KTO NAPRAWDĘ ZABIŁ PERSHINGA

0
1677

 Andrzej K. pseudonim „Pershing”, legendarny polski gangster, zginął 5 grudnia 1999 roku w Zakopanem. Pomimo że w tej sprawie zapadły wyroki, to nie dla wszystkich jest oczywiste, że skazano właściwe osoby. Niewykluczone, że sprawa ta wróci ponownie na sądową wokandę.  W marcu do Biura Rzecznika Praw Obywatelskich wpłynął wniosek o wniesienie skargi nadzwyczajnej od wyroku skazującego Ryszarda Boguckiego za zabójstwo „Pershinga”. Jak pierwsi dotarliśmy do tego dokumentu.

Skarga nadzwyczajna została wprowadzona do polskiego prawa na mocy nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, w praktyce funkcjonuje od 3 kwietnia 2018 roku.  Pozwala zmienić prawomocny wyrok sądowy w sprawach cywilnych oraz karnych, którego w inny sposób nie da się podważyć. Chodzi o orzeczenia sądów nawet do 20 lat wstecz. Obywatel nie może sam złożyć skargi, musi się z tym zwrócić do odpowiednich organów, na przykład Rzecznika Praw Obywatelskich lub Prokuratora Generalnego. W 2018 roku  na 2000 wniosków o skargę nadzwyczajną zasadne były dwa.

Tego, kim był Andrzej K. zwany „Pershingiem” zapewne nie trzeba tłumaczyć naszym czytelnikom. Przypomnijmy podstawowe fakty z życia „Pershinga”. Urodzony w 1954 roku w Ożarowie Mazowieckim. W latach 70. ubiegłego wieku  zdobywał kontakty w świecie przestępczym, wjeżdżając do Budapesztu i Hamburga. Wówczas zaczął zarabiać pierwsze duże pieniądze.   Andrzej K. był zamiłowanym hazardzistą, grał  z sukcesami  w pokera, uwielbiał ruletkę, obstawiał na wyścigach  konnych na Służewcu.   Dzięki pomocy Marka M. ps. „Gruby Marek” – zwanego „Królem hazardu PRL” –  „Pershing” otworzył w latach 80. nielegalne kasyno gry. Jego wspólnikiem w tym interesie był  Leszek D. „Wańka”. Po latach ich drogi jednak  mocno się rozeszły. Zanim to nastąpiło grupa ożarowska, którą kierował „Pershing”, połączyła się z tak zwaną mafią pruszkowską, na której czele stał „Wańka”. Andrzej K. wszedł  do zarządu „Pruszkowa” i stał się niewątpliwie najbardziej znamy członkiem tej grupy przestępczej – super gangsterem, gwiazdą bulwarówek, najbardziej wówczas znanym celebrytą przestępczego świata.

Odsuwany od władzy

„Preshing” tylko w 1994 roku był celem trzech  zamachów.  W marcu eksplodowała bomba w restauracji, w której wówczas przebywał. W maju zamachowcy ostrzelali samochód pod domem „Pershinga”.  Wówczas ciężko ranny został jego ochroniarz Andrzej F. pseudonim  „Florek”. W lipcu tego samego roku zdetonowano bombę w mercedesie Andrzeja K. zaparkowanym przy Wyścigach na Służewcu. Tuż  przed eksplozją gangster wysiadł z samochodu.

Przełomowym momentem, w którym na dobre zaczęły rozchodzić się drogi „Preshinga” i reszty pruszkowskich bossów, były wydarzenia w Sopocie w sierpniu 1994 roku.

W lutym 1994 roku za dobre sprawowanie wyszedł z więzienia Nikodem S. znany jak „Nikoś” – boss trójmiejskiego półświatka.  Gdy „Nikoś” wrócił na wolność, w Trójmieście na całego królowały narkotyki. Rękę na tym biznesie trzymał „Pruszków”. Jednak Nikodem nie zamierzał podporządkować się pruszkowskim. Chciał nadal rządzić w swoim Gdańsku.

W sierpniu 1994 roku byłem w Sopocie, gdy zjawiło się tam kilkudziesięciu gangsterów z „Pruszkowa”. Był to celowy najazd, aby pokazać „Nikosiowi”, kto tam rządzi. Jednak kilkunastu pruszkowskich zostało zatrzymanych na sopockich tarasach przez policyjnych antyterrorystów. Przy niektórych z nich znaleziono broń. Jak wówczas ustaliłem, nastąpiło to z inspiracji „Nikosia”. „Pruszków” mu nigdy tego nie zapomniał. Wtedy to do więzienia trafił „Pershing”, z którego wyszedł w 1998 roku. Był już wówczas całkowicie odsunięty od władzy w strukturach grupy pruszkowskiej.

– „Pershing” po wyjściu z więzienia w sierpniu 1998 roku był golasem. Wtedy przyjechali do niego starzy i zaproponowali mu 70 tysięcy dolarów, żeby z nimi pracował. Przywieźli mu te pieniądze do domu, ale Andrzej im odmówił. I wtedy zadał się ze mną i tu miał wyczucie – opowiada z wyczuwalną dumą w głosie  Jarosław Sokołowski „Masa”. – Ja od razu poczułem się tak zobowiązany, że na głowie bym stanął, aby Pershing odczuł, że dobrze wybrał. Wtedy „Korek” zaproponował mi, abym się wziął za automaty do gry, ale on działał z maszynami  lokalnie, w Warszawie. A my zajęliśmy się tym globalnie, ściągając haracze z maszyn w całej Polsce. Braliśmy po sto dolarów miesięcznie od maszyny i zapewnialiśmy właścicielom ochronę. Dzięki temu mieli pewność, że nikt im tych maszyn nie zabierze i nie wstawi swoich. Wtedy, jak coś było pruszkowskie, to było nie do dotknięcia. Na tym się zarabiało fortuny i ludziom, którzy mieli maszyny, opłacało się finansować takie partie jak SLD, żeby w sejmie forsowały odpowiednie ustawy chroniące ten biznes. My z „Pershingiem” w 1999 roku mieliśmy z tego działki po 3 miliony dolarów miesięcznie. Nie potrzeba było koksem handlować. Pershing co miesiąc ode mnie dostawał taki zastrzyk gotówki – zapewnia Sokołowski.

Pershing” był zamiłowanym hazardzistą, grał z sukcesami w pokera, uwielbiał ruletkę, obstawiał na wyścigach konnych

Gdy „Masa” dogadał się z „Pershingiem”, że zostaną  wspólnikami, to Andrzej K. spotkał się w  tej sprawie z zarządem „Pruszkowa”.  I ponoć krótko objaśnił mu aktualną sytuację zawodową „Masy”: –  Odpiedrolcie się od niego, on lata teraz u mnie. To, co mieliście do tej pory, to będziecie nadal mieli. Nikt wam tego nie zabierze. Jednak wszystko, co jest od teraz, to zarabiamy z Jarkiem we dwóch.

Wtedy Mirosław D. „Malizna” zaczął szydzić z „Pershinga” i jego nowego wspólnika. Było to nierozsądne z jego strony. Andrzej K. bez słowa wstał i powalił „Maliznę” jednym ciosem.

– To była pierwsza drzazga, która w końcu doprowadziła do śmierci Andrzeja – twierdzi „Masa” i dodaje – Później Pershing był już uczulony na Maliznę, i przynajmniej ze trzy razy go znokautował, i zrobił to przy ludziach.

Takich rzeczy się nie zapomina, a zwłaszcza, gdy chce się uchodzić za bezwzględnego gangsterskiego bossa. Było wiadomym, że „Malizna” takiego poniżenia nie odpuści. „Pershing” podpisał wyrok nie tylko na siebie, ale i w pewnym sensie na „Masę”.  Obaj stali się wrogami dla części starych, którzy nie mogli się też pogodzić z faktem, że Andrzej K. oraz Jarosław Sokołowski potrafili robić pieniądze, a oni nie mieli ku temu talentów.

–  Siłowo też byliśmy mocniejsi. Starzy mieli wtedy tylko grupę „Zbynka”, sześciu wielkich, kwadratowych kulturystów. Ja natomiast miałem karateków, bokserów, zapaśników. To byli bardzo niebezpieczni ludzie, tacy, co wchodzili i niszczyli przeciwników, jak  było trzeba.

– Mogliście zatem przejąć we dwóch całą organizację? – pytam.

– „Pershing” był za bardzo charakterny na to, a mnie nie zależało na władzy – twierdzi najsłynniejszy  świadek koronny.

– I ta charakterność kosztowała „Pershinga” życie.

– Niestety.

Jasnowidz i gangster

Słynny jasnowidz Krzysztof Jackowski jest jedną z niewielu osób, o których mówi się, że był zaprzyjaźniony z Andrzejem K.

W rozmowie ze mną jasnowidz z Człuchowa po raz pierwszy przyznaje, jak naprawdę poznał słynnego gangstera.

– Oficjalnie to ukradli mu mercedesa, a nieoficjalnie powiem panu, jak było. Poznałem „Pershinga”, bo musiałem go poznać. – Jackowski  dobiera słowa, jakby nie chciał powiedzieć wszystkiego. – Kiedy zabito „Pershinga”, przyjechał do mnie wieczorem wysokiej rangi policjant z Człuchowa i powiedział, że ja i moja rodzina mamy się pakować i wyjechaliśmy z tym policjantem w góry do miejscowości Lipowa, koło Żywca. Byliśmy tam, w towarzystwie tego  policjanta, przez półtora miesiąca. Jak pan myśli, czemu dostałem ochronę? – pyta mnie jasnowidz.

– Bo mógł pan wskazać zabójców „Pershinga”, gdyż był pan jego przyjacielem i dużo wiedział o nim? – odpowiadam, mając w pamięci jego wcześniejsze wypowiedzi do prasy, w których jednak nie ma mowy o policyjnej ochronie, lecz o ukrywaniu się przed policją.

„Pershing” podczas walki Gołoty we Wrocławiu w 1998 roku, po prawej Ziggi Rozalski
Fot screen YT

– Myśli pan, że wszyscy jego przyjaciele dostali wówczas ochronę? –  zauważa Jackowski. – Usłyszeliby najwyżej: „Masz pan problem, skoro znałeś się z gangsterem”. W moim przypadku jednak tak nie zrobili. Chronili mnie i moją rodzinę.

– Musiał zatem pan być wtyczką policji – stwierdzam.

– To pan powiedział, a nie ja – Jackowski nie zaprzecza. – Ja jednak  „Pershingowi” raz życie uratowałem – dodaje po chwili i opowiada o tym zdarzeniu.

 – Jakieś pół roku przed jednym z zamachów na niego, „Pershing” przyjechał do mnie, aby zapytać się o swoje bezpieczeństwo. To był człowiek, który wbrew pozorom bardzo się bał o swoje życie. Niech pan sobie wyobrazi, że ja mu wtedy powiedziałem, że pojedzie pod swój dom w Ożarowie Mazowieckim, i gdy wysiądzie z samochodu, to wówczas pojawi się dwóch ludzi, którzy będą do niego strzelać. Ja o tej sprawie zapomniałem, ale „Pershing”, jak się okazało, pamiętał, co mu powiedziałem. On w obawie przed zamachem nie mieszkał wtedy w swoim domu, lecz w hotelu w Warszawie. Zatem wziął tę moją wizję na poważnie. Jeżeli chciał coś zabrać z domu, to wysyłał tam swoim autem kierowcę i ochroniarza „Florka”. I to „Florek” został postrzelony zamiast „Pershinga”. „Florka” uratowało to, że zobaczył dwóch facetów, z których jeden już  daleko wyciągał broń. „Florek” widząc,  że nie ma szansy ucieczki, schował się w samochodzie. Bandyci myśleli cały czas, że strzelają do Pershinga. Byli pewni, że go zabili i uciekli. Kiedy po kilku latach poznałem tego „Florka”, to on wiedział, że ja to „Pershingowi” przepowiedziałem. Nawet rozmawialiśmy o tym, jakim „Pershing” był egoistą pozbawionym skrupułów, że uwierzył w moją wizję, a na ewentualny odstrzał wystawił kolegę. Wykazał się egoizmem i przebiegłością, ale to jego sprawa.

Jackowski zadał wtedy „Florkowi” jedno pytanie: – Jak się człowiek czuje, gdy kula wchodzi w jego ciało?

– Prawie nie czuć bólu, to tak, jakby ktoś włożył i wyjął gorący drut. Dopiero w szpitalu, jak mnie tam zawieźli, czułem się cały porozrywany, taki był ból  – odpowiedział kierowca „Pershinga”.

Do zamachu, który wspomina Krzysztof Jackowski, doszło w 1994 roku w Ożarowie Mazowieckim. W stronę auta, którym podjechał Andrzej F. pseudonim „Florek”, padło pięć strzałów, z czego trzy  trafiły kierowcę w rękę i klatkę piersiową. Jakby tego było mało, bandyci do auta wrzucili również granat, który na szczęście  nie eksplodował. Gdy napastnicy odjechali, sądząc że zabili Pershinga, na miejscu pojawili się „Masa” oraz Wojciech K. znany jako „Kiełbasa”. To oni wyciągnęli rannego „Florka” z samochodu i przewieźli do szpitala. Faktycznie ratując mu życie.

Krzysztof Jackowski twierdzi, że przepowiedział „Pershingowi” śmierć:

Przyjechał do mnie w towarzystwie drugiego mężczyzny z zakrwawioną koszulą – wspomina jasnowidz.

 – Postrzelili mojego kolegę, który leży teraz w szpitalu w Warszawie. To jest jego koszula. Boję się, że ktoś go będzie chciał tam dobić, chociaż moi ludzie go pilnują – powiedział Andrzej K. i podając koszulę Jackowskiemu, zapytał: – Powiedz, czy jemu coś grozi, czy też nie?

– Nie chciałem tej wizji robić, bo to za duża odpowiedzialność była  – przyznaje dziś jasnowidz – Bałem się, że się pomylę. Ale gdy trzymałem tę koszulę, to powiedziałem „Pershingowi” takie słowa: „Będziesz wychodził w Warszawie z hotelu i na parkingu  podbiegnie do ciebie dwóch ludzi. Jeden z nich, z broni która bardzo szybko strzela, zabije cię”.

Reakcja „Pershinga” była zaskakująca.  Gangster rozpiął dwa guziki koszuli i poklepał się po klatce piersiowej, na której zawsze nosił złoty naszyjnik z rękawicą bokserską: – Krzysztof, tu nikt nie trafi – powiedział.

– Nie wiem, czemu tak powiedział. Niestety, pół roku później w Zakopanem, na parkingu przed hotelem został zastrzelony. Ja mu to przepowiedziałem, tylko pomyliłem miasta.

Jednak Jarosław Sokołowski bardzo sceptycznie podchodzi do umiejętności Krzysztofa Jackowskiego. Nie kryje też, że przyjaźń Pershinga z jasnowidzem mocno go irytowała.

– Nie chcę uwłaczać „Pershingowi”, bo to był dobry chłopak,  charakterny, ale dla bandziorów, to był bandzior.  Był uczciwym gangsterem. Ale trzeba to głośno powiedzieć, że „Pershing” był niezbyt lotny. Bo, który inteligentny człowiek lata do wróżbity? „Pershing” był prostolinijny i wierzył w cuda, wierzył we wróżbitę. W sumie nic Jackowski takiego nie dokonał, aby przekonać „Pershinga” do tych swoich przepowiedni – stwierdza słynny świadek koronny i dodaje: – Tak naprawdę, to Pershing zginął przez Jackowskiego –  Sokołowski stawia mocny zarzut.

– Czemu tak sądzisz?

– A temu, że Jackowski mu powiedział, że „Pershing” będzie żył sto dwa lata, i nie ma co z ochroną jeździć, bo umrze w łóżku. No i do Zakopanego pojechał bez ochrony.

 Kilerów dwóch?

Wiadomość o śmierci „Pershinga” wstrząsnęła nie tylko światem przestępczym. Zaskoczeni byli też policjanci, mimo że w owym czasie gangsterskie zamachy były codziennością, to jednak zabójstwo najsłynniejszego polskiego gangstera zrobiło wrażenie na wszystkich. Było przez wiele tygodni  komentowane przez media.

Andrzej Gołota, gdy  dowiedział się o śmierci „Pershinga”, powiedział ponoć:

– Dogonił go jego zawód. Ale zawsze wiedział, czym ryzykuje.

– Pamiętam, że była to niedziela,  na początku grudnia. Tego dnia, po południu byłem wraz z kolegą na obiedzie w restauracji „Kredens” w Alejach Jerozolimskich . Wtedy zadzwonił do mnie telefon i „Bedzio”, prawa ręka „Pershinga”, powiedział mi, że strzelano do Andrzeja w Zakopanem. Byłem w szoku –  tak zapamiętał ten dzień „Masa”.

Dwa tygodnie wcześniej „Pershing” poleciał do Atlantic City na walkę Andrzeja Gołoty z Michaelem Grantem. Jak doskonale pamiętamy, pojedynek ten, stoczony 20 listopada 1999 roku, miał zaskakujący przebieg. Gołota miał przewagę, przez cały czas prowadził na punkty, a jego rywal był dwa razy liczony. Mimo to Gołota poddał walkę. Co mocno zdenerwowało „Pershinga”. Wówczas, w Atlantic City z Andrzej K. spotkał się  ówczesny minister sportu Jackiem Dębskim, mafioso Ryszardem Koziną znanym jako Ricardo Fanchini oraz wnukiem Ala Capone. „Pershingowi” w wyjeździe do USA towarzyszył Krzysztof Jackowski. Według relacji Jackowskiego, gangster podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych był nerwowy. Ponoć doradzono mu, aby nie wracał już do Polski. On sam miał rzekomo zwierzać się  Jackowskiemu, że traci wpływy.

– Obawiał się o swoje życie do tego stopnia, że poprosił mnie, aby ten spał z nim w jednym pokoju.  – twierdzi jasnowidz.

Pershing” i Nazar M. ps. „Niedźwiedź”, rezydent rosyjskiej mafii w Polsce
Fot. arch. Jarosław Sokołowski

W kilkanaście dni po powrocie z USA, 5 grudnia 199 roku, „Pershing” zginął w Zakopanem. Jak przystało na prawdziwego gangstera, poległ od kul.

Było zimowe, niedzielne popołudnie 5 grudnia 1999 roku, dochodziła godzina 16. 45-letni Andrzej K. zjechał właśnie na nartach ze stoku Polany Szymoszkowej w Zakopanem. Był w towarzystwie studentki Patrycji, która  była jego kochanką. Na parking w pobliżu hotelu „Kasprowy” pakował swój sprzęt do bagażnika srebrnego mercedesa S 500. Nagle obok zatrzymało się  ciemnozielone audi 80. Z samochodu padły strzały. Napastników było dwóch – tylko jeden z nich był zamaskowany. Kilerzy oddali  do  „Pershinga” dwa strzały w głowę, kolejne – w klatkę piersiową –  trafiły  Andrzeja K. gdy leżał już na ziemi. Próbę reanimacji podjął znajdujący sie w pobliżu narciarz, z zawodu lekarz. Ktoś wezwał karetkę. Rannego przewieziono do szpitala, jednak nie udało się go uratować – zmarł w czasie próby reanimacji.

Napastnicy, przez nikogo niezatrzymywani odjechali. Kilkanaście minut później ich samochód znaleziono płonący w okolicy zakopiańskich skoczni.

Ciekawostką jest, że w pokoju hotelowym, który rzekomo wynajmowali mordercy, policja znalazła kasetę wideo z filmem „Kilerów dwóch”. Gangsterzy oglądali film kilka godzin przed zabójstwem Andrzeja K. Doskonale się bawiąc.

– Śmierć Pershinga była punktem zwrotnym dla większości członków „Pruszkowa”, wszystko runęło, jak domek z kart. Nikt nie miał na tyle charyzmy, aby wziąć setki niesfornych umysłów za ryj i ponieść odpowiedzialność za wojnę. Zeszliśmy do defensywy, a wrogowie przejęli inicjatywę – mówił  Grzegorz Ł. „Mięśniak”, członek grupy pruszkowskiej, w wywiadzie dla „Reportera”.

Od milionera do kilera?

Sąd, opierając się głównie na zeznaniach  uczestnika zabójstwa Adama K. pseudonim  „Dziadek” – uznał, że do „Pershinga” strzelał Ryszard Bogucki. Miał mu pomagać Ryszard N. pseudonim „Rzeźnik”, który dla odwrócenia uwagi strzelał z broni automatycznej w powietrze.  Zleceniodawcą zamachu miał być Mirosław D. „Malizna”.

W 2003 roku Sąd Okręgowy w Nowym Sączu skazał Ryszarda Boguckiego na karę 25 lat pozbawienia wolności za zabójstwo „Pershinga”, ten wyrok podtrzymał Sąd Apelacyjny 2 listopada 2004 roku. „Malizna” został skazany na 10 lat więzienia. Natomiast w 2007 roku Sąd Okręgowy w Bielsku Białej uznał Ryszarda N. winnym udziału w zabójstwie Andrzeja K. i między innymi za ten czyn skazał go na 25 lat pozbawienia wolności.

Ryszard Bogucki był dobrze zapowiadającym się biznesmenem, nagrodzonym tytułami Srebrnego Asa Polskiego Biznesu i Biznesmena Roku. Miał też duszę filantropa. Na aukcji charytatywnej wystawił grafikę Picassa. Dochód z jej sprzedaży przeznaczył dla szpitala dziecięcego w Warszawie. Sponsorował także wielu sportowców, i nie tylko. W 1992 roku był sponsorem i jurorem konkursu Miss Polonia. W tym samym roku ożenił się z Elżbietą Dziech, która zwyciężyła w konkurencyjnym  konkursie Miss Polski. W efekcie musiała zwrócić koronę najpiękniejszej Polki.

W wieku dwudziestu kilku lat Bogucki był już na samym szczycie. W wywiadzie dla miesięcznika „Sukces” wyznał:  „Najważniejsze w życiu jest to, by u jego schyłku móc powiedzieć, że jest się dobrym człowiekiem, albo że starało się nim być”.

Ryszard N. pseudonim „Rzeźnik”, to gangster pochodzący z Bielska Białej, postać budząca grozę nie tylko na Podbeskidziu.

Mało znany jest wątek konfliktu pomiędzy Ryszardem N. „Rzeźnikiem” a Andrzejem K. „Pershingiem”.

„Rzeźnik” w 1994 roku założył agencję towarzyską „Sekret”. Miał wtedy zaledwie 20 lat i powiązania ze światem przestępczym. Początkowo zajmował się głównie kradzieżami samochodów. Jednak niebawem zapisał na swoim koncie poważniejsze akcje, m.in. porwania dla okupu – w tym rajdowca Macieja S., podkładanie bomb czy podpalenia. W listopadzie 1999 roku kierował napadem na bank w Bielsku Białej, skąd skradziono 600 tysięcy złotych. Wpadł, gdy na przełomie 1999 i 2000 roku policja zatrzymała kilku bossów gangu pruszkowskiego. Jednak w październiku 2000 roku gangster zdołał uciec, w niewyjaśnionych okolicznościach, z aresztu w Wadowicach. Zatrzymano go pięć lat później w Niemczech, gdzie jego banda okradała bankomaty.

Sąd był przekonany, że motywem zabójstwa była chęć przejęcia kontroli nad strukturami przestępczości zorganizowanej w Polsce przez Ryszarda Boguckiego.

Czy jest realne, aby dobrze prosperujący biznesmen wybrał ścieżkę kariery: od milionera do kilera? Przypomnijmy, że Ryszard Bogucki miał także zarzut, z którego został uniewinniony, udziału w zabójstwie generała Marka Papały. Wówczas przypisywano mu, że za 40 tysięcy dolarów dokonał egzekucji byłego komendanta głównego policji.

Ryszard Bogucki w czasie rozmowy telefonicznej ze mną odnosi się do tej sprawy: – Byłem w tym czasie doskonale prosperującym przedsiębiorcą, na którym takie kwoty nie robiły żadnego wrażenia. Zarabiałem uczciwie więcej w kilka dni. Nie musiałem zabijać, aby mieć pieniądze, kariera w gangu pruszkowskim też nie była mi do niczego potrzebna. Nie miałem najmniejszego motywu, by zabić Andrzeja K.

Kto miał motyw?

Komu, oprócz zarządu „Pruszkowa”,  mogło zależeć na śmierci „Pershinga”? On sam niekiedy mówił, że poluje na niego Henryk N. „Dziad” – boss gangu prasko-ząbkowskiego.

Mało znany jest natomiast wątek konfliktu pomiędzy Ryszardem N. „Rzeźnikiem”, a Andrzejem K. „Pershingiem”. Nigdy nie został on zbadany w postępowaniu sądowym.

Tak na ten temat zeznał Igor Ł. „Patyk”, znany ze sprawy zabójstwa Marka Papały: „W 1999 roku poinformował mnie Grzegorz Z., że ma konflikt z Ryszardem  N. Wydaje mi się, że to mogło być około październik – listopad 1999 roku, z tego co mi Grzesiek powiedział wcześniej, był nierozliczony finansowo z N. za jakieś samochody, którymi z nim handlował. Ryszard N. w związku z tym zabrał kilka samochodów, które były związane z grupą katowicką, w której wtedy działałem. Grzegorz Z. dał mi numer telefonu do Ryszarda N. i ja do niego zadzwoniłem. Nie dogadaliśmy się, ja go wtedy zapytałem, czy mogę dać jego numer moim „prezesom”. Dalsze negocjacje prowadził z nim telefonicznie „Bedzio”, a potem „Pershing”.  Ponieważ „Rzeźnik”  naubliżał „Bedziowi”. Dałem „Pershingowi” numer telefonu do N. „Pershing” zadzwonił do „Rzeźnika”, lecz ten nie uwierzył w to, że dzwoni do niego „Pershing”, kazał mu spierdalać. Wtedy „Pershing” skontaktował się z Robertem ps. „Ścisły”, gdyż wiedział, że zna on Ryszarda N. „Ścisły” zadzwonił do N.  i powiedział mu, że wdepnął w niezłe gówno, odzywając się tak do „Pershinga”. Ryszard N. oddzwonił do „Pershinga” i próbował ratować sytuację. Następnie umówił się w restauracji w hotelu Warszawa. Na spotkanie przyjechał Grzegorz Z., „Bedzio”, wraz z ludźmi „Pershinga”. Ryszard N. przyjechał pod hotel, tam widząc większą ilość osób, przestraszył się i odjechał, zostawiając swojego człowieka wraz z Tomaszem S. Na spotkaniu  wytłumaczono temu S., policzkując go, aby dał spokój Grzegorzowi Z., gdyż on pracuje dla grupy pruszkowskiej. Tomasz S. tego samego dnia oddał zabrane przez „Rzeźnika” samochody  i przeprosił za zaistniałą pomyłkę, twierdząc, że nie ma już nic do Grzegorza Z. „Pershing” zadzwonił do „Bedzia”, aby ten przekazał „Rzeźnikowi”, iż ten zostanie porwany przez grupę pruszkowską i ktoś będzie go musiał wykupić za dużą sumę pieniędzy, za to, że wtrąca się w nie swoje sprawy (…)”.

Czy zatem ostry zatarg „Rzeźnika”  z  „Pershingiem” mógł stanowić motyw do zabójstwa? Jest to bardzo prawdopodobne. Jednak w procesie dotyczącym zabójstwa Andrzeja K. „Pershinga” te fakty nie zostały ujawnione. Co zdaniem Ryszarda Boguckiego i jego obrońców miało wielką wagę dla tej sprawy, zupełnie zmieniając jej obraz.

„Gdyby bowiem na jaw wyszło, że pomiędzy Andrzejem K. a Ryszardem N.  jest ostry zatarg, wskazywałoby to na zupełnie inne motywy działania Ryszarda N. i tym samym odsuwało od całej sprawy osobę Ryszarda Boguckiego” – czytamy we wniosku skierowanym do Rzecznika Prawa Obywatelskich. – „Sąd Okręgowy w Nowym Sączu nie wziął nawet pod uwagę, że inicjatorem zabójstwa Andrzeja K. ps. „Pershing” mógł być ktoś inny niż Ryszard Bogucki”.

Obrońcy Ryszarda Boguckiego wskazują także, że osoba Ryszarda N. jest w tym kontekście niezwykle istotna nie tylko jako współsprawca zabójstwa „Pershinga” i być może pomysłodawca zamachu, ale również ze względu na jego bliskie kontakty z Adamem K. pseudonim „Dziadek”  – świadkiem koronnym w sprawie zabójstwa Andrzeja K. i jedyną osobą, która w procesie twierdziła, że osobiście widziała, iż zabójstwa tego dokonał Ryszard Bogucki.

 Warto pamiętać, że „Dziadek” był członkiem gangu „Rzeźnika” i na jego polecenie dopuszczał się szeregu przestępstw.

„Adam K. nie mógł być jedynie przypadkowym obserwatorem tej zbrodni, a brał w niej udział w sposób w pełni świadomy, powtarzając dobrze sobie znany sposób działania” – zauważają obrońcy Boguckiego i dodają: „Jednakże sądom obu instancji nawet nie przyszło na myśl, że zeznania te były wcześniej przygotowane przez sztab funkcjonariuszy policji i prokuratury, którzy mówili, co i w jaki sposób świadek koronny ma mówić, podawali te szczegóły i precyzyjne opisy – jednym słowem organy ścigania za pośrednictwem świadków koronnych tworzyły wersję zdarzeń dla sądu”.

Obrońcy przypominają jednocześnie, że  w sprawie prowadzonej przez Sąd Okręgowy w Nowym Sączu, świadkowie Maciej W. i Stanisława K. wskazywali Mariusza J. jako trzeciego mężczyznę przebywającego w towarzystwie Ryszarda  N. i Adama K. w czasie zamachu na „Pershinga”. Nie wspominali natomiast o Ryszardzie Boguckim. Pomimo tego  Mariusz J. nigdy nie został przesłuchany na okoliczność jego powiązania ze sprawą zabójstwa „Pershinga”.

Inny ze świadków, Józef K. zeznał:  – Ja w chwili obecnej jestem pewien, że to Adam K. mówił, że zabił „Pershinga”.

Jednym z głównych dowodów, na podstawie których skazano Ryszarda Boguckiego, były zeznania „Masy”. Wskazywał on, że zabójstwa „Pershinga” dokonał Ryszard Bogucki, podżegany przez Mirosława D. „Maliznę”.  Obecnie wiadomo jednak, że zeznania te stoją w  sprzeczności z tym, co „Masa” zeznał wcześniej:

 „W uzupełnieniu swoich wyjaśnień odnośnie zabójstwa Andrzeja K. ps. „Pershing” chcę powiedzieć , że dziewczyna, która była z „Pershingiem” w Zakopanem w dniu jego zabójstwa, była wcześniej znajomą „Słowika” i „Raźniaka” . Z tą dziewczyną sypiał „Słowik” i on też poznał ją z „Pershingiem”. O tym, po zabójstwie dowiedziałem się od „Bedzia”, który ustalił to w ramach prowadzonego przez siebie śledztwa. (…) w dniu wyjazdu „Pershinga” do Zakopanego byłem z nim umówiony na spotkanie na stacji benzynowej za Piotrkowem Trybunalskim na trasie katowickiej. Po przyjeździe na stację benzynową byli już tam Jędrek, kierowca Wojciecha P. i jakieś dwie dziewczyny. Nadto przy innym stoliku siedzieli „Presley” i dwaj jego koledzy z Łodzi, którzy też byli umówieni z „Pershingiem”. Po jakimś czasie na stację przyjechał „Pershing”. On wszedł do Mc Donalds sam. Wojciech P. siedział przy stoliku razem ze swoim kierowcą i tymi dwoma dziewczynami, zaś ja siedziałem przy stoliku z „Presleyem” i jego kolegami z Łodzi. Obok przy moim stoliku siedzieli moi ochroniarze, tj. „Mięśniak” i „Orzeł” i być może „Karaś”, ale tego dokładnie nie pamiętam (…) Pershing pojechał do Zakopanego bez żadnej ochrony, pojechał tylko z dziewczyną. Ja nie znałem tej dziewczyny. „Bedzio” powiedział mi po śmierci Pershinga, że ustalił, iż ta dziewczyna będąc z Andrzejem w Zakopanem, cały czas kontaktowała się telefonicznie ze „Słowikiem” i „Raźniakiem”. „Bedzio” był tego pewien. Coś sobie przypominam, że „Bedzio” mówił mi, że ta dziewczyna przed nim przyznała się do kontaktów ze „Słowikiem”. Nic więcej „Bedzio” nie mówił na temat tej dziewczyny. (…) „Słowik” i „Raźniak” po śmierci „Pershinga” zaczęli przejmować interesy Andrzeja. „Mięśniak” przekazał mi,  że „Bedzio” był wezwany na rozmowę do „Raźniaka” i „Słowika”, którzy powiedzieli, że albo przyłączy się do nich, albo ma uciekać z miasta (…) Powiedzieli mu też, że na ich polecenie został zastrzelony „Pershing”.

Tu już nie ma mowy, że to „Malizna” kazał Boguckiemu odstrzelić „Pershinga”.

27 października 2006 roku przed Sądem Okręgowym w Bielsku-Białej „Masa” zeznał: – Mnie nie jest nic wiadomo na temat bezpośrednich okoliczności śmierci Pershinga w grudniu 1999 roku. Nie znam żadnego zlecenia, które w 1999 roku na polecenie Boguckiego miałby wykonywać Ryszard N., bo oni byli w innej strukturze.

Śledztwo sterowane?

Zdaniem obrońców Ryszarda Boguckiego wiele wskazuje na to, że zbieranie materiału dowodowego w sprawie zabójstwa „Pershinga” miało uprawdopodobnić udział Boguckiego w zabójstwie generała Marka Papały:

„Organy śledcze i procesowe robiły wszystko, by fakt skazania Ryszarda Boguckiego za zabójstwo Andrzeja K. ps. Pershing, sam w sobie stanowił dodatkowy argument dla wykazania, iż mamy do czynienia z człowiekiem, który „jeśli zabił szefa mafii, mógł zabić wcześniej szefa polskiej policji”. Sprawy te tak mocno się przenikały, że jedynie porównanie zgromadzonego materiału dowodowego w jednej i w drugiej sprawie, wskazuje na ich rzeczywisty obraz. Analiza materiałów zgromadzonych w obu sprawach uwidacznia również patologiczne mechanizmy postępowania organów ścigania w celu uzyskania nadrzędnego celu, jakim było skazanie Ryszarda Boguckiego za przestępstwo zabójstwa generała Marka Papały, z którym nie miał on żadnego związku. Skazanie Ryszarda Boguckiego za zabójstwo Andrzeja K. ps. „Pershing” miało być jedynie środkiem do celu, jakim miało być skazanie za najgłośniejsze w Polsce zabójstwo po 1989 roku – zabójstwo szefa polskiej policji” – czytamy we wniosku do Rzecznika Praw Obywatelskich.

Czy Ryszard Bogucki został skazany niewinnie? Być może wykaże to rewizja nadzwyczajna. fot. Grzegorz Szwoch

– Co przemawia za tym, że pana klient jest niewinny? – pytam Grzegorza Szwocha, pełnomocnika Ryszarda Boguckiego.

– Do zabójstwa „Pershinga” doszło 20 lat temu. Przez ten czas pełnomocnicy Ryszarda Boguckiego, jak i on sam, zaznajomili się z setkami akt innych spraw i materiałów operacyjnych, do których nie miał dostępu sąd skazujący mojego klienta. Ujawniliśmy wiele okoliczności będących w sprzeczności z ustaleniami sądu skazującego Ryszarda Boguckiego.

– Jakie są Państwa ustalenia?

– To co wynika z tych dokumentów jest naprawdę zatrważające. Te dokumenty ukazują naruszenia, jakich dopuścili się funkcjonariusze organów ścigania oraz dowody wykazujące, że sprawa zabójstwa „Pershinga” miała zupełnie inny przebieg, aniżeli ten ustalony przez sąd skazujący Ryszarda Boguckiego.  Dochodziło między innymi do ukrywania dowodów niewinności Ryszarda Boguckiego. Dopuszczono się także handlu zeznaniami z przestępcami, takimi jak nieżyjący już  Adam K. „Dziadek”  czy Piotr W. pseudonim „Generał” i wieloma innymi. Państwo stworzyło parasol ochronny nad tymi świadkami, a na podstawie ich zeznań uprawdopodobniono tezy  o przebiegu zabójstwa Andrzeja K. Mimo że wiedziano, iż ich zeznania są niezgodne z prawdą. Natomiast materiał dowodowy przemawiający na korzyść Ryszarda Boguckiego nie został ujawniony. Na przykład „Dziadkowi” nadano status świadka koronnego, mimo że brał udział w zabójstwie „Pershinga”, co jest sprzeczne z ustawą o świadku koronnym. Także Ryszard N. zeznał w innym postępowaniu, że nie popełnił żadnego przestępstwa wspólnie z Ryszardem Boguckim, a zabójstwo „Pershinga” miało zupełnie inny przebieg, niż ten ustalony przez sąd. To tylko niektóre z okoliczności, które potwierdzają, że procesu w tej sprawie nie można uznać za rzetelny.

– Kto zatem zabił Pershinga?

– Nie potrafię panu odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno nie Ryszard Bogucki. Mogę jedynie, na podstawie materiałów, z którymi się zapoznałem, powiedzieć, że przy zabójstwie „Pershinga” byli na pewno Adam K. i Ryszard N., gdyż oni się do tego przyznali. Z tym pytaniem należy zwrócić się do organów ścigania, które są w stanie to ustalić  w sposób niebudzący wątpliwości, po przeprowadzeniu rzetelnego i obiektywnego śledztwa.

– Pana zdaniem poznamy kiedyś pełną prawdę o tej zbrodni?

– Bardzo bym chciał, aby to się stało. Jeśli będzie dobra wola organów ścigania, to prawdy dojdziemy, prędzej czy później.

Janusz Szostak

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ