Czym zasłużyła na milczenie?

0
1745

Publikujemy fragment książki Janusza Szostaka „Urwane ślady”.

  KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

Siedemnastoletnia Dominika Paćkowska wyszła z domu w Płocku w Wielki Piątek 2017 roku. Powiedziała, że idzie do kościoła świętego Stanisława Kostki. Nastolatka jednak tam nie dotarła. Nie wróciła również do domu, a tajemnica jej zniknięcia pozostaje nadal niewyjaśniona.

Około 8.20, 14 kwietnia 2017 roku nastolatka wyszła z domu. Wcześniej wróciła z zakupów, zostawiła je w domu razem z resztą pieniędzy, które dostała od matki. Wychodząc ponownie z domu, nie zabrała ze sobą dokumentów a także telefonu, który schowała w domu za książki na regale. Nie miała pieniędzy, ani żadnej torby, torebki czy plecaka.

– Dominika miała natomiast pewien problem, którego sama nie była w stanie udźwignąć – twierdzi Aldona Błaszczyk – Szostak z  fundacji Na Tropie. – W tym wieku czasami błaha sprawa może być przyczyną targnięcia się na własne życie. Choćby brak akceptacji rówieśników, co akurat w przypadku Dominiki nie miało miejsca. Myślę jednak, iż przyczynę jej desperackiego kroku może znać ktoś z jej bliskich, niekoniecznie z rodziny. To był zły czas dla niej, poczuła się opuszczona, oszukana, zostawiona sama z problemem, o którym nie miała z kim porozmawiać i poszukać wyjścia z sytuacji, która jej wydawała się beznadziejna. Prawdopodobnie wybrała najgorsze możliwe rozwiązanie.

Maja Danilewicz przesłała mi w kwietniu 2017 roku  wizję dotyczącą Dominiki, pokrywała się ona z moimi ustaleniami:

„Dominika Paćkowska – nie ma już tej dziewczyny, widzi mi się strasznie zapłakana, rozżalona. Dławi mnie, jak myślę o tej Dominice – mam ucisk w dołku, żal, czyli samobój jak nic. Czuję, jakby ludzie z jej otoczenia od początku wiedzieli, że szukają ciała a nie żywej osoby. A może była na coś chora? Fizycznie lub psychicznie? Coś w niej jest… Albo ewentualnie dawała znaki, że coś może sobie zrobić. Ona cholernie płacze i ma jakiś plan. To raczej nie jest zemsta na bliskich, tylko po prostu coś ją przerosło i dalej nie wyobrażała sobie życia. Teraz już raczej obstawiam na wodę, bo jej włosy falują. Włosy ma brudne i jakby w coś wplątane. Ona raczej z charakteru była skryta, nieśmiała, być może czuła się niezrozumiana. Hipiska? Z marzeniami, trochę odrealniona. Fajna dziewczyna, ale trochę zamknięta w swoim świecie. Ale jeszcze raz powiem – oni od razu coś wiedzieli. Coś podejrzewali. Mieli jakiś trop. Rodzina i policja”.

Dominika była dobrą uczennicą i nie sprawiała żadnych kłopotów wychowawczych. Pozornie nie miała najmniejszych powodów, aby odebrać sobie życie. Jednak według moich ustaleń nastolatka była w związku z o kilka lat starszym chłopakiem, który zostawił ją w trudnej dla niej sytuacji.

– Policja na chwilę obecną nie ma żadnego tropu poza tym, iż ustaliliśmy, że dziewczyna wchodzi na most i  jest widziana na tym moście. Natomiast nie mamy żadnej informacji, że z tego mostu schodzi. Możemy przyjmować jedną z hipotez, że mogła skoczyć z tego mostu do Wisły. Nie jest to jednak  tak, że tylko na tej hipotezie się skupiamy, ponieważ prowadzimy poszukiwania wielotorowo, bierzemy pod uwagę możliwość, że chciała zerwać ze swoim dotychczasowym życiem, chciała coś zmienić; pod tym kątem też prowadzimy poszukiwania. Nie mamy też żadnych informacji, aby zaginiona była z kimś w konflikcie – mówił wówczas asp. szt. Krzysztof Piasek z Komendy Miejskiej Policji w Płocku.

Na zapisach z miejskiego monitoringu widać, że idzie bardzo szybko i jest zdenerwowana, prawdopodobnie płakała. Kamera monitoringu zarejestrowała moment, gdy dziewczyna pojawiła się na początku mostu Legionów. Jest to jednak kamera obrotowa i jej pełny obrót wynosi około 2,5 minuty. Gdy obiektyw był ponownie skierowany na most, wówczas nie było już na nim Dominiki. Pewne jest, że nie przeszła na drugą stronę rzeki. Niewykluczone, że nastolatka planowała skoczyć z mostu, jednak wycofała się z tego i zeszła schodami na dół, do ulicy Rybaki, a potem poszła w stronę Zalewu Sobótka, i na jego wysokości skręciła nad Wisłę.

„Dziewczyna ma 169 cm wzrostu, niebieskie oczy i falujące, długie włosy. W dniu zaginięcia ubrana była w szary płaszcz przed kolano z futerkiem przy kapturze, czarne spodnie i glany. Wszystkie osoby, które mogły widzieć dziewczynę, a 14 kwietnia w godzinach 8.40 do 9.30 przechodziły lub przejeżdżały przez most, zarówno od strony centrum miasta, jak i od strony osiedla Radziwie, proszone są o zgłoszenie się do KMP w Płocku. Szczególnie proszone o kontakt są osoby, posiadające wideorejestrator samochodowy w swoich pojazdach” – apelowała policja.

Jak ustaliłem, przed zaginięciem nastolatka interesowała się skutecznym popełnieniem samobójstwa przez utopienie. Świadczą o tym hasła, jakie wpisywała w wyszukiwarkę swojego komputera i telefonu. Stąd poszukiwania w Wiśle wydały mi się, jak najbardziej sensowne. To na pewno nie jest przypadek. Nieprzypadkowo też wybrała Wielki Piątek.

W kwietniu 2017 roku, wraz z fundacją Na Tropie włączyłem się w poszukiwania Dominiki Paćkowskiej. Przez kilka kolejnych dni prowadziliśmy poszukiwania na brzegu Wisły. – Jest to teren, który nie został dokładnie sprawdzony, i chcemy to teraz zrobić. Choćby po to, aby ten obszar wykluczyć – mówi Aldona Szostak-Błaszczyk. –  Według naszych informacji Dominika przychodziła tu ze swoim chłopakiem.

Sprawdzaliśmy ten rejon kilka razy, przeprowadziliśmy eksperymenty i analizy, które pozwoliły nam dość precyzyjnie określić miejsce, które należy dokładnie sprawdzić. Naszym zdaniem 14 kwietnia 2017 roku  dotarła tam  zaginiona nastolatka.

Gdy Dominika nie wracała do domu, około godziny 14 w Wielki Piątek  rodzina powiadomiła o jej zaginięciu policję. Godzinę później rozpoczęły się poszukiwania. Niewykluczone, że w tym czasie dziewczyna jeszcze żyła. Mimo że planowała samobójstwo, to do końca biła się jeszcze z myślami i odwlekała ten moment.

Prawdopodobnie błąkała się dość długo nad Wisłą,  i to w miejscach niezbyt uczęszczanych. Dominika lubiła takie nieco dzikie zakątki. Zapewne była tu nie po raz pierwszy.

29 kwietnia wskazałem policji obszar, gdzie należy szukać 17-latki. Niestety nie dało się go sprawdzić bez użycia sonaru. Jest tam bardzo głęboko – od 3 do 7 metrów. Co potwierdziła echosonda na policyjnej motorówce. Z  policjantami umówiliśmy się, że  poszukiwania w tym miejscu będą kontynuowane 5 maja, z użyciem sonaru oraz śmigłowca .

W sobotę, 29 kwietnia, Dominiki szukała także jej rodzina i przyjaciele. Koncentrowano się jednak na nadwiślańskich terenach w okolicach Brwilna, gdzie Wisła często znosi ciała topielców. Ta akcja również nie przyniosła oczekiwanego skutku.

Przez kolejne dni wracaliśmy nad Wisłę. Cały czas były tam prowadzone bardzo szerokie poszukiwania przez policję, we współpracy ze strażą pożarną oraz Wodnym Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym. Przeszukiwany był nie tylko sam akwen Wisły, ale również brzegi w rejonach, w których ciało mogłoby wypłynąć. Jednak, aby dokładnie spenetrować dno, potrzebny był sonar.

 W piątek, 5 maja poszukiwania miały zacząć się o godzinie 9.00. Jednak strażacy z sonarem pojawili się na Wiśle po godzinie 11. To, co działo się dalej,  nie wyglądało na prawdziwą akcję poszukiwawczą. Z policjantem prowadzącym akcję byliśmy umówieni, że podpłyną do nas z sonarem i sprawdzą miejsce, gdzie naszym zdaniem może  być Dominika. Mieli ten teren spenetrować także płetwonurkowie. Niestety nie doszło do tego, mimo że rozmawialiśmy o tym z policjantem jeszcze tego samego dnia rano. Moim zdaniem to, co się działo potem, było kpiną a nie penetrowaniem dna Wisły.

Łódź z sonarem przepłynęła jedynie dwa razy Wisłę środkiem – od przystani Petrochemii do mostu Legionów. Rzeka ma w tym rejonie blisko kilometr szerokości. Zatem żaden sonar nie jest w stanie objąć takiego obszaru. Ponieważ jest to po niemal 500 metrów w każdą stronę. Policjant, który płynął na łodzi z sonarem, twierdził, że widzą na sonarze obie linie brzegowe. A zasięg sonaru mają ustawiony na…25 metrów w obie strony. Zatem, według niego Wisła miała tam 50 metrów szerokości! To pokazuje, jak podeszli do sprawy. Nie uznali za stosowne podpłynąć do miejsca, które my wyznaczyliśmy, mimo że czekaliśmy tam kilka godzin.

 Jaki był problem, aby sprawdzić to miejsce z bliska, aby zszedł tam płetwonurek? Żaden. A takiej okazji mogło już nie być.  Policjanci już wcześniej dawali do zrozumienia, że kończą im się pomysły na poszukiwania. Dlaczego nie skorzystali z naszych wskazówek, skoro byliśmy w tej sprawie umówieni. Byliśmy my, był sonar, byli płetwonurkowie, czemu ich nie wykorzystano?

Miałem wrażenie, że strażacy byli w tym dniu zmęczeni świętowaniem poprzedniego dnia świętego Floriana. Tą uwagą podzieliłem się z mediami, co miało wkrótce ściągnąć na mnie kłopoty.

Według mnie ta akcja poszukiwacza z udziałem sonaru bardziej przypominała rekreacyjną przejażdżkę po Wiśle niż jej prawdziwą penetrację. Potwierdzają to specjaliści zajmujący się pracą z sonarami: – Nie ma możliwości, aby spenetrować całe dno rzeki, takiej jak Wisła, płynąc raz lub dwa razy jej środkiem. To absurd! – mówi Radosław, były komandos, który od wielu lat zajmuje się poszukiwaniami i pracami podwodnymi. – Powinien być wytyczony obszar poszukiwań. Należy go podzielić na rejony podstawowe i drugoplanowe. Zdefiniowanie obszarów poszukiwań znacznie je ułatwia. Samo poszukiwanie, to sprawdzanie akwenu, przepływając go co kilka metrów. Sonar jest skuteczny maksymalnie do 10 metrów, i to nie zawsze. Niezmiernie trudno jest wykryć ciało ofiary sonarem na dnie z  otoczakami, pniami drzew, w mule. Ciało pokazane przez sonar zwykle wygląda jak pień lub konar drzewa. Tu potrzebna jest współpraca płetwonurków.

Poszukiwania 5 maja 2017 roku nie były jednak całkiem bezowocne. Około godziny 13.00 – pod koniec akcji –  przypadkowo wyłowiono z Wisły, na wysokości Klubu Żeglarskiego „Petrochemia”, zwłoki mężczyzny w wieku około 40-50 lat.

Mimo to fundacja Na Tropie nie odpuściła poszukiwań Dominiki Paćkowskiej. Tydzień później wróciliśmy na Wisłę z sonarem i płetwonurkami: Tomaszem i Janem, którzy użyczyli bezpłatnie łodzi z  sonarem, oraz poświęcili swój czas i wiedzę, aby wesprzeć poszukiwania.

Poszukiwanie Dominiki Paćkowskiej w Wiśle przez Fundację Na Tropie

13 maja 2017 roku, sprawdzaliśmy przy pomocy sonaru dno Wisły, w miejscach, które wcześniej wytypowaliśmy, a pominęła je policja ze strażą pożarną. Jednak w tym rejonie nie znaleźliśmy na dnie niczego, co mogłoby być impulsem do zejścia do wody płetwonurka. Trudno jednak oczekiwać, że ciało w rzece będzie leżeć tygodniami w tym samym miejscu. Prawdopodobnie zwłoki zostały zniesione w dół rzeki. Kilka miesięcy temu dostałem informację od zaprzyjaźnionego radiestety z Gdańska. Pan Roman twierdził, że ciało Dominiki może znajdować się na wysokości miejscowości Soczewka i Brwilno. To rejon, gdzie – jak już wspominałem – Wisła często znosi ciała topielców. Szukano tam Dominiki 29 kwietnia 2017 roku. Bez skutku. Wówczas jej ciało mogło jeszcze znajdować się w miejscu wskazanym przeze mnie. Czas i rzeka zrobiły swoje.

Na jednej z grup na Facebooku osoba podpisująca się Anuq zamieściła emocjonalny wpis: „W normalnym świecie, gdy ktoś znika, rodzina, przyjaciele i znajomi nie odpuszczają, tylko szukają do końca swoich dni. Czym Dominika zasłużyła sobie na milczenie? Nikt jej nie szuka. Ni żywej, ni martwej. Płock milczy…”.

Zaręczam, że Dominika nie zasłużyła na milczenie. Pamiętamy o niej i szukamy jej nadal.

Dla niektórych osób, niestety także dla dziennikarzy jest to niezrozumiałe. „Dlaczego w ogóle to robicie? Prosił was ktoś o to? Grzejecie się w „blasku” czyjejś tragedii” – irytowała się dziennikarka płockiego wydania Gazety Wyborczej w tekście „2w1: Detektywi i reporterzy”. Najwyraźniej nie potrafiła zrozumieć, że są ludzie, którzy pomagają innym bezinteresownie.

Przy okazji tej sprawy znalazły się w Płocku osoby, które chciały mi zaszkodzić. Jeden ze strażaków, którzy brali udział w nieudanej akcji 5 maja 2017 roku, pozwał mnie do sądu z artykułu 212 k.k. Uznał, że zniesławiłem „wszystkie jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej z powiatu Płock, biorące udział w poszukiwaniach Dominiki Paćkowskiej”, gdyż powiedziałem o nich, że byli zmęczeni świętowaniem poprzedniego dnia. Co zdaniem  Włodzimierza S. miało ich poniżyć i narazić na  utratę zaufania potrzebnego do wykonywania funkcji strażaka.

Proces w tej sprawie trwał dwa lata. Traciłem czas i pieniądze, aby bronić się przed tak kuriozalnymi oskarżeniami. Mój przeciwnik, który na każdej rozprawie stawiał się w wystroju galowym, nie dostrzegał, że tym oskarżeniem naraża się na śmieszność i utratę zaufania. Bo strażak tracący czas w sądach na podobne błahostki, nie wystawia sobie najlepszej opinii.

Zapytałem Włodzimierza S. podczas pierwszej rozprawy, czy nie lepiej, abyśmy wspólnie zajęli się poszukiwaniami Dominiki. Odburknął, że on już swoje zrobił.

Sędzia Magdalena Nowakowska z Sądu Rejonowego w Płocku uniewinniła mnie 15 marca 2019 roku od zarzutów. Strażak nie odpuścił, zapowiedział apelację.

Janusz Szostak  

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ