Gdy Monika Bielawska została uprowadzona, miała półtora roku, jasne loczki i papuśne policzki. Dziś – jeśli żyje – jest dorosła. Gdzie mieszka? Co się z nią dzieje? Tego na razie nie udało się rozwikłać od 30  lat.

 Stara kamienica w centrum Legnicy. Drzwi otwiera wsparta na laskach, starsza kobieta. To pani Julia Markowska, babcia Moniki.

– Za każdym razem, kiedy ktoś dzwoni do drzwi, serce mocniej mi bije. Otwieram z nadzieją, że może w progu zobaczę Monisię? Czuję, że ona żyje! Nie wiem, jak teraz wygląda, ale będę wiedziała, że to ona – mówi pani Julia przez łzy i prowadzi do pokoju, w którym wciąż stoją zabawki Moniki.

– Podobno, gdy dorosły człowiek zobaczy coś, co towarzyszyło mu w dzieciństwie, to wiele sobie przypomina. Dlatego nie ruszam rzeczy Monisi. Może pozna kiedyś prawdę o sobie i nas odnajdzie? Wtedy pokażę jej pokoik, zabawki. Wierzę, że doczekam tego dnia.

Przed laty czekali tak na wnuczkę razem: pani Julia i jej mąż Zygmunt. Ale mijało 6 lat od porwania, kiedy pan Markowski wyszedł przed dom wywiesić pościel do wietrzenia. Był słoneczny dzień. Na podwórku szalały dzieciaki. Pan Zygmunt wrócił poruszony.

– Wszystkie dzieci są, a naszej Moniki nie ma. Nie chcę tak dłużej żyć! – powiedział z rozpaczą do żony.

Kilkadziesiąt minut później zabił go trzeci – od zniknięcia wnuczki – zawał serca.

Na Monikę czeka też każdego dnia Magdalena Pawlak, jej mama.

– Jedyne, czego w życiu pragnę, to dowiedzieć się, co dzieje się z moim jedynym dzieckiem. Wierzę, że Monika wróci. Zamykam oczy i w marzeniach widzę, jak ją przytulam, jak rozmawiamy – płacze pani Magda.

Sprzedać tego bękarta

Na początku lat 90. Magdalena była zwyczajną, wesołą nastolatką. Zaczęła spotykać się z Robertem B., synem mieszkających piętro wyżej sąsiadów. Znali się od dzieciństwa, w końcu się w sobie zakochali. Magda nie miała jeszcze 18 lat, kiedy zorientowała się, że jest w ciąży. Pierwszy szok szybko wyparła radość. Za to Robert cieszyć się nie umiał.

– Usuń – namawiał Magdę.

– Nie! – odmawiała.

Wzięli ślub, bo tak wypadało. Robert wprowadził się do żony i teściów. Był dla Magdy dobry, choć tak w ogóle, to daleko mu było do dobroci. Do żadnej pracy nie chodził, za to często gdzieś znikał. I nie lubił się z tego tłumaczyć. Okazało się, że prowadził podejrzane interesy na miejskim targowisku. Szmuglował alkohol z Czech, oszukiwał ludzi na hazardowej grze „w trzy karty”. Domownicy nie chcieli awantur, więc go za bardzo nie wypytywali.

Monisia urodziła się w marcu 1993 roku. Zdrowa, śliczna. Magda promieniała szczęściem, a dziadkowie dosłownie oszaleli z radości!

– Nie mogłam się nią nacieszyć – uśmiecha się do wspomnień pani Julia – Mąż też świata poza Moniką nie widział, a ona właśnie jego najbardziej sobie upodobała. Gdy kiedyś Zygmunt pojechał do Wrocławia sprawy załatwiać, to wnuczka przez cały dzień jeść nie chciała. Połknęła kaszkę dopiero wieczorem, gdy wrócił.

Tylko w Roberta diabeł wstąpił.

– Trzeba sprzedać tego bękarta, będą z tego dolary – mówił i ostentacyjnie nie interesował się córeczką. Nigdy jej nie przytulał, nie brał na ręce, odpychał, gdy wyciągała do niego rączki.

– Bachor – mówił.

Kupował sobie ptasie mleczko, ale obierał je z czekolady, bo lubił wyjadać samo nadzienie. Czekoladę wyrzucał do śmieci.

– Daj trochę słodkiego Monisi – prosili domownicy.

– Niech je obierki z kartofli – burczał.

Dziewczynka na widok taty zasłaniała sobie piąstkami oczy. Ze strachu.

Uprowadzona przez ojca

 16 lipca 1994 roku Monika miała szesnaście miesięcy. Na dworze był upał, a jednak dziecko obudziło się chore, rozpalone gorączką. Dziadkowie uzgodnili z Magdą, że oni pójdą z małą do lekarza, a córka z Robertem zrobią w tym czasie zakupy na obiad. Ale Robert do sklepu iść nie chciał. Od rana był zresztą jakiś podenerwowany. Nieoczekiwanie oświadczył, że on… też pójdzie z dzieckiem do przychodni.

– Zdziwiłam się. Ale też wstąpiła we mnie nadzieja, że może wreszcie odzywają się w nim jakieś uczucia – wspomina babcia.

babacia-moniki-1
– Nie mogłam się nią nacieszyć – uśmiecha się do wspomnień pani Julia

Lekarz zdiagnozował u Monisi silne przeziębienie i wypisał recepty. Poszli do apteki. Pani Julia weszła do środka, a pan Zygmunt i Robert zostali z dziewczynką na zewnątrz. Kiedy babcia doszła do okienka okazało się, że zabrakło jej pieniędzy. Zawołała męża, żeby dołożył brakującą kwotę. Gdy chwilę później oboje wyszli z apteki, zobaczyli już tylko w oddali plecy Roberta. Zięć znikał w przejściu między budynkami. Szedł szybkim krokiem i pchał przed sobą wózek z Moniką. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieli, ale to był ostatni raz, kiedy widzieli wnuczkę.

W każdym razie, gdy Robert zniknął z dzieckiem w tym przejściu, nawet się nie zdenerwowali. Byli pewni, że poszedł z małą do domu. Przecież była chora, może płakała? Ale w domu ich nie było. Za to okazało się, że zniknęły najlepsze ubrania Roberta. I paszport, do którego krótko wcześniej wpisał córkę. Zniknęła też większość zdjęć dziecka. Wtedy Markowscy przypomnieli sobie, że zięć miał ze sobą wypchaną czymś reklamówkę.

– Magda, leć na policję! – wpadli w przerażenie.

Jeszcze tego samego dnia Magdalena złożyła zawiadomienie o zaginięciu męża i córki. To nie były czasy Internetu i wszędobylskich mediów. Pozostawało siedzenie w domu i czekanie. Czekali więc, odchodząc od zmysłów: Monika miała gorączkę, Monika musi brać leki, czy ktoś ją karmi, gdzie ona śpi, czy nie płacze za dziadkiem…

W końcu, pięć dni po zniknięciu, Robert zadzwonił.

– Gdzie jest dziecko?! – Magda rzuciła się do telefonu.

– Spotkaj się ze mną w parku, tam gdzie zawsze. Wszystko ci wyjaśnię – poprosił.

Magda pobiegła do parku.

– Monika nie żyje, zginęła w wypadku samochodowym w Czechach – usłyszała od męża.

Nogi się pod nią ugięły. Przerażona zasypała go pytaniami. Wtedy ją uspokoił.

– Żartowałem! Monika jest w Katowicach. Oddałem ją pod opiekę handlarzom, których poznałem na bazarze. Pojedziemy po nią razem. Ale wycofaj doniesienie z policji – zabrzmiało to trochę jak prośba, trochę jak groźba.

Zdesperowana Magda zrobiła jak chciał.

Pojechali pociągiem na Śląsk. Rzekomi znajomi Roberta mieli czekać z Moniką na katowickim dworcu. Nie było ich. A i Robert, pod byle jakim pretekstem zostawił Magdę i… zniknął. Wróciła do Legnicy sama, skołowana.

– Prawdopodobnie chodziło mu tylko o to, żeby uspokoić żonę, aby wycofała doniesienie z policji. Dopiął swego, mógł się więc spokojnie ulotnić – mówi dziś Zbigniew Prokop, emerytowany już oficer legnickiej komendy.

W latach 90. był szefem zespołu w Wydziale Kryminalnym legnickiej komendy, który zajmował się poszukiwaniem zaginionych osób i tropieniem poszukiwanych przestępców. Gdy na jego biurko trafiła sprawa Moniki, nawet nie przypuszczał, że oto w jego życiu zaczyna się nowy rozdział. Że poświęci mu nie tylko lata pracy, ale i prywatny czas, własne emocje. I że prawie 20 lat później myśl o Monice będzie w nim nadal tkwić jak bolesna drzazga, której nigdy nie udało się wyciągnąć.

Sprzedał na narządy

Gdy Robert zniknął z katowickiego dworca, dla śledczych stało się jasne, że Monika została uprowadzona. Przez ojca. Odnalezienie dziecka stało się dla legnickich policjantów i prokuratorów sprawą prestiżową. Za porywaczem rozesłano listy gończe. Wiele wskazywało, że uciekł za granicę, więc zaalarmowano Interpol. Poszukiwania prowadzone były w całej Europie. Robert B. trafił na listę dziesięciu najniebezpieczniejszych, poszukiwanych przestępców. O uprowadzonej dziewczynce dudniły media w całym kraju.

– Robert, błagamy, oddaj nam Monisię! – płakali przed kamerami dziadkowie Moniki i Magda. Nie odmawiali żadnemu dziennikarzowi. Przynajmniej tak mogli pomóc.

fot-2
Robert B. nie ujawnił, co zrobił z dzieckiem

Ale wszystko na nic. Nigdy nie odnaleziono ani jednego świadka, który coś widział. Ani jednego tropu, który mógłby doprowadzić do dziecka.

– Najgorsze, że nie udało się odtworzyć pierwszych chwil po tym, jak Robert zabrał córkę sprzed apteki. A to były kluczowe dla sprawy momenty – mówi Zbigniew Prokop.

Śledczy rozpatrywali różne wersje zdarzeń, łącznie z zabójstwem lub sprzedażą dziecka na narządy. Jednak ciała dziewczynki nie odnaleziono, a ówczesne dochodzenie wykazało, że Robert B. po porwaniu nie miał pieniędzy. Gdyby sprzedał córkę handlarzom narządami, miałby pełne kieszenie kasy.

Dlatego za bardziej prawdopodobną przyjęto wersję o próbie sprzedaży dziecka, ale nieudanej.

Zbigniew Prokop: – Założyliśmy, że poznał na targowisku ludzi, którzy chcieli kupić dziecko. Może nie mogli mieć swojego? Obiecał, że sprzeda im Monikę. To mogli być obcokrajowcy, na bazar przyjeżdżało ich wtedy wielu. Umówił się z nimi na 16 lipca. Po transakcji planował ucieczkę za granicę. Przemawia za tym wiele faktów: to, że tuż przed porwaniem naciskał, aby wpisać Monikę do jego paszportu, to, że 16 lipca chodził podenerwowany, spakował się po kryjomu. W końcu to, że postanowił pójść z dzieckiem do przychodni, choć nigdy się nim nie interesował. I częściowo jego plan się powiódł: udało mu się zabrać Monikę. Ale potem musiało stać się coś, co pokrzyżowało szyki. Może umówieni ludzie nie przyjechali?   Albo przyjechali, wzięli dziecko, ale nie zapłacili mu tyle, ile obiecali? W każdym razie wiemy, że Robert pieniędzy przy sobie nie miał i na coś prawdopodobnie przez te pięć dni – które upłynęły od porwania do telefonu do żony – czekał. Albo na „kupców”, aż wreszcie przyjadą. Albo na resztę obiecanej kwoty.

Jednak dni mijały, a on się raczej na nic nie doczekał. A zapewne zdawał sobie sprawę, że szuka go policja i w każdej chwili może znaleźć. Miał coraz mniej czasu, musiał uciekać za granicę. Jednak, jako poszukiwany, mógł mieć problem z przekroczeniem granicy. Dlatego właśnie zadzwonił do Magdy i przekonał ją do wycofania doniesienia. A co zrobił z Moniką? Czy zabrali ją jacyś ludzie? Czy zostawił ją u kogoś? Wywiózł za granicę? Porzucił? Zabił? Tego, niestety nie wiemy. Monika przepadła jak kamień w wodę.

Namierzony w Wiedniu

Od zaginięcia dziewczynki mijały tygodnie, miesiące, w końcu lata. Poszukiwania nie przynosiły efektów.

– Wreszcie, jakieś dwa lata od porwania, uzyskałem niemal stuprocentową pewność, że Robert B. przebywa w Wiedniu – wspomina Prokop.

Z jego informacji wynikało, że przed polski kościół w Wiedniu, w każdą niedzielę zjeżdżają tłumy naszych rodaków. To była taka niepisana tradycja – plac przed kościołem zamieniał się raz w tygodniu w miejsce spotkań Polaków. Można tam było w wolny dzień nie tylko wypić piwo z krajanami, ale i dowiedzieć się, kto szuka pracowników, gdzie są tanie noclegi itp. I właśnie tam miał przychodzić B. Widywało go wielu współpracujących w ówczesnym czasie z policją świadków.

Polscy śledczy powiadomili o tym austriacką policję, ale ta jakoś nie paliła się do pomocy. A Prokop nie mógł spokojnie spać. Próbował wytłumaczyć przełożonym, że porywacz jest na wyciągnięcie ręki, że trzeba jechać do Wiednia, zatrzymać go, zmusić do wyznania prawdy o Monice. Ale w latach 90. oficjalne zorganizowanie takiego wyjazdu dla polskich policjantów było skomplikowane niczym podróż w kosmos. Śledztwo tkwiło więc w martwym punkcie.

Jakoś w tym samym czasie okazało się za to, że Robert B. zaczął wydzwaniać do Magdy. Na domowy telefon. Prosił żonę, żeby do niego przyjechała, że ułożą sobie życie od nowa. Magda nawet słyszeć o tym nie chciała, ale policjanci poprosili ją, aby nie zabraniała Robertowi dzwonić. Mieli bowiem plan: Magda miała w czasie telefonicznych rozmów z mężem próbować wyciągać od niego informacje: gdzie mieszka i co zrobił z Moniką. A policja miała te rozmowy nagrywać.

– Zacząłem wtedy spędzać w domu rodziny Moniki długie godziny – wspomina Zbigniew Prokop – Robert umawiał się bowiem z żoną, że zadzwoni o godz. 20.00, a dzwonił o 23.00. Wyczekiwałem na jego telefony z archaiczną, jak na dzisiejsze czasy, maszynerią do nagrywania. W tym czasie dużo rozmawiałem z bliskimi Moniki. Widziałem ich cierpienie. Po ludzku mnie to ruszało – opowiada.

Ale choć Magda podpytywała męża, on nie chciał zdradzić ani miejsca pobytu, ani tego, co zrobił z dzieckiem.

– Jak się zdecydujesz do mnie przyjechać, to dam ci adres w Czechach. Stamtąd cię do mnie przywiozą – mówił żonie.

Policjanci próbowali namierzać, skąd Robert dzwoni, ale prymitywna wówczas technika zawodziła. Raz im wychodziło, że z Włoch, to znowu, że z Francji…

– W końcu zrozumiałem, że to wszystko prowadzi donikąd – wspomina Prokop. To właśnie wtedy podjął odważną decyzję, która okazała się przełomem w śledztwie.

– Poprosiłem o pomoc kolegę z wydziału i pewnej nocy, z soboty na niedzielę, wsiedliśmy w prywatny samochód i jak zwykli turyści, za własne pieniądze, pojechaliśmy do Wiednia. „Uzbrojeni” jedynie w stary aparat fotograficzny – opowiada.

I tym sposobem, w pewien jesienny niedzielny poranek, dwaj policjanci z Legnicy wtopili się w tłum rodaków przed polskim kościołem w Wiedniu.

fot-3
Myśl o Monice tkwić we mnie jak bolesna drzazga – mówi Zbigniew Prokop, emerytowany już oficer legnickiej komendy

– Mimo przenikliwego zimna, były tam tłumy ludzi! Wypatrywaliśmy wśród nich Roberta. Ale bez skutku. Po południu byliśmy już tak zmęczeni i przemarznięci, że postanowiliśmy wrócić do auta. I gdy szliśmy na parking, z naprzeciwka… nadszedł on! – opowiada emerytowany policjant.

Porywacz Moniki, człowiek, który spędzał sen z oczu wielu poszukującym go ludziom, był na wyciągnięcie ręki! Policjanci ruszyli za nim. Robili mu z ukrycia zdjęcia.

Zbigniew Prokop: – Pomyślałem, że chyba nie wytrzymam tej bierności! Że go schwytamy, przywiążemy do jakiegoś płotu i wezwiemy policję. Uświadomiłem sobie jednak, że przecież pojechaliśmy tam prywatnie, w dodatku nie znaliśmy dobrze języka. Taka akcja mogłaby skończyć się nie tylko klapą, ale i międzynarodową aferą. Bo Robert B., który dobrze znał język, mógł wymyślić tysiąc kłamstw, w które austriacka policja zapewne by uwierzyła, widząc dwóch podejrzanych gości, którzy szarpią „biednego emigranta z Polski” .

Zdolny do wszystkiego

Dlatego, gdy porobili zdjęcia, pognali do Polski. W Legnicy Prokop zaniósł kliszę do wywołania, do zwyczajnego zakładu fotograficznego. Na szczęście fotki wyszły. Wysłał je do Komendy Głównej Policji oraz do prowadzącej śledztwo legnickiej prokuratury.

– Wreszcie mieli czarno na białym, że porywacz Moniki jest w Wiedniu – wspomina policjant.

To zadziałało. Śledczy „z kierownictwa” podjęli błyskawiczne kroki. Poprosili Magdę, aby zgodziła się pojechać do męża. Krótko potem kobieta była już w Wiedniu. Robert wyszedł po żonę i zaprowadził ją do mieszkania, które zajmował. Nie podejrzewał, że wszystko obserwują austriaccy policjanci. Chwilę później zapukali do jego drzwi. Porywacz córki został wreszcie schwytany.

W 1997 roku – trzy lata od porwania – odbyła się ekstradycja B. do Polski. Od razu został tu aresztowany. Zaczęły się przesłuchania. Jego pierwsze zeznania miały nawet sens. Opowiadał śledczym o „Alicji i Zbychu”, parze Polaków mieszkających w Wiedniu, których poznał na legnickim bazarze. Dokładnie ich opisywał: Alicja miała być przeraźliwie chuda, z płaskim biustem. Zbychu niewysoki. Nie mogli mieć swoich dzieci. Zaproponował więc, że sprzeda im Monikę.

– Nie widzieli jej wcześniej, ale zgodzili się wziąć ją „w ciemno” – zeznawał – Gdy zabrałem córkę sprzed apteki, oni już czekali w umówionym miejscu. Pooglądali Monikę, spodobała im się. Zapłacili mi 20 tysięcy ówczesnych szylingów. Wszyscy wsiedliśmy do ich auta i pojechaliśmy do Wiednia – mówił.

Początkowo miał odwiedzać córkę w wiedeńskim mieszkaniu Alicji i Zbycha, ale potem „spadło na niego dużo spraw” i robił to rzadko. Ale twierdził, że Monika była w nowym domu szczęśliwa, mówiła do nowych opiekunów „mamo i tato”.

– Sprzedałem ją, bo miałem problemy w domu. Gdybym miał gdzie mieszkać z żoną i córką, nie u teściów, to nigdy by do tego nie doszło – opowiadał.

Ale w czasie kolejnych przesłuchań zaczął się plątać. Alicja i Zbychu nadal się wprawdzie w jego opowieściach pojawiali, ale zmieniała się już cena za dziecko, okoliczności sprzedaży i wygląd Zbycha. Tylko Alicja nadal była „przeraźliwie chuda”.

Aż nagle zeznał, że jednak kłamał, a Monika nie żyje.

– Wypadła mi z wózka, jeszcze w Legnicy. I się zabiła. To był wypadek – mówił.

4a
Tak mogłaby wyglądać dziś Monika

Jej ciało miał zakopać w podmiejskim Lasku Złotoryjskim. Śledczy sprowadzili psy wyszkolone do poszukiwania ciał, przekopali lasek, przeprowadzili na miejscu wizję lokalną z udziałem Bielawskiego. Niczego nie znaleźli.

Robert zmienił więc front. – Córka zginęła w wypadku samochodowym w Czechach – twierdził. Policjanci sprawdzili: nic takiego nie miało w tym kraju miejsca. Zaczął więc opowiadać, że Monikę ktoś mu ukradł. Ale nie pamięta kto, bo miał zaniki pamięci.

Kolejne zeznania były jeszcze ciekawsze. – Chyba zapomniałem zabrać wózek z dzieckiem sprzed sklepu – mówił. Którego sklepu? Tego już nie wiedział. Potem poprosił, żeby dać mu spokój, bo Monika w ogóle nie jest jego córką. Ale podczas następnego przesłuchania był już pewien, że to jego teściowa „uprowadziła Monikę i złożyła na ofiarę”.

W końcu powiedział do przesłuchujących: „Chcecie żebym zeznał, że zjadłem to dziecko?!”.

Biegli psychiatrzy orzekli, że jest „niedojrzały emocjonalnie i ma braki w zakresie uczuciowości wyższej”. Oraz, że „byłby zdolny do działania zmierzającego do pozbycia się córki, poprzez sprzedanie jej, oddanie, po przyczynienie się do jej śmierci włącznie”.

Przebadano go też wariografem. Organizm Roberta B. wyraźnie zareagował na tzw. pytanie krytyczne, które brzmiało: „czy zabił pan córkę”?

 Zaskakujące uwolnienie

Jesienią 1998 r. Prokuratura Rejonowa w Legnicy miała już gotowy akt oskarżenia. Opierał się na opiniach biegłych i na tym, co udało się odtworzyć. Ponieważ na zabójstwo nie znaleziono dowodów, Robert B. został oskarżony o porwanie i sprzedaż córki.

Jednak z wysłaniem aktu oskarżenia do sądu, prokuratorzy musieli wstrzymać się kilka dni – czekali na uzupełniające dokumenty z Austrii. Tak się niefortunnie złożyło, że akurat w tym czasie mijał rok, od kiedy B. siedział w areszcie. W tej sytuacji, aby areszt przedłużyć, potrzebna była zgoda Sądu Najwyższego. A zgodnie z procedurami, na wysłanie wniosku do tego sądu legniccy prokuratorzy musieli mieć zgodę Prokuratury Generalnej. Poprosili o nią, a Prokuratura Generalna…odmówiła! Dlaczego? Niestety, warszawski prokurator, który złożył podpis pod dokumentem, już nie żyje. Ale nie jest wykluczone, że ta decyzja była prawnie uzasadniona.

– Austriacy zgodzili się wydać go Polsce tylko dlatego, iż istniało podejrzenie, że dopuścił się zabójstwa – tłumaczy sędzia Bartłomiej Treter, który w Sądzie Okręgowym w Legnicy zajmuje się międzynarodowymi sprawami karnymi – Jednak w śledztwie sprawa zabójstwa upadła i podejrzany miał odpowiadać przed sądem za coś całkiem innego. W takiej sytuacji przedłużenie aresztu, który wynikał z ekstradycji opartej tylko na podejrzeniu o zabójstwo, nie jest w świetle międzynarodowych przepisów dopuszczalne. To mogłoby podważyć nawet zasadność całego procesu – wyjaśnia sędzia, który właśnie w tym upatruje powodów ówczesnej decyzji Prokuratury Generalnej.

W każdym razie Robert B. wyszedł z aresztu. Miał odpowiadać z tzw. wolnej stopy. Legnicka prokuratura zastosowała wobec niego dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju. Dosłownie kilka dni później dokumenty z Austrii dotarły i akt oskarżenia trafił do sądu. Jak było jednak do przewidzenia, oskarżony nie pojawił się na rozprawie. Dziś wiadomo, że uciekł z kraju. Miał wprawdzie zakaz wyjeżdżania, ale miał też przecież kontakty na bazarze, gdzie w tamtych latach kupienie fałszywego paszportu było pestką.

Wiadomo też, że prosto z aresztu Robert poszedł do żony i teściów.

– Błagam cię! – rozpłakała się na jego widok pani Julia – Przepiszę ci mieszkanie, my się z mężem stąd wyprowadzimy, oddamy ci wszystko. Tylko zwróć nam Monisię! – błagała zięcia.

– Oddam wam ją, przysięgam. Właśnie po nią jadę – odpowiedział – Ale nie mam pieniędzy na podróż…

Wziął dwieście złotych, ciepłą kurtkę i zniknął bez wieści na 10 lat.

Dostał list żelazny

Życie ma to do siebie, że toczy się swoim rytmem, niezależnie od wszystkiego. Zmieniały się pory roku, zmieniały się czasy, tylko bliskim Moniki wciąż ten sam ból rozrywał serca.

– Byliśmy bezradni – płacze Magdalena. Nigdy nie straciła nadziei na odnalezienie Moniki. Ale jak żyć, kiedy od zaginięcia dziecka mijają długie lata i nie wiadomo zupełnie nic?

Dlatego to, co stało się w 2008 r., było jak grom z jasnego nieba! Otóż zupełnie nieoczekiwanie Robert… sam zgłosił się do polskiego wymiaru sprawiedliwości! Przez adwokata przekazał, że chce dobrowolnie stanąć przed sądem i wyjaśnić sprawę. Ma tylko jeden warunek: list żelazny.

To taki prawny parasol ochronny, który zapewnia osobie poszukiwanej nietykalność ze strony organów ścigania. Na czas procesu, aż do uprawomocnienia się wyroku.

– Sąd Okręgowy w Legnicy zgodził się wydać mu list żelazny, choć to wyjątkowo rzadka procedura – mówi sędzia Treter – Sąd uznał bowiem, że to jedyny sposób, aby oskarżony, poszukiwany już wtedy Europejskim Nakazem Aresztowania, stanął przed wymiarem sprawiedliwości, został osądzony i wyjaśnił, co się stało z dzieckiem – dodaje sędzia.

Dlaczego jedyny sposób? Bo przez te wszystkie lata, od kiedy B. zniknął, polski wymiar sprawiedliwości próbował nakłonić austriackich śledczych, aby go schwytali i po raz drugi zgodzili się na ekstradycję. Ale Austria odmawiała, tłumacząc się swoimi przepisami. Robert B. był więc w tym kraju w miarę bezpieczny. I prawdopodobnie o tym wiedział. A jednak zdecydował się na proces. Dlaczego? Może to, że Polska weszła do Unii Europejskiej i ściganie przestępców stało się łatwiejsze, jednak go zaniepokoiło? A może chciał mieć możliwość swobodnego wyjeżdżania z Austrii bez obawy, że w każdym innym kraju może zostać schwytany? Albo po prostu liczył, że po tylu latach zostanie oczyszczony z zarzutów i nie będzie się już musiał ukrywać?

Uśmiechnięty i na luzie

W każdym razie w 2008 roku, po 14 latach ukrywania się, Robert B. przyjechał oficjalnie do Polski. Zamieszkał u siostry, Magdę i teściową zobaczył dopiero na sądowym korytarzu, w dniu rozprawy. Stali daleko od siebie i bacznie się sobie przypatrywali: dwie zdenerwowane kobiety, rozpalone nadzieją, że wreszcie dowiedzą się, gdzie jest Monika. I pewny siebie, dobrze ubrany mężczyzna, który zamienił ich życie w piekło.

– Na stałe przebywam w Austrii. Zdecydowałem się dobrowolnie zgłosić do sądu, ponieważ chcę wreszcie wyjaśnić tę sprawę. Ja nie porwałem Moniki – Robert chętnie udzielał wywiadów zaczepiającym go przed salą rozpraw dziennikarzom. Wyluzowany, uśmiechnięty.

Pytany, czemu zgłosił się dopiero po tylu latach, wzruszał ramionami: – Wcześniej nie miałem czasu.

A dlaczego przed laty mówił, że zabił córkę i zakopał w lesie?

– Bo przesłuchujący mnie prokuratorzy ciągle chcieli, żebym coś mówił. To mówiłem. A ten las wymyśliłem, żeby się w czasie wizji lokalnej po świeżym powietrzu przespacerować. Zawsze to jakaś odmiana, jak się siedzi w areszcie.

Na sali sądowej stracił już jednak rezon. Na formalne pytanie sądu, czy ma dzieci, nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie był też pewien, czy jest żonaty.

– Oskarżam Roberta B. o to, że 16 lipca 1994 r. uprowadził i sprzedał nieustalonej osobie swoją małoletnią córkę Monikę – prokurator odczytał akt oskarżenia, który „czekał” na B. od 14 lat.

– Tego dnia, gdy poszliśmy do apteki, weszliśmy do niej wszyscy, a dziecko w wózku zostało samo na dworze – wyjaśniał Robert.

Sędzia Wojciech Michalski jakoś nie mógł w to uwierzyć. – Jak to samo zostało? Przecież to było malutkie dziecko! – dopytywał.

Oskarżony miał gotową odpowiedź: – W aptece była duża witryna, więc cały czas widzieliśmy wózek z Moniką. Była kolejka, więc wyszedłem, żeby pospacerować z córką. Tego dnia wyjeżdżałem za granicę i teściowie o tym wiedzieli. Pochodziłem z małą i wróciłem przed aptekę. Wyszedł teść i wziął ode mnie wózek. Pożegnałem się i poszedłem. To był ostatni raz, kiedy widziałem Monikę.

Schwytamy go

I to było właściwie wszystko, co powiedział, bo zaraz potem odmówił składania wyjaśnień i odpowiadania na pytania sądu.

Proces trwał ponad rok i niczego nie wyjaśnił. Robert nie ujawnił, co zrobił z dzieckiem. Sąd uznał go jednak za winnego uprowadzenia i sprzedaży córki. Wyrok: 15 lat więzienia. Jednak nie można było go od razu zamknąć, bo list żelazny chronił Roberta do czasu uprawomocnienia się wyroku.

Poczekał więc w Polsce na decyzję Sądu Apelacyjnego, do którego się odwołał. Gdy jednak ten utrzymał orzeczenie w mocy, od razu prysnął z kraju.

Cały czas był poszukiwany Europejskim Nakazem Aresztowania. Kara w jego sprawie przedawni się za 40 lat.

– Schwytamy go – mówił z przekonaniem sędzia Bartłomiej Treter. Tłumaczy: – To nie są procedury, które trwają chwilę, ale w dzisiejszych czasach odnajdowanie poszukiwanych zazwyczaj kończy się sukcesem. Sąd Okręgowy w Legnicy wydaje rocznie około 180 Europejskich Nakazów Aresztowania i ponad połowa poszukiwanych bardzo szybko trafia przed oblicze sądu. Pozostali w końcu też, tylko w trochę dłuższym czasie. Każdy z tych ludzi, w którymś momencie nie wytrzymuje psychicznie, popełnia jakiś błąd. A nad sprawą Roberta B. pracuje obecnie naprawdę wielu ludzi. Znajdą go. Nie wiem tylko, czy schwytanie porywacza przyniesie odpowiedź na najważniejsze pytanie: co stało się z Moniką?

Jej mama i babcia każdego dnia – od 19 lat – budzą się z wiarą, że Monika do nich wróci. Magdalena wynajęła niedawno nawet prywatnego detektywa, ale też niczego nie znalazł.

Pani Julia: – Wnuczka skończyła już 20 lat. Może zechce wkrótce wyjść za mąż? Dotrze do swoich dokumentów i dowie się, że ludzie, którzy ją wychowali, nie są jej rodzicami. I wtedy nas odnajdzie…

Magdalena płacze: – Monisiu ukochana, wróć, czekamy na ciebie każdego dnia. I nigdy nie przestaniemy czekać!

Bo przecież człowiek nie może tak po prostu zapaść się pod ziemię.

 Porywacz córki ujęty

 W końcu Robert B. został zatrzymany! Wpadł w ręce austriackiej policji zaledwie 2 miesiące po artykule Reportera (tekst powyżej), w którym opisaliśmy tę bulwersującą historię. Nadal jednak nie wiadomo, czy Monika żyje. A jeśli tak, to gdzie jest i co się z nią dzieje? Jeśli żyje, to jest już przecież dorosła… Jedynym człowiekiem, który wie co się z nią stało, jest jej ojciec,

12 września 2013 roku, został wreszcie schwytany przez policję w Austrii. Okoliczności jego zatrzymania nie są znane. Ani Komenda Główna Policji, ani polscy sędziowie nie otrzymali od Austriaków żadnej informacji na ten temat. Sędzia Bartłomiej Treter : – Latem tego roku dotarły do nas informacje z policji, których ujawnić nie mogę, ale były w nich zawarte ważne dane dotyczące Roberta B., które mogły pomóc w jego schwytaniu. Wiadomo było, że ukrywał się w Austrii. Dlatego w czerwcu napisałem pismo w tej sprawie do austriackiego prokuratora. I nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy to faktycznie podziałało, ale został przez Austriaków zatrzymany

– Najważniejsze, że go schwytali – babcia Moniki, pani Julia Markowska, nie kryje radości. Ale jej śmiech miesza się ze łzami – Teraz modlę się już tylko o to, że może jakimś cudem Robert wyzna, co zrobił z Monisią. Może wygada się komuś w celi, jak już go przywiozą do Polski i wsadzą tu do więzienia? A może przez ten szum, który zrobił się w mediach w związku z jego zatrzymaniem, Monika zorientuje się, że ludzie, którzy ją wychowali, nie są jej prawdziwymi rodzicami i odnajdzie nas? Ja wierzę, że ona żyje. I od 19 lat, dzień w dzień, minuta w minutę, czekam na nią… I nigdy nie przestanę! Jedyne, o czym marzę, to żeby jeszcze kiedyś zobaczyć Moniczkę! – płacze babcia.

Roberta B. czeka 15 lat odsiadki. Może wreszcie zmięknie i wyjawi, co zrobił z Moniką? Cuda się przecież zdarzają.

Edyta Golisz

fot. Edyta Golisz, Wojciech Obremski

Reportaż 2013 roku

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ