Bestia zaatakowała nocą

1
1344

Była już w agonii, gdy ją gwałcił. A może już nie żyła? Od ciosów siekierą, powoli uchodziło z niej życie. Izba w małym drewnianym domku na Roztoczu dosłownie ociekała krwią. Wychudzona starsza kobieta, w podciągniętej do góry koszuli nocnej, leżała twarzą do podłogi. Na nagich pośladkach miała położoną poduszkę.

Był wtorek, 17 stycznia, bardzo ciepły zimowy poranek 1989 roku. Feliksówka, mała wioska na Zamojszczyźnie. Doręczyciel z Urzędu Pocztowego w Suchowoli miał zasiłek dla mieszkającej samotnie 67 – letniej wdowy. Przed jej domem stanął około godziny 10. Zdziwił się, gdy zobaczył, że drzwi wejściowe były zdjęte z zawiasów i postawione przy ścianie.

2

Pani Marianno! – zaczął nawoływać. Odpowiedzi nie było. Zajrzał więc do środka. Gdy zobaczył przewrócone krzesło na środku pokoju, przeszył go strach. Przeczuwał, że stało się tam coś strasznego. Postanowił dalej nie wchodzić. Pędem wsiadł na rower i pojechał do najbliższych zabudowań.

Jest u was Marianna J.? – zapytał.

Nie ma.

– U niej chyba był napad. Coś tam się na pewno stało, drzwi są powyrywane – doręczyciel nie krył zdenerwowania. Wsiadł na rower i pojechał do drugich sąsiadów. Te same pytania i odpowiedzi.

 Pokój ociekał krwią

Ulicą szła jakaś kobieta. To pewnie Marianna J. – listonosz próbował przekonać sam siebie i podjechał,  aby się upewnić. Ale to nie była ona. Gdy wrócił pod dom, wszystko było już jasne. Sąsiad Marian P. właśnie wychodził z chaty. Był blady jak ściana. Obok szła lamentująca sąsiadka.

1

– Ona nie żyje. Leży tam koło pieca, caluśka we krwi – zawodziła kobieta.

– Czekajcie tu, ja zadzwonię na milicję.  

Listonosz wsiadł na rower i pojechał do sołtysa. Tam wykręcił numer do naczelnika poczty. Opowiedział mu o zwłokach, a ten poinformował milicję i pogotowie.

Tymczasem w ośrodku zdrowia w Suchowoli doktor W. wołał do  pracownika gospodarczego: – Panie Kaziu wsiadaj pan ze mną do samochodu  i jedziemy!

Po co ja mam jechać?

– Jest jakieś morderstwo, a sam nie chcę jechać. Dzwonili z poczty – doktor wsiadł do swojego prywatnego auta, i pojechali.

Na miejscu zbrodni – w pokoju na podłodze tuż przy piecu – lekarz zobaczył wystające nogi. Były zimne jak lód. Zgon musiał nastąpić kilka godzin wcześniej. Pokój niemal ociekał krwią. Kobieta (w koszuli nocnej) leżała twarzą do podłogi. Na nagich pośladkach miała położoną poduszkę.

Na miejsce przyjechali milicjanci z Adamowa, Krasnobrodu oraz funkcjonariusze z Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych z Zamościa z prokuratorem. W mieszkaniu był bałagan, ubrania z szafy powyciągane, dolna szuflada otwarta. Jak się okazało, były w niej dwie portmonetki z pieniędzmi (stare 69 tys. zł).
Plotkara nie z tej ziemi
 Marianna J. od ponad roku była wdową. Nie miała też dzieci. Mieszkała w małym drewnianym domku (kuchnia i pokój) na skraju wsi, w pobliżu lasu. Była więc łatwym celem dla mordercy. Utrzymywała się z zasiłków z urzędu gminy. Wynajmowała się też do prac sezonowych u okolicznych rolników w zamian za żywność. Bliższe kontakty towarzyskie utrzymywała jedynie z sąsiadami P., do których często przychodziła. Niejednokrotnie opowiadała po wsi, że jest nachodzona w nocy.
– Jakieś pijaki stukają do drzwi i okien. Krzyczą ty k…. daj wódki! – mówiła. Jednak nikt nie brał tych słów na poważnie. Marianna miała bowiem skłonności do konfabulacji. Uwielbiała też plotki. Była wścibska, wszystko o wszystkich chciała wiedzieć. Nazywano ją „chodząca poczta”. W opinii mieszkańców wioski nie była w pełni sprawna intelektualnie. Analfabetka, nie umiała czytać, pisać ani liczyć. Miała tendencje do narzekań, utyskiwań. Skarżyła się do sąsiadów na kradzieże (ktoś miał jej ukraść kury, deski, ubrania po mężu). Niektórzy radzili jej, by się przeniosła do sióstr do Zamościa. Ta jednak ani myślała. Wzięła sobie do domu siekierę i mówiła, że gdy tylko ktoś spróbuje się do niej włamać, to da mu w łeb i więcej już do niej nie zajrzy.
Czy ta siekiera stała się narzędziem zbrodni? Raczej nie. Wszystko wskazuje na to, że sprawca przyniósł siekierę ze sobą. Posłużyła mu ona do wyważenia drzwi a później zabójstwa. W zabudowaniach Zabłońskiej milicjanci znaleźli dwie inne siekiery, w tym jedną wewnątrz domu.
 Dewiant i sadysta
 Sprawca dostał się do mieszkania wyłamując drzwi wejściowe przy pomocy drewnianej kłonicy z wozu konnego oraz siekiery, które posłużyły mu za dźwignię. Odstawił je pod ścianę, wszedł do kuchni.
Kobieta najwidoczniej słyszała jego najście i zanim wszedł do pokoju, próbowała mu w tym przeszkodzić. Z drugiej strony przytrzymywała drzwi, dodatkowo podparła je krzesłem. Na nic to się zdało. Napastnik odepchnął drzwi i przystąpił do ataku. Zaczął bić ją pięściami po twarzy, łamiąc nos. Staruszka usiłowała uciekać. Wtedy dopadł ją, popchnął na łóżko i próbował zgwałcić. Kobiecie udało się wyrwać. Podeszła do szafy i najprawdopodobniej próbowała „kupić” sobie życie. Otwarła szufladę i zaczęła szukać portmonetek. Ale sprawcy nie o pieniądze chodziło. Miał inne plany co do ich właścicielki. Zaatakował trzeci raz. Tym razem skutecznie. Popchnął ją tak, że straciła równowagę i uderzyła głową w narożnik pieca. Wtedy ponownie naparł na nią swoim ciałem.
Kiedy, zadał jej śmiertelne ciosy siekierą w głowę?
Z protokołu oględzin zwłok wynika, że zgwałcił ją w końcowej fazie zajścia, gdy staruszka była w agonii lub tuż po jej zgonie. Zatem gwałt musiał nastąpić w wyjątkowo „krwawych” warunkach, po zadaniu ostatecznych ciosów siekierą.
Biegli psychologowie z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie stwierdzili, iż fakt ten świadczy o tym, że sprawca działał z motywacją silnie dewiacyjną, sadystyczno-gerontofilną. Miał jeden cel – zaspokojenie popędu płciowego. Z opracowanego przez nich profilu psychologicznego wynika, że nie był bardzo silny ani sprawny fizycznie. Wskazuje na to fakt, że miał trudności z obezwładnieniem 67 –letniej, bardzo wychudzonej kobiety. Drzwi wejściowe pokonał raczej technicznie niż siłowo. Prawdopodobnie znał ofiarę. Miał rozeznanie co do pozycji społecznej J. i jej relacji rodzinnych. Mógł pochodzić z okolicy. O czym może świadczyć fakt przyjścia na miejsce zbrodni z siekierą. Mordercę cechował wysoki poziom agresji. Biegli, odnosząc się do swojej praktyki stwierdzili, że najczęstszym rodzajem zabójstw na tle seksualnym jest uduszenie. „Zabójcy seksualni stosują na ogół mniej gwałtowne sposoby zadawania śmierci. Chodzi im bowiem o obezwładnienie ofiary w celu odbycia stosunku i w tym znajdują rozładowanie napięcia psychicznego. Jednak bardzo wysoki poziom zalegającej agresji może nie ulegać rozładowaniu w mniej agresywnych zachowaniach, motywuje sprawców do dalszych, gwałtowniejszych czynów” – czytamy w ekspertyzie biegłych.
Wskazywali oni też na to, że zabójca (w wieku 30 – 50 lat) jest osobą o silnej frustracji wynikającej z trudności w zaspokajaniu popędu seksualnego w sposób społecznie akceptowany. Uznali, że jest samotny lub „o poważnie zaburzonym pożyciu małżeńskim”. Prawdopodobnie wywodzi się z rodziny, w której występowały poważne zaburzenia w sferze kontaktów emocjonalnych między rodzicami a dziećmi.
Przesłuchano cały szereg osób, mieszkających w okolicy, znajomych denatki, jednak nikt ze świadków nie miał istotnych informacji na temat okoliczności zabójstwa. Wytypowano kilka osób, które mogły mieć z tym związek. Wielomiesięczne przesłuchiwania, sprawdzanie alibi, przeszukania zabudowań, oględziny odzieży, oraz badania materiału biologicznego na nic się zdały.

Wszystkie te czynności były prowadzone w bardzo gorącym politycznie okresie. PRL chyliła się ku upadkowi. A gdy już upadła, Milicję Obywatelską czekały wielkie zmiany. Czy śledczy zrobili wszystko co mogli, by schwytać zabójcę J.?

Teraz na to pytanie już nikt nie odpowie. Faktem jest, że sprawca do dziś pozostaje w cieniu. Oficjalnie śledztwo zostało umorzone pod koniec grudnia 1989 roku. Już w nowej rzeczywistości politycznej. Pewnie ze względu na zawieruchę związana z transformacją ustrojową, ekspertyza psychologiczna została opracowana z poślizgiem. Zaś do Zamościa dotarła w marcu 1990 roku.
Huk na cały Zamość

 Zwrot w sprawie nastąpił w 2006 roku. A wszystko przez notatkę policyjną.

Wówczas funkcjonariusze zamojskiej komendy policji rozpytywali ludzi na okoliczność kradzieży z włamaniem do sklepu przy ul. Asnyka w Zamościu. Rozmowa z Janem W., 58 -letnim samotnym mężczyzną, mieszkańcem ul. Grunwaldzkiej, przyniosła nieoczekiwany rezultat. Co takiego powiedział ten mieszkaniec zamojskiego Promyka? Zaczął mówić o tym, że w latach 90. był u niego mężczyzna, który malował rynny. Miał mu opowiedzieć o morderstwie kobiety z Feliksówki. Dzień przed zbrodnią pił tam alkohol z kolegami. Według W. mężczyzna ten dokładnie opisał posesję, na której doszło do zabójstwa. Podczas rozmowy zamościanin był bardzo niespokojny. Twierdził, że „malarz” miał go straszyć – mówiąc, że jeśli o tym dowie się policja, to on się z nim policzy.

Po tej dziwnej rozmowie, policjantowi wróciła pamięć. Przypomniał sobie serię niewyjaśnionych zabójstw starszych kobiet. Postanowił jeszcze raz o tym porozmawiać z Janem W. Na ul. Grunwaldzkiej pojawił się ponownie, ale już z kolegą po fachu. Tym razem mężczyzna nie był tak rozmowny jak za pierwszym razem. Unikał odpowiedzi na pytania, denerwował się, pocił…

Po trzech miesiącach, w październiku 2006 roku Jan W. zginął w tajemniczych okolicznościach. W jego domu doszło do wybuchu gazu.

Huk było słychać w całym Zamościu. Ciało mężczyzny znaleziono pod gruzami. Jak wykazała sekcja zwłok, przyczyną zgonu były tzw. obrażenia czaszkowo-mózgowe spowodowane postrzałem w głowę. Pod gruzami, w pobliżu ciała gospodarza strażacy znaleźli broń. Była to samoróbka.

Śledczy przyjęli, że W. najprawdopodobniej popełnił samobójstwo. Odkręcił gaz, a potem strzelił sobie w głowę. Iskra wywołała wybuch.

W 2010 roku sprawą zabójstwa w Feliksówce zajęli się kryminalni z Archiwum X KWP w Lublinie. Zaczęli podejrzewać, że seryjnym mordercą (w latach 1989 – 90 na terenie Zamojszczyzny doszło do kilku morderstw na tle seksualnym, ofiarami były starsze kobiety, mieszkające samotnie) może być W. Przesłuchano policjantów, którzy 4 lata wcześniej rozmawiali z nim. Okazało się, że samobójca miał w Lipsku Polesiu pasiekę. Od posesji Marianny J., jego działkę dzielił tylko las.

Zlecono badania genetyczne. Okazało się, że DNA pobrane z dowodów rzeczowych nie pochodziło od niego.

Kim zatem jest morderca? Jeśli żyje, to w 2019 r. wskutek przedawnienia stanie się bezkarny.

Aneta Urbanowicz

 

1 KOMENTARZ

  1. Sprawa bardzo podobna do wcześniejszego brutalnego morderstwa Ireny Brezy w 1986 roku w miejscowości Staw. Tam też starsza samotna kobieta mieszkała w dworku na odludziu. Zimowej nocy została brutalnie zgwałcona i zamordowana.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ