Nazywają go szefem komanda śmierci

0
890
fot. Tomasz Radzik

Publikujemy fragment książki Janusza Szostaka „Komando śmierci” .

KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

Wojciech S., znany jako „Wojtas” i „Kierownik”, według śledczych miał kierować na początku lat dwutysięcznych wojną grupy mokotowskiej z innymi gangami w  stolicy. Przypisuje mu się także, iż stał na czele komanda śmierci „Mokotowa”, które zajmowało się likwidowaniem niewygodnych dla gangu osób. To również, zdaniem śledczych, współtworzył owiany ponurą  sławą gang obcinaczy palców.

Jednak „Wojtas” stara się mnie przekonać, że w Warszawie nie było wojny gangów, a osławione komando śmierci to jedynie mit: – To legenda wymyślona przez media –  stwierdza krótko.

Oczywiście nie oczekuję, aby mój rozmówca przyznał się, że stał na czele grupy bezwzględnych egzekutorów, których obawiał się nie tylko cały warszawski półświatek, ale także policjanci, prokuratorzy i sędziowie. A to za sprawą osławionej listy śmierci, która także przeszła do legendy. Choć wtajemniczeni twierdzą, że nie była listą śmierci, lecz listą płac.

Wojciech S., to z zawodu mechanik silników samochodowych, oficjalnie miał zatrudniać się dorywczo w budownictwie i z tego utrzymywać. Gdy pytam go o staż pracy, nie chce rozwijać tego wątku, przyznaje jedynie, że nie miał zbyt wielu okazji w życiu, by pracować. Zajął się inną działalnością, która dała mu bandycką sławę, pieniądze i długoletnie wyroki. Prawdopodobnie może nigdy nie opuścić więziennych murów.

– Teoretycznie mogę siedzieć do końca życia. Jestem w stanie przystosować się do każdej sytuacji – wyznał podczas jednej z naszych rozmów.

 Przestępcza kariera „Wojtasa” zaczęła się ponoć od kradzieży samochodów. Najpierw kradł je na własną rękę. Wkrótce skrzyknął znajomych z osiedla i od tego czasu rządził Ursynowem. Do jego gangu należeli m.in. Janusz M. pseudonim „Janek”, Robert M. „Ternit”, Tomasz R. ps. „Morgan”, Andrzej K. „Koniu”. I wielu innych.

– Niewątpliwie na Ursynowie  ksywka „Wojtasa” wzbudzała lęk – mówi jeden z byłych policjantów z Mokotowa.

Chociaż sam „Wojtas” nie wygląda groźnie. Andrzej W. „Dony”, przy okazji składania  zeznań w sprawie zabicia Anny M. żony „Bajbusa”, tak opisał „Wojtasa”: „To był numer jeden. Był niższy ode mnie, miał ładną buzię, nie miał takiej zbójeckiej mordy, jak większość, tylko normalną, przeklinał też mniej od pozostałych (…)”.

„Kierownik” w drodze do prokuratury fot. CBŚP

Z czasem wpływy Wojciecha S. rosły w całej Warszawie i okolicy. Stało się tak głównie po tym, gdy zaczął pracować dla Zbigniewa C. pseudonim „Daks”, jednego z bossów z „Mokotowa”. Zdaniem śledczych „Kierownik” należał do najbardziej zaufanych ludzi bossów gangu mokotowskiego – „Korka” i „Daksa”. Ochraniał dyskoteki, puby oraz agencje towarzyskie, wymuszał haracze. Niebawem stał się niekwestionowanym przywódcą  „młodego Mokotowa”.

Janusz M. „Janek” tak opisał w swoich zeznaniach początki gangu ursynowskiego: „Najpierw z Wojtkiem kradliśmy samochody. Potem on zaproponował, abyśmy pracowali dla Zbyszka C. „Daksa” z „Mokotowa”. Od tego momentu pilnowaliśmy dyskotek, pubów oraz agencji towarzyskich. Chodziliśmy też po knajpach i sklepach, wymuszając haracz. Potem zwerbowaliśmy do grupy znajomych z osiedla. „Wojtas” był szefem grupy na Ursynowie, na usługach „Daksa”. Ja byłem jego prawą ręką” – dodaje „Janek”.

– My jednak czuliśmy się zawsze bardziej  jako „Ursynów” niż „Mokotów” – wyjaśnia Andrzej K. pseudonim „Koniu”, jeden z członków „Ursynowa” i gangu obcinaczy palców.

„Co do naszego przejścia do grupy mokotowskiej, to nie było granicy, że dziś jesteśmy z „Ursynowa” i raptem stajemy się „Mokotowem”, to się stało płynnie. „Mokotów” oraz  „Ursynów” nawzajem się uzupełniały”. – zeznał „Janek”.

Jak się okazuje „Ursynów”, wprowadził dumpingowe ceny za swoje usługi, co przysporzyło tej grupie licznych klientów.

– My mieliśmy niższe stawki, a efekt był ten sam albo lepszy, niż przy opłacaniu się innej grupie – objaśni mi jeden z byłych ursynowskich gangsterów.

– To jakie mieliście stawki? – usiłuję doprecyzować.

– To nie były wielkie kwoty, w granicach kilkuset dolarów miesięcznie. Wie pan, dlaczego właściciele agencji towarzyskich czy pubów zwracają się jednocześnie do przestępców i policji o ochronę?

– Bo nie mają innego wyjścia.

– Bo jest wtedy ład i porządek. Wystarczy, że agencja współpracuje z grupą przestępczą, to ma spokój na tak zwanym mieście. A jak płaci psom, to policja się nie czepia. „Marcel” podawał  w swoich zeznaniach, jakie agencje opłacają się policjantom, ale nikogo to nie zainteresowało. – zauważa mój rozmówca i dodaje. – Zresztą policja ma większe stawki niż grupy przestępcze, do tego policjanci piją, ćpają i ruchają za darmo. Generalnie za nic nie płacą, a w przypadku chłopaków rzadko się zdarza, aby dziewczyna nie dostała pieniędzy. Natomiast policjanci nie płacą, gdyż  uważają że należy im się to za darmo. Do tego wszędzie handlują prochami.

– Wy też mieliście spory wkład w handel choćby kokainą.

– To prawda, w kokainę zaopatrywaliśmy chociażby jedną ze stacji telewizyjnych.   Jak kręcili popularne reality show, to „koks” woziliśmy tam niemal ciężarówkami.

Jednak handel narkotykami nie był flagową działalnością tego odłamu „Mokotowa”. I to nie obrót kokaina przyniósł ludziom „Wojtasa” bandycką sławę.

Wojciech S. po zatrzymaniu fot. Policja

Według  prokuratury Wojciech S. był jednym z głównych pomysłodawców stworzenia gangu porywającego ludzi dla okupu. Ta najbardziej bezwzględna i najlepiej zorganizowana grupa przestępcza w Polsce powstała w 2002 roku.

Lista dokonań gangu „obcinaczy palców” i samego „Kierownika” jest wyjątkowo długa.

Mimo że Wojciech S. twierdzi, że w Warszawie nie było wojny gangów, to jednak w tym czasie trup gęsto słał się po stołecznych ulicach.

Wojna w warszawskim półświatku wybuchła, gdy gangi nie doszły do porozumienia w sprawie stref handlu narkotykami. Do pierwszego starcia doszło w 2002 roku w centrum handlowym Klif, gdzie zginęło dwóch żołnierzy gangu podległego „Mokotowowi”.

„Kierownik” – zdaniem sądu miał nakłaniać swoich ludzi do zabicia Szymona K., pseudonim „Szymon z Łomianek”. Szymon K. uznawany był za jednego z przywódców  gangu żoliborskiego. Jego  śmierć miała być zemstą za masakrę w centrum handlowym Klif. Przypomnijmy co się wówczas wydarzyło.

Był piątek 31 maja 2002 roku, dochodziła godzina 15. W galerii handlowej były tłumy rodziców szukających prezentów na Dzień Dziecka. Tymczasem w restauracji Viking czterej mokotowscy gangsterzy jedli obiad. Pochodzący z Kazachstanu Czeczen  Szarani Achmatow, pseudonim „Szach”,  miał za zadanie zastrzelić jednego z nich. Tym samym wyrok zapadł także na jego towarzyszy. Zlecenie złożył „Żoliborz”.

– Do czterech mężczyzn siedzących przy stoliku podszedł sprawca. Oddał bez ostrzeżenia kilka strzałów. Jeden z mężczyzn zmarł na miejscu, trzech pozostałych zaczęło uciekać – informował wówczas Krzysztof Hajdas z Komendy Stołecznej Policji.

Kiler nie krył się nadmiernie, strzelał na oczach dziesiątek osób. Najpierw wymierzył do Krzysztofa B. Trafił go dwa razy w głowę. Mężczyzna zginął na miejscu, a jego koledzy próbowali w tym czasie uciec z miejsca kaźni. Jednak kolejne kule dosięgły Artura M. pseudonim „Budyń”. Został trafiony trzy razy – w czoło oraz w ramię. Zginął na miejscu. Arturowi N. pseudonim „Jogi” dwie kule przeszyły prawy bark. Zdołał przeżyć. Czwarty z gangsterów, Tomasz S., pseudonim „Komandos”, zdołał uciec śmierci. Chociaż to on był głównym celem zamachowca.

„Komandos”, to były członek gangu żoliborskiego, który po wyjściu z więzienia związał się z „Mokotowem”, przy pomocy którego chciał przejąć pod swoje władanie północną Warszawę, głównie Żoliborz. Tomasz S. był nieobliczalny. Uchodził nawet wśród najokrutniejszych stołecznych gangsterów za bestię. Okrucieństwo „Komandosa” stawiało go w jednym szeregu z członkami gangu „obcinaczy palców”.

Podobno, aby skutecznie eliminować swoich wrogów, stworzył efektywną metodę pozbywania się ciał. Swoje ofiary zawijał w siatkę ogrodzeniową, doczepiał do niej drutem płyty chodnikowe i wrzucał do Wisły. Zwykle robił to między Nowym Dworem Mazowieckim a twierdzą Modlin. Tą metodą chciał zdobyć władzę na Żoliborzu. W końcu sam znalazł się na celowniku.

Co prawda z Klifu wyszedł bez szwanku, ale nieco ponad dwa miesiące później, 13 sierpnia 2002 roku, został zastrzelony na stacji benzynowej. Odkurzał wówczas swoje bmw.

– Mieliśmy „Komandosa” cały czas pod obserwacją, więc szybko go zatrzymaliśmy – wspomina Marek Dyjasz,  ówczesny szef Wydziału Zabójstw KSP. – Ja mu tłumaczyłem, że jeśli nie pójdzie z nami na współpracę, to nie gwarantuję mu długiego życia. On wiedział, że mu nie odpuszczą. Proponowałem mu nowe życie i ochronę, ale odmówił. Trzy miesiące później pojechałem „na trupa”, jak to mówiliśmy, na stację benzynową przy Wale Miedzeszyńskim w Warszawie. Leżał martwy na trawniku.

Masakra w Klifie i zabójstwo „Komandosa” sprawiły, że „Mokotów” miał rzekomo wydać w rewanżu wyrok śmierci na „Szymona z Łomianek”.

– Pokazali mi film ze ślubu, na którym był „Szymon” – zeznawał przed warszawskim Sądem Okręgowym  Andrzej K. „Koniu”, były członek grupy mokotowskiej. – Miałem zapisać się na siłownię, do której chodził „Szymon”, i go obserwować. Czy ćwiczy sam, czy z kimś. Kiedy i z kim. Po co? Nie pytałem, ale mogłem się domyślać, że chodzi o to, aby „Szymona” uprowadzić albo zabić – dodał skruszony gangster.

– Co do Szymona, to polowali na niego ludzie „Szkatuły” a nie my. – twierdzi jeden z byłych ludzi „Wojtasa”. –  Szymon był dogadany z nami. Był co prawda konflikt o zabójstwo w Klifie, ale porozumieli  się z „Korkiem”. To „Bukaciak” wymyślił ten zamach na Szymona. Napisał list do pewnego policjant i twierdził w nim, że spotkał się z „Korkiem” który zaoferował mu 30 tysięcy dolarów za zlikwidowanie Szymona. Potem mówił,  że nie zna „Korka”,  że widział go może ze dwa razy. To wszystko jest w aktach. Za jakiś czas wymyślił, że to Wojtek kazał zabić Szymona K. „Bukaciak” zeznałby wszystko, aby siebie uratować.

Wojciech S. ps. „Kierownik” vel „Wojtas’ w rozmowie z Januszem Szostakiem, autorem książki „Komando śmierci” fot. Tomasz Radzik

 „Kierownikowi” przypisywano również planowanie zamachów na prokuratorów i policjantów, którzy rozpracowywali gang mokotowski na przełomie 2007 i 2008 roku. Gangsterzy zamierzali zamordować dwóch prokuratorów z Ostrołęki, a także dwóch z Warszawy. Na ich celowniku byli też  policjanci z Centralnego Biura  Śledczego. Jednego z oficerów CBŚ chcieli porwać, i torturami zmusić go do wyjawienia tajemnic śledztwa. Po czym policjant zostałby zamordowany. Te zarzuty nigdy się nie potwierdziły (…)

Janusz Szostak

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ