej bogate rodziny biznesmenów, którym porywano bliskich, albo ich samych, nie zgłaszały tych faktów policji. Płacono jedynie okup. Najczęściej w euro i dolarach, a także znaczne kwoty w złotówkach – jeżeli banda S. życzyła sobie okupu w złotówkach.

Jan Józef G. S zawsze wypuszczał porwaną przez grupę osobę. Taką miał zasadę. Chyba, że policja nic nie wie o ewentualnych przypadkach zabójstwa, dokonanych na osobach porwanych przez ludzi Jana Józefa G. S.

. Porwania, można by rzec, były standardowe. Nikt z porwanych nie mógł widzieć twarzy porywaczy, ani miejsca, w którym był przetrzymywany. Ofiary  wypuszczano na wolność w ten sposób, aby się nie zorientowały, skąd i dokąd jadą. Porwani odzyskiwali swobodę w miejscach odludnych, gdzie trudno było uzyskać natychmiastową pomoc. Stosowano kaptur lub szczelną opaskę na oczy, które uniemożliwiały porwanemu orientację w terenie. Przed każdym porwaniem, banda przez dłuższy czas obserwowała zwyczaje codzienne swojej przyszłej ofiary. Sprawdzano, o której wstaje rano, i w jakich godzinach kładzie się spać, w jaki sposób udaje się do miejsca pracy lub szkoły, kiedy wraca z niej do domu. Porywacze wiedzieli, jakie są relacje pomiędzy przyszłą ofiarą a resztą domowników. A przede wszystkim, w jakim momencie dnia może być sama, i czy taka właśnie chwila odpowiada grupie, by dokonać uprowadzenia. Niewykluczone, że przyszli porywacze, pod jakimś pretekstem, w przebraniach, mogli się również pojawiać w mieszkaniach lub domach swych przyszłych ofiar.

– Kidnaperzy musieli nieźle nastraszać rodziny porwanych, skoro te wolały płacić, często słono, niż informować nas o takim fakcie – mówi anonimowo jeden z policjantów – Sadzę też, że najczęściej kontaktowano się telefonicznie, i rodziny porwanych miały pewność, iż po zapłaceniu okupu, ofiara na pewno powróci do domu. I przede wszystkim dlatego nie informowano o porwaniach. W sytuacjach takich zawsze koszula jest bliższa ciału, i każdy chce swego bliskiego w całości oraz zdrowego widzieć w domu. Czemu się zresztą nie można dziwić. Najczęściej w takich sytuacjach nikt z rodziny porwanej osoby nie zastanawia się, że nie informując o porwaniu organów ścigania, jedynie w ten sposób rozzuchwala porywaczy do dalszych działań. Niestety, bogaci wolą płacić okup, niż wierzyć w skuteczność działań policji.
Milion za dziewczynę
W sprawie grupy Jana Józefa G. S., przełom nastąpił w maju 2011 roku. Jego ludzie obserwowali mieszkanie jednego z krakowskich biznesmenów. Nie interesowali się ojcem, ale jego córką, 16-letnią wówczas Majką. Sprawdzali,  gdzie się uczy, w jaki sposób porusza się po mieście, i kiedy najczęściej sama opuszcza miejsce zamieszkania. I wybrali moment, w którym oczekiwała na przystanku tramwajowym przy ul. Zakopiańskiej w Borku Falęckim. Podjechali pod przystanek samochodem i po prostu wpakowali zaskoczoną dziewczynę do auta. Krzyknęła, ale nikt z oczekujących na tramwaj na przystanku, nie zareagował.
– Dziś porwać dziewczynę, nawet w samym centrum miasta, to nie problem – stwierdza policjant – Szczególnie, gdy dotyczy to ludzi młodych. Często wygłupiają się na ulicach, i nie wiadomo, czy krzyk dziewczyny proszącej o pomoc jest prawdziwy, czy to wszystko tylko wygłup. Stąd zapewne, bierna postawa pasażerów na przystanku w Borku Falęckim, którzy tylko przyglądali się całemu zajściu.
 
– Twoja córka nie je, nie pije i leży w kanale! – usłyszał przez telefon ojciec Majki, oraz że jeśli nie zapłaci za córkę 333 tysięcy euro okupu, to ją zamordują.
Tym razem krakowski biznesmen nie zachował się tak, jak inni w podobnych sytuacjach, ale od razu powiadomił o porwaniu córki krakowską policję.
– Skojarzyliśmy fakty z podobnym porwaniem, które miało miejsce rok wcześniej, w przypadku krakowskiego dewelopera – przypomina Mariusz Ciarka – Jego rodzina wpłaciła okup, on wrócił, ale kiedy nas poinformowano, porywacze byli już nieuchwytni. W przypadku uprowadzonej szesnastolatki, po półtora tygodnia udało się ją uwolnić, wprawdzie jej rodzice wpłacili okup, ale bandytów udało się namierzyć.
Jednak S. dostał od kogoś cynk  i w ciągu kilku zaledwie godzin opuścił Polskę. Swoich kumpli zostawił jednak w kraju.
Herszt porzucił gang
–  Tak się spieszył, że odlatywał do Stanów Zjednoczonych zapewne na swym prawdziwym paszporcie – przypuszcza Mariusz Ciarka. Wszystkich fałszywych dokumentów, a kilka ich miał, nie zdążył zabrać z sobą.
Herszt gangu porywaczy miał odlecieć  do znajomych w Chicago. I tam, pod koniec maja 2011 roku, ślad się po nim urwał. Rodzi się przy okazji pytanie, bez odpowiedzi. S. musiał mieć wizę, aby tak szybko uciec do Stanów Zjednoczonych. Ciekawe, kto mu ją wydał, i kiedy?

Za  Janem Józefem G. S. wysłano list gończy. Tymczasem krakowscy antyterroryści zatrzymywali resztę członków dziesięcioosobowej bandy. Od razu też schwytano Dariusza P.  wraz z jego ludźmi, którzy zorganizowali porwanie 16-letniej Majki. W porwanie dziewczyny zamieszanych było pięciu kidnaperów. Definitywnie grupa Słowakiewicza została rozbita z październiku 2011 roku. Wówczas, przy trasie Skawina – Nowy Targ, antyterroryści zatrzymali w willi resztę bandy. W połowie grudnia 2011 roku antyterroryści schwytali 33-letniego Grzegorza N., który nie był na liście poszukiwanych, lecz należał do ludzi S. Był uzbrojony, obserwowany wcześniej przez wywiadowców z policji. To właśnie on w 2006 roku, porwał na Podhalu jednego z tamtejszych, bardzo bogatych przedsiębiorców, i więził go w lesie. Tam  torturował przez kilka godzin swojego jeńca, dopóki ten nie skontaktował się ze swoją rodziną, a ta zapłaciła za niego okup w wysokości 200 tys. zł. Przedsiębiorca uszedł z życiem. Okazało się również, że rok później Grzegorz N. uczestniczył w porwaniu kolejnego krakowskiego dewelopera. W trakcie śledztwa wyszło również na jaw, że grupa Jana Józefa G. S. planowała porwać 18- i 19-letnie dzieci dwóch bogatych mieszkańców Małopolski. Były one obserwowane przez dłuższy czas. Ale ostatecznie z porwań zrezygnowano. W jednym przypadku, tuż przed kidnapingiem, 18-latek nie był sam, a banda unikała dodatkowych problemów. W drugim przypadku, niedoszła ofiara nie pojawiła się na zaplanowanym miejscu porwania. Na przełomie czerwca i lipca 2010 r. porwano innego małopolskiego biznesmena, za którego wpłacono okup, a mężczyznę puszczono wolno.

Jak się okazało, gang S. był przypadkowo zebraną grupą, chociaż sprawnie działającą. Członkowie grupy  mieli od 18 do  41 lat. Było ich od 10 do 12 osób. Wszystkich łączyła jedynie chęć zysku, także z handlu narkotykami i bronią, jeżeli nadarzała się taka okazja. Większość była już karana. Przyznali się jedynie do tych porwań, które im udowodniono. W trakcie śledztwa okazało się również, że planowali dalsze porwania dzieci. Gdyż za dzieci otrzymywali okup szybciej i były to większe pieniądze niż za osoby dorosłe. Najczęściej za porwane osoby żądali  od 100 do 300 tys. zł. Choć bywały większe sumy.
 Siedem osób trafiło wówczas do aresztu, dwie odpowiadały przed sądem z wolnej stopy. Jedna z żon porywaczy odpowiadała również za pranie brudnych pieniędzy – okup z kidnapingu wydała na spłatę długów. Dariusza P., który kierował porwaniem Majki, krakowski sąd skazał na 8 i pół roku więzienia. Pozostali, którzy uczestniczyli w porwaniu dziewczyny, otrzymali kary od półtora roku do trzech lat pozbawienia wolności.
Gangster z faweli
– Nie rezygnowaliśmy jednak ze schwytania S. – przyznaje Mariusz Ciarka.
 Jana Józefa G. S. ścigał również Interpol. Wystawił za nim „czerwoną notę”, co oznaczało, że znalazł się na liście najgroźniejszych przestępców, wobec których wydaje się Europejski Nakaz Aresztowania. Ścigany był również w Stanach Zjednoczonych.
Po długim dochodzeniu, krakowscy policjanci przekazali stronie brazylijskiej informację, że S. ze Stanów Zjednoczonych – pod zmienionym nazwiskiem – mógł się udać się do Brazylii, i może przebywać w Rio de Janeiro. I  nie pomylili się.
Na początku września 2014 roku gazeta „Folha de S. Paulo” doniosła, że po informacji od polskich służb, w niedzielę 31 sierpnia w Rio de Janeiro –  penetrując tamtejszą fawelę, czyli największe slumsy świata, pełne przemocy, mordów, gwałtów i handlu narkotykami – policja zatrzymała Jana Józefa G. S.
– Robicie błąd, nie jestem przestępcą, tylko handluję odzieżą! – krzyczał w języku polskim do kamery, gdy go filmowano. Specjalna jednostka policji BOPE, przeznaczona do zwalczania przestępczości w fawelach, schwytała S. Ukrywał się i prowadził gangsterski proceder w faweli das Almas, faweli Dusz, w Soa Goncalo, w rejonie metropolitarnym Rio de Janeiro.
„Folha de S. Paulo” informowała również, że  przyjechał do Brazylii w czerwcu 2011 roku, na fałszywym paszporcie, i że przez cały czas pobytu posługiwał się dokumentami na nazwiska: Stanisław Galas i Ricardo Talinowski. Dołączył w faweli do handlujących narkotykami zbrojnych gangów, którym regularnie dostarczał broń.
– Musiał się nieźle wkupić, i przysłużyć tamtejszym gangom, skoro jak swego przyjęli go w  szeregi  miejscowi gangsterzy – podkreśla jeden z moich rozmówców.
„Folha de S. Paulo” pisało także, iż w śledztwie prowadzonym przez brazylijską policję okazało się, iż przybysz z Polski był  członkiem zbrojnej frakcji grupy Amigos Dos Amigos, czyli „Przyjaciele Przyjaciół – ADA”. Miał przy sobie karabin kalibru 7.62 mm. Mieszkał wraz z kobietą, która otrzymywała 2000 tamtejszych reis zasiłku miesięcznie. Miał również inne kochanki. O trzech z nich było wiadomo brazylijskiej policji.
– Polska prokuratura nie posiada  informacji na temat szczegółów pobytu podejrzanego w Brazylii i tego co tam dokładnie robił. Wiemy natomiast, że w latach 2010 – 2011 na terenie Krakowa dokonał dwóch porwań dla wymuszenia okupu, a nadto ma na koncie trzy usiłowania porwania osób oraz trzy inne przestępstwa przeciwko mieniu, dokonywane z użyciem przemocy. W jednym drastycznym przypadku, porwał mężczyznę, przetrzymywał go w bagażniku i bił – dodaje Janusz Hnatko z krakowskiej prokuratury.
Może się jednak okazać, że S. nie wróci już do Polski. Za handel bronią w Brazylii grozi mu nawet do 30 lat pozbawienia wolności. Jeśli tam zostanie, to  – przy maksymalnym wymiarze kary – będzie mógł wyjść na wolność dopiero w wieku 72 lat. Jeżeli przeżyje brazylijską odsiadkę.
Roman Roessler

logo REPORTER

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ