ZATRUTE POŻĄDANIE

0
351
Wycinek z Tajny Detektyw 1932, nr 47 (Piękna Lucyna)

Takie rzeczy w Opatowie działy się tylko w kinie Sfinks. W latach 30. bilet na seans kosztował 10 groszy. Wyświetlano komedie z Flipem i Flapem, filmy przygodowe i melodramaty. Wśród kobiet, obrazy z cyklu „on ją kocha i umiera dla niej” cieszyły się największą popularnością. Na widowni łzy lały się jak woda z nieszczelnego kranu. Pewnego razu tragedia miłosna spłynęła z ekranu kinowego na ulice miasteczka.

W nocy z 13 na 14 lipca 1932 roku znaleziono na chodniku młodego mężczyznę, który wił się jak w ataku epilepsji i przeraźliwie jęczał z bólu. Był to Józef Snopkiewicz, sekretarz komendy Policji Państwowej w Opatowie. Ktoś zaofiarował się przetransportować go autem do szpitala św. Leona. To zaledwie 5 minut drogi. Niestety, u bram szpitalnych Snopkiewicz zmarł.

To strychnina!

Przeprowadzona jeszcze tej samej nocy sekcja zwłok wykazała, że zgon nastąpił w wyniku otrucia. W  treści żołądka stwierdzono obecność strychniny. Ilość trucizny była dwukrotnie większa od dawki, potrzebnej do zabicia dorosłego człowieka!

Wyjaśnieniem nagłej i tragicznej śmierci Józefa Snopkiewicza zajęła się policja. Z powodu dużej ilości strychniny w organizmie sekretarza wykluczono nieszczęśliwy wypadek, będący następstwem przypadkowego zażycia trucizny. Podejrzewano zabójstwo bądź samobójstwo. Na początek przesłuchano osoby, które znalazły mężczyznę na ulicy i próbowały udzielić mu pomocy. Jeden ze świadków, ławnik magistratu Woźnicki złożył sensacyjne zeznanie.

– Gdy pochyliłem się nad nim i spytałem co się stało, jęknął: „Pomocy, zostałem otruty… to Plebańczyk”. I zaraz potem zemdlał – powiedział Woźnicki.

– Plebańczyk… –  powtórzył jak echo przesłuchujący go policjant. – Gdzieś słyszałem to nazwisko. Już wiem! Sądzi pan, że świętej pamięci Snopkiewicz miał na myśli zastępcę inspektora szkolnego?

– I owszem. Znam go całkiem dobrze. Pan Plebańczyk mieszka po sąsiedzku ze mną – odparł ławnik magistratu.

Biura inspektoratu szkolnego w Opatowie mieściły się na wzgórzu za Bramą Warszawską w budynkach dawnych carskich składów monopolowych. W jednym z gmachów znajdowały się również mieszkania prywatne urzędników. Jedno z nich zajmował wraz z żoną i dwójką dzieci Zygmunt Plebańczyk, zastępca inspektora szkolnego. Czyżby to on otruł Snopkiewicza?

Następne otrucie

Woźnicki nie miał powodu, żeby kłamać. Czy jednak dobrze usłyszał i zrozumiał słowa umierającego mężczyzny? Nie znano racjonalnego powodu, dla którego szanowany urzędnik, człowiek z wyższym wykształceniem, miałby zamordować sekretarza policji. Postanowiono niezwłocznie z nim porozmawiać.

Biura inspektoratu szkolnego znajdowały się na parterze gmachu z czerwonej cegły, przyozdobionego wieżami. Kiedyś, jeszcze przed przeznaczeniem budowli na składy, były tu rosyjskie koszary wojskowe. Zastępca inspektora mieszkał obok gabinetów. W domu paliło się światło, co o tak wczesnej godzinie (czwarta rano) było dość dziwne. Nikt z domowników nie zareagował na pukanie policjantów. Drzwi wejściowe były otwarte.

Zygmunt Plebańczyk leżał nieprzytomny na kanapie. Jego twarz przybrała trupio blady odcień. Posłanie i podłogę pokrywały wymiociny. Policjanci rzucili się na ratunek. Wyczuli na szyi mężczyzny słaby puls. Lekarze ze szpitala św. Leona, gdzie odstawiono Plebańczyka stwierdzili u niego objawy silnego zatrucia.

Miał więcej szczęścia niż Snopkiewicz. Poddany intensywnemu płukaniu żołądka, po kilku godzinach odzyskał pełnię sił. Wobec nieoczekiwanego splotu wypadków, policja musiała się dowiedzieć o los jego żony i dzieci, gdyż obawiano się że go otruto, żeby uprowadzić rodzinę inspektora. Okazało się, że jego bliscy, cali i zdrowi przebywali na letnisku poza Opatowem,

Tajemniczy zabójca

Plebańczyk z niedowierzaniem przyjął wiadomość o śmierci Snopkiewicza. Przyznał, że tragicznej nocy gościł go w domu. Byli dobrymi znajomymi. Lucyna, żona sekretarza policji, pracowała w inspektoracie szkolnym jako sekretarka. W ostatnich dniach obie małżonki wraz z dziećmi udały się razem do kurortu w Krynicy.

Dwaj słomiani wdowcy w wolnym czasie często raczyli się alkoholem. Byli urzędnikami państwowymi i nie chcieli żeby ludzie widzieli jak piją. Nie chodzili więc do barów, lecz spotykali się w mieszkaniu Plebańczyka.

Z zeznania zastępcy inspektora wynikało, że w czasie ostatniej libacji Snopkiewicz źle się czuł, narzekał na ból głowy i nie miał wielkiej ochoty na alkohol.

– Namówiłem go na dobry koniak, sądząc, że nieduża dawka poprawi mu samopoczucie – opowiadał Plebańczyk. Przed północą Snopkiewicz chciał iść do domu. Gospodarz wyszedł z nim i odprowadził go kawałek. Następnie wrócił do mieszkania i położył się. – Byłem dziwnie słaby, kręciło mi się w głowie. Naraz poczułem mdłości… Nie wiem co się potem działo. Ocknąłem się w szpitalu – kontynuował Plebańczyk. Z jego zeznaniem pokrywały się spostrzeżenia świadków, którzy wieczorem 13 lipca widzieli ich ulicy nieopodal inspektoratu.

Dwa przypadki otrucia w ciągu jednej nocy nie mogły być przypadkowe, Przyjęto, że sprawcą jest trzecia osoba, która z niewiadomych powodów zdecydowała się pozbawić życia obu mężczyzn. Przedśmiertne słowa Snopkiewicza uznano nie za oskarżenie Plebańczyka, lecz za próbę powiedzenia, że zastępca inspektora może być drugą ofiarą truciciela.

Czy był to ktoś niezrównoważony psychicznie? A może sabotażysta polityczny? W jaki sposób udało mu się  zmusić dwóch silnych mężczyzn do zażycia trucizny?

Dwie różne trucizny

Zwrot w śledztwie nastąpił po szczegółowej analizie substancji, której obecność stwierdzono w organizmie Plebańczyka. Nie była to, jak w przypadku Snopkiewicza, strychnina, lecz najzwyklejszy weronal! Zabójca posłużył się dwiema różnymi truciznami, z których jedna powoduje pewną śmierć, natomiast druga (popularny środek na ból głowy trudno nawet nazwać trucizną), zażyty w stwierdzonej dawce skutkuje krótkotrwałą zapaścią i rozstrojem żołądka.

Nasuwał się wniosek, że sprawca nie zamierzał pozbawiać Plebańczyka życia, a tylko upozorował próbę zabójstwa. Jedynym racjonalnym powodem takiej intrygi wydawał się być zamiar oddalenia od niego podejrzeń o otrucie sekretarza policji. Jedyną osobą, której mogło na tym zależeć, był sam Plebańczyk.

Ponownie przesłuchano zastępcę inspektora. Urzędnik  zachowywał się arogancko. Domysły policji nazwał insynuacjami: – Nie macie żadnych dowodów! – wykrzykiwał.

Dowodów rzeczywiście brakowało. Pojawił się natomiast motyw zbrodni: kobieta. Lucyna Snopkiewiczowa, piękna żona sekretarza policji, zatrudniona jako kancelistka u Plebańczyka. Pracownicy biura zeznali, że zastępca inspektora czuł do niej wielką namiętność, z czym się nie krył. To nie była zwykła sympatia mężczyzny do powabnej sekretarki, lecz chorobliwe wręcz pożądanie. Ciągle ją prześladował. Snopkiewiczowa miała moc pracy z porządkowaniem dokumentów i przepisywaniem tekstów na maszynie. Musiała zostawać po godzinach. Zastępca inspektora wykorzystywał to, żeby mieć pretekst bycia z nią sam na sam.

Czy udało mu się ją zniewolić? Nie wiadomo. Lucyna całym sercem kochała męża i dobrowolnie by go nie zdradziła. Plebańczyk mógł ją jednak zmusić do uległości siłą, lub groźbą utraty posady.  Czy zabił Józefa Snopkiewicza, żeby pozbyć się rywala?

– Tak, owszem, kochałem się w niej i czyniłem zabiegi, żeby ją zdobyć. Ale miłość to nie zbrodnia. Nie otrułem męża Lucyny. Wciąż  nie macie dowodów – stwierdził cynicznie Plebańczyk.

Ktoś wszystko widział

Żona Zygmunta Plebańczyka i Lucyna Snopkiewiczowa skorzystały z prawa do odmowy zeznań. Wdowa wytłumaczyła się bólem po stracie męża. Nie wykluczyła, że gdy przyjdzie czas, o wszystkim opowie.

Czasu policja miała coraz mniej. Wszystko czym dysponowano, trudno było nazwać choćby poszlakami. To tylko niewyraźne  przypuszczenia. Nie każdy mężczyzna, mający romans z zamężną kobietą, częstuje jej męża strychniną. Na podstawie domysłów i plotek żaden sąd nie wydałby zgody na aresztowanie zastępcy inspektora. Obawiano się, że Plebańczyk nie będzie czekał, aż znajdą się przeciwko niemu dowody, lecz skorzysta ze sprzyjających okoliczności i wyjedzie z miasta, może nawet za granicę. Szukaj wtedy wiatru w polu!

Nieoczekiwanie pojawił się świadek, jakiego każdy prowadzący śledztwo życzyłby sobie mieć.  Elektromonter Waniel był w bliskim związku ze służącą zatrudnioną u rodziny, mieszkającej w sąsiednim budynku. Wieczorem 13 lipca 1932 r. miał z nią randkę. Dziewczyna się spóźniała. Jak na złość, tego dnia pani kazała jej dłużej pracować. Waniel czekał cierpliwie przed domem i z nudów obserwował przechodniów.

Około godziny dziesiątej zobaczył wchodzących do budynku inspektoratu dwóch eleganckich mężczyzn w kapeluszach. Byli to Plebańczyk i Snopkiewicz. Chwilę później w mieszkaniu na parterze rozbłysło światło. Po upływie trochę więcej niż godziny (dziewczyna wciąż nie była wolna) ci sami panowie wyszli na ulicę. Rozstali się po kilkudziesięciu krokach. Starszy i wyższy  (Plebańczyk) wrócił do mieszkania, natomiast jego towarzysz po chwili upadł na chodnik i zaczął wić się z bólu. Zrobiło się zbiegowisko, przechodnie próbowali ratować Snopkiewicza.

Waniel schował się do bramy. Nie miał nic wspólnego z wypadkiem, ale spodziewając się, że zaraz przyjedzie policja, przezornie się wycofał. Z policją nigdy nie wiadomo. Do biednego zawsze mogli się przyczepić. Po minucie lub dwóch zobaczył w  bramie Plebańczyka, który przemknął chyłkiem na podwórze. Doszedł do zarośli, gdzie wylewał jakieś płyny i wyrzucał szkło…

Ostatnie spostrzeżenie elektromontera postawiło policję na równe nogi. Od zabójstwa nie upłynęły dwie doby, więc chyba nie jest jeszcze za późno.

 – Wsiadajcie Waniel, pojedziecie z nami – nakazano świadkowi.

Auto popędziło z taką energią, że aż zajęczały kocie łby na opatowskim rynku. W krzakach leżał dowód zbrodni: kieliszek ze śladami białego nalotu na ściankach i dnie. Była to strychnina. Odciski linii papilarnych, pozostawione na szkle należały do zastępcy inspektora szkolnego.

Wdowa przemówiła

W listopadzie 1932 roku Zygmunt Plebańczyk zasiadł na ławie oskarżonych Sądu Okręgowego w Radomiu. Ubrany z wyszukaną elegancją, z modnie przystrzyżonym wąsikiem, po wprowadzeniu na salę rozpraw wypatrywał znajomych, rozdzielał ukłony i uśmiechy. Reakcją publiczności była wzgardliwa cisza.

Oskarżycielskie zeznanie złożyła Lucyna Snopkiewiczowa. Piękna ciemnooka dama nie zmieszała się pod wpływem zuchwałego, prowokującego spojrzenia oskarżonego. Przesłuchanie odbyło się częściowo przy zamkniętych drzwiach, nie są więc znane wszystkie szczegóły. Z materiałów jawnych wynikało, że Plebańczyk zmuszał ją do uległości natury seksualnej. Gdy mu się opierała, szantażował ją groźbą wyrzucenia z pracy i wystawienia niepochlebnej opinii. Zależało jej na posadzie. Policyjna pensja męża była dość licha. A oni mieli małego synka. Z tego powodu – mimo iż czuła do prześladowcy odrazę – niejednokrotnie godziła się na jego wyuzdane praktyki. Nie chciała martwić męża i nic mu nie mówiła. Niewykluczone, że Snopkiewicz czegoś się domyślał, bo chodził strapiony.

Oskarżony nie przyznał się do winy. Przebieg zbrodni ustalił prokurator. W czerwcu decyzją kuratorium oświaty Plebańczyk został przeniesiony do Konina i miał tam się niebawem udać. Zażądał od Snopkiewiczowej, żeby zostawiła męża i dziecko i wyjechała z nim. Gdy się nie zgodziła, postanowił zabić Józefa Snopkiewicza. Wysłał żonę z dziećmi na wakacje. Załatwił też pobyt na letnisku kancelistce i jej synkowi. Lucyna nieufnie potraktowała wielkoduszność szefa, ale nie domyśliła się podstępu.

Nawiązał bliższe stosunki ze Snopkiewiczem, który źle znosił rozłąkę z rodziną. 13 lipca ugościł go alkoholem. Musiał niepostrzeżenie rozpuścić strychninę w drinku rywala albo mu ją podał jako środek na ból głowy. Niewykluczone, że wyrzucając resztki trucizny, zauważył zbiegowisko na ulicy. Może bał się, że Snopkiewicz wyznał ludziom nazwisko mordercy. Postanowił odwrócić od siebie podejrzenie. Jeśli i jego znajdą otrutego, nikt nie pomyśli, że jest sprawcą. Nie odważył się zażyć strychniny, lecz połknął kilkanaście proszków weronalu – co okazało się najsłabszym punktem planu.

9 listopada 1932 roku Zygmunt Plebańczyk został skazany na 10 lat ciężkiego więzienia z utratą praw. Ze spokojem wysłuchał wyroku. Wyraz ulgi malował się na obliczu Lucyny Snopkiewiczowej. Nic nie mogło wrócić życia jej ukochanego męża, ale miała świadomość, że człowiek, który go zamordował a jej życie zamienił w piekło, poniesie karę. W 1934 roku Sąd Apelacyjny w Lublinie, po odwołaniu się obrońcy skazanego, utrzymał wyrok w mocy.

Mariusz Gadomski

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ