Ojciec chrzestny trójmiejskiej mafii

0

Publikujemy fragment książki Janusza Szostaka „Bandyci i celebryci”.

KSIĄŻKĄ TU DO KUPIENIA

Jeszcze za życia został legendą polskiej mafii. Był niewątpliwie pierwszym polskim gangsterem, który stał się celebrytą. Nikodem S. pseudonim „Nikoś”, chciał być bogaty, znany, lubiany oraz popularny. I właściwie to wszystko mu się udało. Mógł być polską wersją mitu o pucybucie, który został milionerem. Jednak historia jego życia była krótka i pozbawiona happy endu.

Legendarny trójmiejski gangster, bramkarz i waluciarz, król złodziei samochodowych, przyjaciel polityków i artystów. O jego życiu można by nakręcić serial, który zapewne byłby hitem.

Ciągnęło go zresztą do filmowców, sam też zagrał epizod w filmie „Sztos” Olafa Lubaszenki. Zaś o jego barwnym życiu niemiecki dziennikarz Werner Rixdorf napisał książkę „Kamienna twarz – Ojciec chrzestny z Gdańska Nikodem S.”. W Niemczech „Nikoś” był wrogiem publicznym numer 1. Powszechnie znanym jako „Harnaś”.

„Nikosiem” i jego bandycką legendą zainteresowałem się na początku lat 90. minionego wieku.

W tym rozdziale przypomnę historię pierwszego gangstera-celebryty.

Według powszechnej opinii miejscem, gdzie narodziła się polska mafia, jest Pruszków. To błędna teoria, stworzona głównie przez media. Gdyż początków polskich grup przestępczych należy szukać nad Dunajem. Tam w latach 70. ubiegłego wieku zaczynało swój przestępczy proceder większość osławionych polskich gangsterów. W tamtym czasie prym w Budapeszcie wiódł Nikodem S., którego wielu uznaje nawet za „ojca chrzestnego polskiej mafii”. Wszak „Nikoś” jako pierwszy w Polsce stworzył – na terenie Trójmiasta – doskonale zorganizowany gang, w czasach gdy nikt nie słyszał jeszcze o „Pruszkowie”. Był przez lata niedoścignionym wzorem dla późniejszych mafiosów. Słynny „Pershing” brał pierwsze poważne lekcje gangsterki właśnie u „Króla Wybrzeża”, którego traktował niczym swojego mistrza.

Nikodem S. urodził się 29 czerwca 1954 roku w Gdańsku. Zaś w Pruszczu Gdańskim skończył zawodową szkołę ogrodniczą, ale nauka nie była jego pasją. Na początku lat 70. został bramkarzem w knajpie Lucynka, a potem w słynnym – choćby z piosenki Lady Pank – nocnym klubie Maxim w Gdyni-Orłowie. Bawili się tam marynarze, cinkciarze, obcokrajowcy i ówcześni celebryci.

19-letni Nikodem napatrzył się tam na luksus, jakiego nigdy wcześniej nie znał. I też zapragnął takiego życia. Wiedział, że stojąc na bramce, fortuny nie zdobędzie. Nawiązywał jednak kontakty, które pomogły mu ustawić się w życiu. Tam poznał Michała A. pseudonim „Mecenas”, dla którego handlował walutą, i szybko został tzw. „kasjerem”. Co oznaczało, że zbierał haracze od innych cinkciarzy.

W 1976 roku, podczas porodu syna, zmarła jego młodziutka żona. Wówczas powstała legenda o „pechu śmierci”, jaki miał mu towarzyszyć. Kilka lat później ożenił się po raz drugi, z Haliną, starszą od siebie właścicielką fermy lisów spod Wejherowa. Halina urodziła Nikodemowi córkę Natalię.

Pod koniec lat 70. „Nikoś” był już w tym czasie aktywny w półświatku Budapesztu. Wówczas swoje kariery zaczynali tam m.in. Jeremiasz B. „Baranina”, Zbigniew N., Ryszard K. vel Ricardo Fanchini, Andrzej K. „Pershing”, Wojciech K. „Kura”, Leszek D. „Wańka”, Andrzej Z. „Słowik”, i wielu innych znanych później gangsterów i biznesmenów.

Ci, którzy jeździli w tamtym czasie na Węgry, zapewne pamiętają tzw. patelnię przy dworcu kolejowym Keleti w Budapeszcie. Gdzie prym wiedli polscy cinkciarze. Było ich kilkudziesięciu: z Trójmiasta, Szczecina, Warszawy, Łodzi, Śląska i Warszawy. Również i mnie zdarzyło się kilka razy kupować od nich forinty. Być może nawet od „Nikosia”. Chociaż w tym czasie sam już pewnie nie handlował walutą. Miał od tego ludzi.

Osiągnął już wtedy dość wysoką pozycję w tym środowisku. Wkrótce stał się prawdziwym rekinem przestępczych interesów w stolicy Węgier. Organizował m.in. gigantyczne przemyty oraz obrót walutami. Zajmował się półlegalnym handlem odzieżą i kosmetykami. Również wtedy uczynił wielki i doskonale zorganizowany biznes z kradzieży aut. Zaczęło się od kupowania kradzionych samochodów od Jugosłowian, którzy dostarczali mu także znakomicie podrabiane dokumenty.

„Nikoś” zapewne nie byłby tym, kim był, gdyby nie jego kontakty wśród peerelowskich elit i pracowników służby bezpieczeństwa. Niewątpliwie miał układy i bardzo długo był dzięki temu kryty.

Zrobił błyskotliwą karierę, w której, jak twierdził Krzysztof Rutkowski, pomagał mu Andrzej Jaroszewicz. – Z synem ówczesnego premiera „Nikoś” chodził do szkoły w Pruszczu Gdańskim – przekonywał mnie przed laty detektyw – To mu pomagało w wejściu na salony polityczne i artystyczne.

Legenda o wspólnej nauce, przyszłego gangstera i syna ówczesnego premiera, nie jest jednak prawdziwa. Dzieliło ich bowiem 8 lat różnicy wieku. Jaroszewicz co prawda mieszkał jakiś czas u rodziny w Pruszczu, ale musiałby nie zdać ze cztery razy, aby spotkać się na szkolnym korytarzu z „Nikosiem”.

Wątpliwości na ten temat rozwiewa w rozmowie ze mną Andrzej Jaroszewicz: – Nie chodziłem do szkoły z tym panem. Rutkowski skoro tak mówi, to po prostu kłamie!

Były i inne, równie prawdziwe plotki, że Jaroszewicz kupił od „Nikosia” porsche i podarował je Maryli Rodowicz.

Faktem jest natomiast, że Nikodem S. na swoim ranczo we wsi Orle, koło Wejherowa, gościł wiele wpływowych i znanych osób. Był też znany z tego, iż niekiedy odzyskiwał za darmo skradzione samochody, należące do znanych osób. Miał ten gest, jeśli właścicielem auta był wpływowy urzędnik albo biznesmen. Potem taki człowiek czuł się zobowiązany do wdzięczności, z czego „Nikoś” skrupulatnie korzystał.

Dał się poznać jako hodowca koni. Dzięki czemu bawili u niego ówcześni notable, aktorzy i sportowcy. Tę posiadłość od razu po kupnie przepisał na ojca. To była baza kontaktowa i punkt przerzutowy samochodów i innych towarów. Nierzadko zajeżdżały tu tiry z kontenerami pełnymi odzieży, artykułów spożywczych czy kosmetyków.

Znamienne, że na oficjalnej stronie wsi Orle, z dumą wspominane są związki gangstera z tą kaszubską miejscowością. Tam też swoją rezydencję miał Wojciech K. – pseudonim „Kura”, przyjaciel Nikosia, z którym znali się jeszcze z czasów Budapesztu i Hamburga. Dziś „Kura”, to szanowany biznesmen z branży ubezpieczeniowej. To o nim śpiewa Kazik: „Kiedyś jumałem papierosy z TIR-ów, dziś ubezpieczam uczciwych i bandytów”.

Nikodem zajął się też nielegalnym wydobywaniem bursztynu. Ponoć na jego zlecenie wydobyto ponad 100 ton bursztynu, który był wywożony za granicę. Działał szerokim frontem. Mówi się, że „kupił” jedno z przygranicznych miast. Był już wówczas bardzo bogatym człowiekiem. Oficjalnie twierdził jednak, że żyje z lisiej fermy. Ale raczej nikt w to wierzył.

Wybudował dom w Jelitkowie, prowadził nielegalne kasyno, gdzie przy oczku i pokerze spotykały się elity i gangsterzy. Tutaj mieszkał przez większą część małżeństwa ze swoją drugą żoną Haliną i córką Natalią. Tak dom „Nikosia” opisywali dziennikarze w niemieckim wydaniu magazynu „Focus”: „Nikodem mieszka stosunkowo spokojnie w nowoczesnej willi tuż przy plaży w Sopocie pod Gdańskiem. Na podwórku są dwa samochody marki mercedes, oczywiście, klasy S. Dwunastu ochroniarzy pilnuje go i jego królestwa (…)”.

„Nikoś” w swoim kasynie pobierał 10 procent tak zwanego „stołowego”. Sam też lubił grać, głównie w oczko. Podobno miał przestrzeloną kilkakrotnie marynarkę, wyciągał ją z szafy, gdy siadał do gry w karty. Miała przynosić mu szczęście w grze. Zwykle jednak przegrywał gigantyczne sumy.

Dla nikogo nie było tajemnicą, że „Nikoś” miał wpływowych przyjaciół także w milicji i prokuraturze. Tak doskonałe układy wyrobił sobie, będąc sponsorem i działaczem Lechii Gdańsk.

Sport i dobre samochody, to były jego największe pasje. Jako kilkunastoletni chłopak kopał piłkę w gdańskim Stoczniowcu, jego trenerem był wówczas Wojciech Łazarek. Namiętnie grywał także w ping-ponga. Brał nawet prywatne lekcje u jednego z wybitnych polskich tenisistów stołowych.

Później w życiorysie sportowym „Nikosia” pojawiło się rugby, przez pewien czas grał nawet w drużynie Lechii. W końcu został kierownikiem sekcji piłki nożnej tego klubu.

Dla Lechii był gotów zrobić wiele. Według relacji osób związanych ze sportem, rozdawał działaczom i piłkarzom drogie samochody. Taki miał gest. Zwykle jednak sponsorował łapówki dla zawodników przeciwnych drużyn. Ponoć, gdy pewien bramkarz sam sobie strzelił gola, to dostał od Nikodema S. premię. Ale przed wypłatą musiał go pocałować w sygnet. „Nikosia” wyraźnie kręciły klimaty z „Ojca chrzestnego”.

Po zdobyciu Pucharu Polski w 1983 roku oraz rozegraniu meczu z Juventusem Turyn w Pucharze Zdobywców Pucharów, Nikodem chodził w glorii. Wkrótce jego ukochany klub awansował do I ligi, a on otrzymał odznakę „Zasłużony dla Gdańska”. Wiele osób jednak twierdzi, że „Nikoś” po prostu kupił Puchar Polski dla Lechii.

W tym czasie sporo pomagał mu Edwin M., dyrektor Lechii do spraw poligrafii, Mówiło się, iż jest on działaczem Wolnych Związków Zawodowych. Po latach okazało się, że pan M. był współpracownikiem SB, co ujawnił Bogdan Borusewicz.

Wśród mitów krążących o „Nikosiu” pojawia się także wątek kombatancki. Ponoć, wykorzystując swoje układy, wspomagał podziemną działalność „Solidarności”. Blogger „Gdańszczanin” opisuje to tak: „Nikodem S. wraz z agentem SB Edwinem M. drukował książki drugiego obiegu. Edwin M. wylądował potem w znanym wydawnictwie Stella Maris przy biskupie Gocłowskim, a „Nikoś” zajął się gangsterką na wielką skalę”.

Wielu moich rozmówców utrzymuje, iż „Nikoś” na pewno kontrolował napływ darów w czasie stanu wojennego do Polski.

Jednak na początku lat osiemdziesiątych Nikodem S. postawił głównie na handel kradzionymi samochodami. Wówczas zaczął tworzyć przestępczą organizację na terenie Niemiec, Danii i Francji. Wiele wskazuje na to, że w tamtym czasie dostarczał luksusowe samochody dla notabli, aktorów oraz sportowców. Samochodami pochodzącymi od jego mafii jeździł m.in. wojewoda gdański oraz kilku hierarchów kościelnych. Biznes ten kręcił się doskonale.

Pierwsza poważna wpadka nastąpiła w 1985 roku. Wtedy to zarzucono „Nikosiowi” sprowadzenie do Polski 120 kradzionych samochodów. Wydawało się, że wpadł na dobre. Wówczas milicja zdołała zatrzymać kilkadziesiąt kradzionych aut, w tym wiele unikatowych w Polsce modeli, jak np. audi 200, czy mercedes 300. Samochody pochodziły niemal z całej Europy, ich dokumenty były sfałszowane.

W tej sytuacji gdańska prokuratura wydała nakaz aresztowania S. Poszukiwano go listami gończymi. Bez skutku. Jednak zatrzymano wówczas kilka osób z jego gangu. Między innymi celnika z Kołbaskowa.

Tymczasem „Nikoś” – uprzedzony przez znajomego milicjanta – uciekł na Węgry. Tam kupił lewe papiery, według których miał niemieckie pochodzenie. W ten sposób trafił do obozu dla przesiedleńców w Friedlandzie. Potem, już jako Niemiec pojechał do Hamburga. W latach 80. Hamburg dla polskiego półświatka był tym, czym Budapeszt w latach 70. W tym czasie było to prawdziwe centrum samochodowej mafii. To była stolica złodziei aut, stąd płynęły dyspozycje po całej Europie.

Tu „Nikosia” spotkał Jarosław Sokołowski, „Masa” tak to wspomina: – W 1984 roku poznałem w Hamburgu między innymi Nikosia. Ale kim naprawdę jest Nikodem, tego dowiedziałem się dopiero na początku dziewięćdziesiątych lat. W Hamburgu wszyscy byliśmy polskimi emigrantami, każdy coś kombinował na swój sposób – dodaje przyszły świadek koronny, który w tym czasie zajmował się głównie kradzieżami w sklepach.

W Hamburgu „Nikoś” czuł się niczym w Sopocie. Od lat w RFN mieszkała jego matka. Zatem bez problemów stworzył tu jeden z najpotężniejszych gangów w Europie.

Szacuje się, że jego grupa ukradła łącznie co najmniej 5000 luksusowych samochodów. Sam „Nikoś” nigdy nie kradł, nie było takiej potrzeby.

Trudno jest dziś oddzielić fakty od legendy. List gończy Interpolu z Wiesbaden w Niemczech, który przeglądałem przed laty, w lakoniczny sposób opisuje działalność Nikosia w latach 1986 – 1990. Niemieccy dziennikarze robili z niego niemal bohatera, określając go mianem „Harnaś” – nawiązując tym do legendarnego Janosika.

Niewątpliwie „Nikoś” potrafił umiejętnie wykorzystać luki w prawie, i nieporozumienia między policją polską a niemiecką. To pozwoliło mu stworzyć wyjątkowo silną organizację przestępczą.

Jednak w pewnym momencie odszedł od samochodowego biznesu. To nie były już pieniądze, które go interesują. Rzekomo zaczął zajmować się handlem bronią, paliwami napędowymi do rakiet, a w końcu także narkotykami. Towar przerzucał z Rosji na Bliski Wschód. Procentowały znajomości zawarte przed laty z Arabami studiującymi w Polsce.

Oficjalnym źródłem jego dochodu był sklep z elektroniką w hamburskiej dzielnicy rozrywki Sant Pauli. Nikodem nazwał go Skotex Electronics. Oficjalnie przynosił mu miesięcznie dochód w wysokości 7 tysięcy marek.

W tym czasie w jego organizacji było około 300 osób, z czego 30 to jego ochrona osobista. Wśród jego goryli znajdowali się – wyszukiwani w różnych klubach – zawodnicy karate i kulturyści. Tak trafili do gangu Jurand N. i Wiesław K. zwany „Schwarzeneggerem”. Oni też doczekali się swoich legend.

W gangu „Nikosia” – co okazało się po latach – działali też oficerowie milicji i tajni współpracownicy służb. Sam Nikodem S. był prawdopodobnie wtyczką wojskowych służb.

W czasie gdy rozkręcał lewe interesy w Hamburgu, milicja w Gdańsku zainteresowała się importem samochodów z Niemiec. Zatrzymano wówczas kilkanaście osób, w tym także jego starszą siostrę, 33-letnią Teresę. Milicjanci grozili jej wieloletnim więzieniem, kobieta załamała się. 26 kwietnia 1986 roku powiesiła się w celi. W obawie przed aresztowaniem, Nikodem nie mógł przyjechać na jej pogrzeb.

Wkrótce sam o mało nie rozstał się z życiem. Gdy 4 listopada 1986 roku z raną postrzałową trafił do hamburskiego szpitala. Postrzelił go niejaki Gelert, z którym miał na pieńku jeszcze w Budapeszcie.

Po tym zdarzeniu policja w Hamburgu miała go na oku. Wówczas przeniósł się do Berlina Zachodniego. W tamtym czasie często nielegalnie przekraczał granicę, wpadając na rekonesans do Polski. Zdarzało się, że niemieccy żołnierz na granicy nie rozpoznali jego twarzy, mimo że już wówczas ścigany był przez niemiecką policję, która rozsyłała za nim listy gończe. Najwyraźniej niektórzy przymykali na to oczy.

Wpadł przez przypadek w 1989 roku. Jechał z niejakim „Mańkiem” złotym audi 90, gdy do rutynowej kontroli zatrzymali ich berlińscy policjanci. Okazało się, że „Maniek” ma fałszywy paszport szwedzki. Także audi było kradzione, a i paszport Nikodema wydano na podstawie fałszywych danych o jego pochodzeniu.

Nikodema skazano na rok i dziewięć miesięcy pozbawienia wolności. Wyrok odbywał w Moabit – osławionym więzieniu o zaostrzonym rygorze. Nie zamierzał jednak zostać tam na dłużej.

Przez kilka tygodni przygotowywał się do odwiedzin młodszego brata, Marka. Upodobnił się do niego, zapuścił zarost, nieco wygolił czoło, utył. Wszystko po to, aby w czasie wizyty zamienić się ubraniami i rolami. Nikt nie zauważył, jak 4 grudnia 1989 roku „Nikoś” wyszedł na wolność. Po pewnym czasie upomniał się o brata.

– Dlaczego on siedzi w więzieniu, przecież to mnie zamknęliście – zadzwonił do Moabitu. Marek został oskarżony o pomoc w ucieczce i skazany na 9 miesięcy więzienia.

Jako rekompensatę Nikodem podarował bratu luksusowego peugeota.

Nikt nie wie, w jaki sposób w 1990 roku gangster przedostał się do Polski. Tu dobrowolnie zgłosił się do Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku na przesłuchanie, po którym anulowano list gończy i puszczono go do domu. Prokuratorzy twierdzili, że nie było podstaw do zatrzymania go:

– Można to było zrobić po przesłuchaniu kilku osób związanych z Nikodemem S., ale one ukrywały się i śledztwa zawieszono – powiedział mi wówczas jeden z prokuratorów zajmujących się sprawą. W czasie rozmowy z prokuratorem Nikodem S. skłamał, że nie był karany na Zachodzie, twierdził też, iż sprowadza samochody najzupełniej legalnie.

Wówczas już większość prokuratorskich zarzutów wobec Nikosia objęto amnestią. On sam miał teoretycznie czyste konto i legendę, która otwierała mu wiele drzwi.

W tym czasie rozstał się z Haliną i zamieszkał z poznaną w dyskotece Magdą – w sopockim hotelu Marina. Magda zapowiadała się jako zdolna baletnica, tańczyła rolę Odetty w „Jeziorze Łabędzim”. Jednak wszystko rzuciła dla „Nikosia”. Kilka lat później, gdy „Nikoś” związał się z poznaną w Krakowie Edytą, „Wieczór Wybrzeża” zamieścił na pierwszej stronie list Magdy do Nikodema: „Oczarowałeś mnie tak bardzo, że nawet nie potrafię Cię znienawidzić. Osiągnąłeś to, co chciałeś, ja nie. Chciałam być zawsze przy Tobie… Myślę o sobie i Marcie, musimy sobie jakoś radzić bez Ciebie. A Ty bądź szczęśliwy” – tak pisała kobieta nieszczęśliwie zakochana w gangsterze.

Na razie jednak trwała idylla w hotelowym pokoju numer 410. Tu było także biuro gangstera, z którego prowadził rozliczne interesy. Wśród których, na pierwszy plan wysuwały się te z Rosjanami. Przychodzili tu też biznesmeni, którzy potrzebowali szybkiej gotówki oraz koledzy z pomysłem na dochodowy interes, za to bez pieniędzy.

Szczęście nie trwało długo. W połowie 1991 roku policja postanowiła dobrać się ponownie do „Nikosia”. Rozesłano za nim listy gończe. Musiał znowu się ukrywać.

Dawało się wyczuć, że męczy go ta sytuacja i pobyt poza Polską. Chciał tu wrócić. W nocy z 4 na 5 lipca 1992 roku ukradł w Niemczech ciężarowego mercedesa, i posługując się fałszywym niemieckim paszportem, przyjechał tym samochodem do Polski. Widziano go w hotelu Holiday Inn w Warszawie. 9 lipca informację o tym otrzymała policja. Gdy Nikodem wsiadł do samochodu, został otoczony, pokazał fałszywy paszport. W trakcie legitymowania odepchnął policjanta i pobiegł w stronę Ronda ONZ, tam go ujęto.

Po przesłuchaniu przewieziono go do aresztu w Białołęce. Tu jednak nie został przyjęty, gdyż nie było potwierdzenia jego tożsamości. Konwój z najbardziej poszukiwanym przestępcą w Polsce zawrócił do Warszawy. Policyjny żuk zatrzymał się przed komisariatem na ulicy Wilczej. Policjanci poszli załatwiać formalności, Nikodem S. został sam w samochodzie. W chwilę później otworzył drzwi, ponoć zamek był zepsuty, i wyszedł. Niektórzy moi rozmówcy sugerowali, że kosztowało go to 25 tysięcy dolarów.

Przez niemal rok był nieuchwytny. Krążyły o nim różne informacje, byli tacy, którzy widzieli go w Łodzi. Inni twierdzili, że mieszkał w Rumi. Miało go widzieć wiele osób: – Mieszkał tam w luksusowej wilii z basenem. Gdy w mieście brakowało wody, on codziennie zmieniał ją w basenie. Ludzie interweniowali u władz i policji. Mówili, że to Nikodem S. i nikt nie reagował – opowiada mi jeden z mieszkańców Rumi.

Wiadomo, że Nikodem ukrywał się w Krakowie, gdzie poznał Edytę, 22-latkę z dobrego krakowskiego domu. Dziewczyna zamieszkała z gangsterem.

Pod Wawelem agendą jego gangu kierował niejaki „Kogut”, ale i on wpadł przy okazji wyjaśniania pewnego tajemniczego morderstwa. Nikodem, podczas próby zatrzymania w Krakowie, uciekł z policyjnej zasadzki samochodem na dyplomatycznych numerach rejestracyjnych. Trójmiejski mafioso zjawił się wówczas w województwie zielonogórskim. Gdzie w motelu „Złoty Łan” – centrali gangu – przygotowywano samochody do przerzutu do Rosji. Policja ujęła tam 9-osobową grupę przestępczą. Ale „Nikoś”, pół godziny przed nalotem wyjechał z motelu.

13 marca 1992 roku Nikodem czekał w Krakowie na matkę i brata. Marek zadzwonił z Łodzi, że już jadą. Dwie godziny później zasnął za kierownicą czarnego peugeota 605, którego dostał od Nikodema za akcję w Moabicie. Matka Nikodema i jego brat zginęli na miejscu. Spoczęli w jednym grobie z siostrą Teresą, która powiesiła się w areszcie w 1986 roku. Przypuszczano, że „Nikoś” przyjedzie na ich pogrzeb. Nie zrobił tego, i obława znowu się nie powiodła.

Tymczasem w czerwcu 1992 roku policja namierzyła krakowskie mieszkanie gangstera. Jednak, gdy funkcjonariusze przyszli po niego, dom był już pusty. Ktoś znowu dał mu cynk.

Skotarczak przeniósł się tym razem do Warszawy.

9 lutego 1993 roku, około godziny 16.00, w Alei Zjednoczenia, nieopodal Hali Marymonckiej w Warszawie, zatrzymało się ciemnozielone bmw. Z samochodu wyszło trzech mężczyzn. Jeden z nich wyraźnie się maskował. Postawił kołnierz płaszcza, rozglądał się wokół. Przeszli kilka metrów i zatrzymali się przed klatką bloku.

– Gdy zbliżali się do drzwi, podeszło do nich trzech funkcjonariuszy – relacjonował mi Jerzy Kirzyński, ówczesny rzecznik z Komendy Głównej Policji – Wszyscy byli z wydziału do walki z przestępstwami gospodarczymi. Pasażerowie bmw nie zdążyli nawet zareagować. Momentalnie zostali zakuci w kajdanki. Nie mogli nawet zrobić użytku z broni, którą mieli przy sobie.

Gdy „Nikoś” wyjechał tego dnia z Krakowa, cały czas jechał za nim samochód z policjantami. Czekano na najbardziej odpowiedni moment, by go zdjąć. W Warszawie obstawiły go już dwa policyjne samochody. Nie miał najmniejszych szans.

Tym razem nie robiono problemów z przyjęciem go do aresztu w Białołęce.

Nikodem S. był w tym czasie najlepiej strzeżonym więźniem w Polsce. Gdy w 1993 roku przekraczałem bramę Aresztu Śledczego w Białołęce, byłem poddany szczegółowej kontroli:

– Trzeba dmuchać na zimne. On już różne numery wywijał – mówił strażnik, który być może podejrzewał, że „Nikoś” ucharakteryzuje się za mnie i zniknie z aresztu.

Przede mną do Białołęki przyjeżdżali dziennikarze z Niemiec. Nikodem wszystkim odmawiał spotkania. Nie miałem złudzeń, że ze mną postąpi inaczej.

– On z nikim się nie spotyka – ostrzegał naczelnik aresztu, pułkownik Kowalski – Reklama nie jest mu potrzebna.

W tym czasie w Niemczech ukazała się książka poświęcona „Nikosiowi”. Gdy jej autor Werner Rixdorf przyjechał do Białołęki, Nikodem S. był nieugięty: – Żadnych wizyt – oznajmił oddziałowemu. Książkę jednak przeczytał i zamierzał podać pisarza do sądu za zniesławienie.

Nikodem S. siedział w dwuosobowej celi, i jak mówili strażnicy, był niezależny finansowo. Wśród współwięźniów miał ogromny autorytet. Wszyscy schodzili mu z drogi. Choć nie bawił się w żadne subkultury, wiadomo było, że on tam rządzi. Wiele czasu spędzał w siłowni. Ponoć potrafił na rękach przejść długi, więzienny korytarz.

– Jest zamknięty w sobie, mało mówi – opowiadał naczelnik Kowalski – Natomiast nie rozstaje się z książkami.

Gdy zapytałem, czy istnieje możliwość ucieczki z aresztu, naczelnik odpowiedział szczerze: – Teoretycznie wszystko jest możliwe, skoro potrafił to zrobić w Niemczech.

Nikodema odwiedzało niewiele osób. Kontaktowali się z nim adwokaci, syn oraz Edyta – wówczas już matka jego dziecka: – Jest piękna i bardzo kulturalna – mówili o niej strażnicy.

O urodzie Edyty przekonałem się także i ja, gdy 21 września 1993 roku, w ówczesnym Sądzie Wojewódzkim w Warszawie rozpoczął się proces Nikodema S. Pierwsza rozprawa cieszyła się umiarkowanym zainteresowaniem mediów. Potem na rozprawy przychodziłem tylko ja, dziennikarz niemieckiego „Die Zeit” i Edyta. Kilka razy na chwilę zajrzał Jerzy Jachowicz – wówczas reporter „Gazety Wyborczej”, pytał mnie zwykle: – Co słychać? – i zaraz znikał po mojej odpowiedzi: – Nudy, kompletne.

Proces bowiem do nazbyt barwnych nie należał, mimo że na ławie oskarżonych zasiadał „ojciec chrzestny polskiej mafii”. Zarzuty, które mu postawiono, były banalne: kradzież samochodu, posługiwanie się fałszywymi dokumentami i ucieczka z konwoju. A i on sam nie sprawiał wrażenia groźnego mafiosa, zwłaszcza gdy zeznawał, mocno sepleniąc.

Któregoś dnia „Nikoś” zainteresował się mną. Nie wiem, czy powodem był fakt, iż raz czy dwa wymieniłem kilka zdań z Edytą, czy też uznał mnie za członka jakiegoś konkurencyjnego gangu. Szepnął coś adwokatowi do ucha, a ten zwrócił się do sędziego, aby zapytał, kim jestem. Wyjaśniłem, że jestem reporterem „Expressu Wieczornego”. Na twarzy Nikodema widać było ulgę. „Nikoś” lubił, gdy o nim pisano, i starał się wszystko na swój temat czytać. Niekiedy kupował po kilkadziesiąt egzemplarzy gazet i rozsyłał je znajomym. Tak zrobił z moim reportażem o nim, zamieszczonym w magazynie „Miliarder”. Był na swój sposób celebrytą i – wbrew temu co mówił naczelnik Kowalski – musiał dbać o popularność.

Skazano go wtedy na dwa lata. W trakcie odbywania kary w Zakładzie Karnym w Siedlcach wziął ślub z Edytą.

Wyszedł po roku, w lutym 1994 roku, za dobre sprawowanie.

Gdy Nikodem wrócił na wolność, w Trójmieście na całego królowały narkotyki. Rękę na tym biznesie trzymał „Pruszków”. Jednak Nikodem nie zamierzał podporządkować się pruszkowskim. Chciał nadal rządzić w swoim Gdańsku.

W sierpniu 1994 roku byłem w Sopocie, gdy zjawiło się tam kilkudziesięciu gangsterów z „Pruszkowa”. Był to celowy najazd, aby pokazać „Nikosiowi”, kto tam rządzi. Jednak kilkunastu pruszkowskich zostało zatrzymanych na sopockich tarasach przez policyjnych antyterrorystów. Przy niektórych z nich znaleziono broń. Jak wówczas ustaliłem, że nastąpiło to z inspiracji „Nikosia”. „Pruszków” mu nigdy tego nie zapomniał.

Być może z tych względów Nikodema łączyła więź z tzw. „Wołominem”, a właściwie z grupą ząbkowską. Gdy w 1995 roku zdecydował się mocno wejść w narkotykowy biznes, wprowadzał go w ten temat Wiesław N. „Wariat”, brat „Dziada”. „Nikoś” miał zapewnić „Wariatowi” kanały przerzutowe amfetaminy do Skandynawii.

Tymczasem sam miał coraz większe problemy z kokainą i hazardem. Potrafił w ciągu jednej nocy przegrać w kasynie kilkaset tysięcy dolarów. Pieniądze wtedy już od niego uciekały.

W tym czasie – dzięki materiałom hamburskiej prokuratury – oskarżono go o kierowanie grupą przestępczą, która w latach 1982 – 1988 kradła w Niemczech luksusowe auta. Jednak akta były przez półtora roku tłumaczone, a potem zaginęły w prokuraturze gdańskiej. Widać było, że „Nikosia” nadal chroniły służby. Proces rozpoczął się na początku 1996 roku, ale się nigdy zakończył.

Choć kreował się na spokojnego i statecznego biznesmena, to nadal potrafił być niebezpieczny. Przekonali się o tym m.in. reporterzy „Wieczoru Wybrzeża” – Andrzej Dunajski i późniejszy prezes TVP Romuald Orzeł. Gdy ich relacja z procesu nie spodobała się „Nikosiowi”, zagroził, że wrzuci im do redakcji pół granatu. Czemu pół, a nie cały? Tego akurat nie wiadomo.

Rok później Nikodem S. zagrał niewielką rolę w filmie Olafa Lubaszenki „Sztos”, którego producentem był Wojciech K., pseudonim „Kura”.

Jak wspominał scenarzysta Jerzy Kolasa, „Nikoś” zaspał i mocno spóźnił się na plan zdjęciowy. Cała ekipa czekała na niego, aby dograć scenę, gdy wita się z Janem Nowickim.

„Nikoś miał zagrać większą nieco rólkę, ale spóźnił się na plan. Miał obstawiać w kasynie przy stole, nawet coś tam wypowiedzieć. Ale nie przyszedł. Wiadomo, filmy kręci się od rana, nawet od godz. 7. Nikoś przyszedł dopiero około 13-14 i na szybko zlepiliśmy mu jakąś sekwencję. Czysta improwizacja. Patrzył tylko pod nogi, żeby się w kable nie zaplątać. Barwna postać. Pamiętam, jak z dużą ciekawością patrzyli na niego aktorzy. A i on chciał się ogrzać w ciepełku gwiazd. Takie obustronne przyciąganie było” – wspominał w jednym z wywiadów Kolasa.

Gdy film wszedł na ekrany, „Nikoś” odcinał kupony od swojej gangsterskiej sławy i brylował w świecie celebrytów. Znajomości z gangsterem nie wypierali się Cezary Pazura, Jan Nowicki, czy Olaf Lubaszenko. Natomiast Wojciech Szumowski nakręcił o nim film dokumentalny „Kraina złudzeń”.

Gangster pod koniec życia bardzo lubił pozować do zdjęć, niczym współcześni celebryci. Zachowało się wiele jego zdjęć, gdy był gościem Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, i m.in. bawił się przy ruletce z Cezarym Pazurą.

Zaczął też inwestować w legalne interesy, m.in. w towarzystwo ubezpieczeniowe H. i firmę spedycyjną O. To prawdopodobnie wówczas powstał układ polityczno – biznesowo – gangsterski, który do dzisiaj rządzi Trójmiastem. „Nikoś” był jego ważnym elementem, jego koledzy byli i nadal są wpływowymi politykami oraz biznesmenami.

Kłopoty Nikodema zaczęły się, gdy w kwietniu 1996 roku, po dwuletniej odsiadce w Mediolanie do Polski powrócił Wiesław K. zwany „Schwarzeneggerem” lub krócej „Arnoldem”. Ten dawny goryl „Nikosia” kreował się na bossa. Miał posłuch wśród młodych przestępców, kontakty z włoską mafią oraz Kolumbijczykami. A co najważniejsze, wsparcie „Pruszkowa”. Musiało dojść do konfliktu z Nikodemem. Gdyby ten ugiął się przed „Arnoldem”, to oznaczałoby utratę pozycji w trójmiejskim półświatku.

18 maja 1997 roku „Arnold” zginął z rąk płatnego mordercy Siergieja. Wiadomo, że kontaktował się z nim Daniel Z. „Zachar” – gdański bandzior lojalny wobec „Nikosia”.

Wkrótce potem Nikodem S. wplątał się w krwawą wojnę gangów na zachodniej granicy, która pochłonęła 15 ofiar śmiertelnych, 6 rannych i 2 zaginione. Większość z zabitych miała zaledwie po 18 – 20 lat. Chcieli być tacy, jak ich idol „Nikoś”. Poszło o wpływy z przemytu spirytusu, w który S. inwestował od wielu lat.

23 kwietnia 1998 roku w restauracji Marco Polo były imieniny Wojciecha K., „Kury”. Nikodem z Edytą byli gośćmi. Po całonocnej libacji odpoczywali w gdyńskiej agencji towarzyskiej Las Vegas.

W tym czasie w klubie był jeszcze gdyński gangster „Cwejk”, kilka prostytutek i sprzątaczka. Po jakimś czasie przyszedł również barman. Około godziny 9 do burdelu przyjechali też ochroniarze „Nikosia”. Dziwnym zbiegiem okoliczności, tuż przed zabójstwem wszyscy ci ludzie zniknęli z Las Vegas.

Dochodziło południe 24 kwietnia, w lokalu zostali tylko „Nikoś” i „Kura” z żonami. Czekali na śniadanie, gdy do ich salki weszło dwóch zamaskowanych mężczyzn. Jeden z nich powiedział: „Dzień dobry”, a drugi oddał do Nikodema sześć strzałów z tetetki. Zabójca trafił go w brzuch i głowę. Jedna z kul ugodziła siedzącego obok „Kurę”, i roztrzaskała mu kolano. Kobiety zdołały schować się pod stół. Bandyci doskonale znali rozkład lokalu. Ochrona Nikodema zniknęła, przed przyjściem morderców ulotnił się także barman.

Ponoć kilka tygodni przed śmiercią „Nikoś” wiedział, że jest na niego wydany wyrok. Ostrzegł go przed tym „Masa”.

– Widziałem go kilka dni przed jego śmiercią, jechał zawinąć jakiegoś biznesmena z Tomaszowa Mazowieckiego. Spotkaliśmy się na parkingu przed sklepem w okolicach Siewierza. Wypiliśmy po jakiejś oranżadzie. Ja go wtedy ostrzegałem: – Uważaj, bo już na ciebie zlecenie wyszło.

Nikodem co prawda kupił sobie nawet kuloodporną kamizelkę. W niczym mu to nie pomogło.

Po śmierci Nikodem S. też miał problemy. Tym razem z pochówkiem, bowiem proboszcz parafii w Gdańsku-Jelitkowie odmówił udziału w jego pogrzebie. Pochowano go jednak po katolicku. A to dzięki interwencji samego arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego. Co więcej, mszę żałobną odprawiono w oliwskiej katedrze.

Nikodem S., legenda polskiej mafii, spoczął w wielkim grobowcu z czarnego granitu na gdańskim Srebrzysku.

Na pogrzebie pojawili się mafiosi z całej Polski. Być może nawet zleceniodawcy zabójstwa Nikodema S. Cmentarz obstawiony był też tajniakami.

Za życia Nikodem nie mógł też opędzić się od skorumpowanych policjantów. Jarosław P. ps. „Majami”, były trójmiejski policjant przywołał takie zdarzenie: „Nikoś mówił do mnie tak: – Słuchaj Jarek, ja jestem gangsterem, ale i Polakiem. I już nie mogę patrzeć, jak twoi kumple-psy są skorumpowani. To oni sami do mnie uderzają, że mogą to i tamto. Ja ciebie znam od dzieciństwa, widziałem, jak jako chłopak biegałeś z piłką po naszej ulicy. Zrób coś z tym, to jest jakaś paranoja”.

Jarosław Sokołowski stawia jednak poważny zarzut: – Ten cały „Majami” to sam sprzedał się mafii. Zaimponowały mu drogie samochody i pieniądze. Dlatego zaczął pracować dla „Nikosia”. Ostrzegał go przed różnymi działaniami policji, robił z nim różne akcje. On tak się do „Nikosia” przykleił, że przyszedł na pogrzeb w jego marynarce, jeździł jego samochodami, spał z jego żoną i odbierał za niego długi. Edyta zadzwoniła do mnie po śmierci Nikodema, bo wiedziała, że jestem jego przyjacielem. Chciała, abym pomógł jej odebrać pieniądze od wierzycieli męża. I zgadnij, kto do mnie przyjechał, żeby pomagać odbierać hajs? – pyta i od razu opowiada – „Majami”.

Dlaczego „Nikoś” musiał zginąć? Teorii jest wiele i można by je snuć przez pozostałe strony.

Mówiło sie, że to „Pruszków” go odstrzelił w ramach wojny z „Wariatem” i „Dziadem”, którym Nikodem sprzyjał. Pojawiła się wersja, że za zamachem stoi gangster ze Śląska Janusz T. pseudonim „Krakowiak”. Ponoć „Nikoś” próbował przejąć rynek narkotyków na terenie Katowic. Zlecenie miał też wydać „Jędrzej”, jeden z bossów łódzkiej ośmiornicy. Spekulowano, że „Nikoś” zginął, bo zorganizował porwanie syna „Karingtona”, z którym wcześniej stoczył wojnę o przemyt spirytusu. Była też teoria, że za zabójstwem mógł stać jego dawny żołnierz „Zachar”, który rzekomo chciał przejąć władzę w Trójmieście. On także został zamordowany w 2009 roku.

Pojawiają się też hipotezy o zasięgu międzynarodowym: „Rosjanie zemścili się na tych, którzy nie chcieli się im podporządkować. Jednym z nich był Nikodem S., kierujący przestępczym podziemiem w Trójmieście. Rezydenci „Sołncewa” w Polsce przemycali 150 kg kokainy – z Kartageny w Kolumbii do Gdańska. Kokaina była umieszczona w drewnianych nóżkach palet. Gdańska policja zatrzymała przesyłkę, zanim ta dotarła do odbiorcy – czeskiej firmy Racio Impex. Wkrótce potem kokaina została komisyjnie spalona. W rzeczywistości przejął ją Nikoś, który wysłał anonim do policji, a później dzięki swym wtyczkom w komendzie wojewódzkiej wywiózł towar z depozytu. Spalona została glukoza. Rosjanie jednak też mieli swoje wtyczki w policji i poznali prawdę. Nikoś musiał zginąć. Zastrzelił go wynajęty przez „Sołncewa” Siergiej Sienkiv, płatny morderca, były żołnierz specnazu (…)” – snuli swoją teorię we „Wprost” Ewa Ornacka i Wojciech Sumliński.

„Masa” ma na temat śmierci trójmiejskiego gangstera konkretny przekaz: – „Nikoś” był solą w oku grupy pruszkowskiej, ponieważ torpedował interesy grupy na Wybrzeżu. Miał tam silną pozycję, i nie dopuszczał innych do robienia interesów na terenie Trójmiasta. Poza tym ustalili z „Wariatem”, że będzie z nim robił interesy i dokładał się do wojny z „Pruszkowem”. Nie chciał się kontaktować ze starymi, a oni traktowali go jako wroga i kazali odstrzelić – nie ma wątpliwości świadek koronny. – Ten biznesmen, którego „Nikoś” jechał poturbować, gdy go spotkałem na kilka dni przed jego śmiercią, opłacał się łodziakom. Oni mieli kilerów, których nikt nie znał. Łodziaki zbierali wtedy dla starych pruszkowskich hajs z automatów. „Nikosia” zlikwidowali łódzcy kilerzy na zlecenie starych pruszkowskich. A wystawił go konkretnie Krzysztof P. – konkretyzuje świadek koronny numer 1.

Zajrzyjmy do zeznań „Masy”, które złożył śledczym w 2000 roku: „Daty dokładnie nie pamiętam, jeżeli się nie mylę, byłem na spotkaniu w hotelu Holiday. Na tym spotkaniu byli również Kaban, Słowik, Parasol, Malizna i być może Kajtek, ale tego nie jestem pewien. (…) Ja załatwiałem z nim jakiś interes, zdawałem im relacje z czegoś, już nie pamiętam o co chodziło. W czasie rozmowy chcieli wywrzeć na mnie wrażenia, że mają ogromną władzę, że wszystko mogą zrobić. Kaban mówił do Słowika, że tę kurwę z Gdańska trzeba zabić, w rozmowie tej uczestniczył Parasol. Ja w tym czasie rozmawiałem z Kajtkiem, a Malizna siedział przy barku i pił piwo. W pewnym momencie Parasol lub Kaban zapytali Słowika, gdzie dzwonił. Słowik odpowiedział, że dzwonił do H., zapytać na jakim etapie są przygotowania do zastrzelenia Nikosia. Dokładnego cytatu nie przytoczę, natomiast taki był sens tej wypowiedzi. W czasie tej rozmowy, kiedy Słowik rozmawiał z H., Parasol wtrącił głośno, tak żeby było słychać, że pieniądze są już przygotowane. Ja domyślając się i będąc pewnym, że oni wydali wyrok na Nikosia, po wyjściu z hotelu zadzwoniłem na komórkę do Waldka G. z Bytomia. Zadzwoniłem do Waldka, bo wiedziałem, że jest on przyjacielem Nikosia. Sam do Nikosia nie dzwoniłem, ponieważ spotykałem się z nim w 1997 roku w czasie wakacji, wtedy zauważył nas Zbynek i powiedział o tym Kabanowi. Ja potem zostałem przed całą grupą strasznie zrugany za kontakty z Nikosiem, sprawę łagodził Wańka. Mimo to przez jakiś czas szykanował mnie za to Parasol, musiałem jeździć do niego o różnych porach dnia i nocy na tzw. dywanik i wysłuchiwać jego wywodów. Dlatego zadzwoniłem do Waldka i powiedziałem mu, żeby przekazał Nikodemowi informację o planowanym zabójstwie, ale w taki sposób, żeby nie można domyślić się, że ta informacja jest ode mnie. Waldek zadzwonił do Nikosia, ale ten wyciągnął od niego, skąd ma taką informację. Teraz przypomniałem sobie, że Słowik kończąc rozmowę z H. powiedział, że w miesiąc będzie sprawa załatwiona. W krótkim okresie po przekazaniu tej informacji Słowik przyjechał do mnie do domu i miał pretensje za ostrzeżenie Nikosia. Powiedział, że jest to ostatnie ostrzeżenie od grupy i więcej takich ostrzeżeń nie będzie. (…) Wojciech P. , było to na jego imieninach w Mariocie, podszedł do mnie na początku imprezy i powiedział, żebym nie robił dziwnych ruchów, bo ma mi coś do powiedzenia. Mówił, że jestem obserwowany przez Słowika i jego żonę, i żebym się uśmiechał. Potem powiedział mi, że dopiero teraz wywnioskował, że mam być zastrzelony, kiedy będę wracał po imieninach do domu. Ja wtedy zabrałem żonę i przy pierwszej okazji niepostrzeżenie wyszliśmy. Od tego czasu miałem się na baczności. Nie potrafię powiedzieć, czy Nikoś wtedy jeszcze żył. W czasie rozmowy u mnie w domu Słowik powiedział mi, że o ostrzeżeniu Nikosia wie od kogoś z jego grupy. Ja mu wtedy powiedziałem, że wiem o wydanym na mnie wyroku (…)” – zeznał świadek koronny.

Jarosław Sokołowski mówi mi, że z „Nikosiem” przyjaźnił się od lat:

– Dobry kumpel był z niego. Kiedyś na Śląsku zepsuł mi się samochód, to „Nikoś” pożyczył mi dwie swoje limuzyny – wspomina i po chwili wraca do zamachu na przyjaciela.

– Ostrzegałem go również dlatego, że obawiałem się, że po zastrzeleniu „Nikosia” będę następny. Wiedziałem, że dopóki zajmują się nim, to jestem w miarę bezpieczny.

Po zabójstwie Nikodema S. starzy urządzili w Mariocie stypę na jego cześć: – Nikt nie okazywał smutku, wszyscy byli uradowani – stwierdza „Masa” – Starzy centralnie gratulowali Krzysztofowi P., że im wystawił „Nikosia”. – Policja wiedziała, że P. pił z „Nikosiem” i „Kurą” i 20 czy 30 minut wcześniej wyszedł z Las Vegas. I wtedy przyszli kilerzy. Tylko nie składało się to na dowody procesowe. Wszyscy wiedzieli, że „Nikosia” wystawił Krzysztof P. On rozprowadzał kradzione samochody i legalizowano je później przez grupę Nikodema. Potem, z tego co wiem, zajmował się sprowadzaniem samochodów z Niemiec, które były odkupowane od przedsiębiorstw ubezpieczeniowych – dodaje Jarosław Sokołowski.

Hipotez było jeszcze kilka, ale żadna z nich dotąd się nie potwierdziła. Nie ustalono wykonawców wyroku, ani jego zleceniodawców.

W 2007 roku pojawiła się teoria, że „Nikoś” był w gronie osób, które zleciły zabójstwo byłego komendanta policji generała Marka Papały. Według nich gangster mógł zginąć, w związku z udziałem w spisku na życie byłego szefa policji. Jednak śledczy nie znaleźli na to dowodów.

Jerzy G., prywatny detektyw, a także były współpracownik i agent niemieckiej policji, zdobył zaufanie Nikodema i doskonale poznał jego grupę przestępczą. Swoją wiedzę przekazał ówczesnemu komendantowi głównemu policji Markowi Papale. Z raportu wynikało, że na czele grupy przestępczej kradnącej samochody w Hamburgu i Niemczech oprócz samego „Nikosia” stał Edward M., wówczas szanowany biznesmen, m.in. współtwórca Bakomy. Ponoć Papała pokazał M. raport Godlewskiego, domagając się od niego wyjaśnień.

Według Artura Z., pseudonim „Iwan”, w kwietniu 1998 roku miało dojść do spotkania w gdańskim hotelu Marina, podczas którego polsko-amerykański biznesmen Edward M. miał nakłaniać do zabójstwa generała Marka Papały. Za wykonanie zlecenia oferował 40 tysięcy dolarów. Uczestnikami spotkania oprócz Edwarda M. i Artura Z. byli również „Słowik” oraz „Nikoś”. Dwa miesiące później, 25 czerwca 1998 roku, komendant główny policji został zastrzelony przed swoim blokiem w Warszawie.

– Częściowo ludzie dołożyli mu wiele mitów. Miał swoich chłopaków od bicia i zabijania, kradziono dla niego samochody – mówi Marek, który znał „Nikosia” od lat 80. – Liczył się na mieście, bo legenda o nim rosła z każdym dniem, wymyślunki stawały się coraz to większe, znajomości przy tym też. Sława i chęć jej wykorzystania, doprowadziły do egzekucji. Bo zamieszał się w tematy, które go nie dotyczyły, ale „Nikoś” politycznie był zawsze mało zorientowany.

Ulubioną maksymą życiową „Nikosia” było powiedzenie: „Lepiej żyć rok jak tygrys, niż sto lat jak żółw”.

I chyba udało mu się to osiągnąć.

Janusz Szostak

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ