Do dziś widzę te cienie

0
4091
Floor with shadow of a businessman standing

Emerytowany generał brygady Jerzy Fonkowicz poniósł śmierć podczas napadu na jego dom w Konstancinie, w październiku 1997 roku. Prokuratura, jak się zdawało, odniosła szybki sukces, stawiając przed sądem domniemanych sprawców tej zbrodni. Sukces po latach zamienił się w klęskę. Mężczyzn uniewinniono.

Jednocześnie śmierć generała otworzyła pole do mniej lub bardziej fantastycznych domysłów. Kolejne publikacje książkowe, prasowe i portale internetowe wskazują, że za zabójstwami Piotra Jaroszewicza, Jerzego Fonkowicza, oraz Tadeusza Stecia  stoją te same tajemnicze siły.  W 1945 roku po klęsce III Rzeszy do Radomierzyc koło Zgorzelca przybył płk Piotr Jaroszewicz, byli z nim m.in. Tadeusz Steć i ppłk Jerzy Fonkowicz. Zamierzali przeszukać ogromne niemieckie archiwum dokumentów Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy.  Czy ich zabójstwa, w związku z tym  można łączyć? Raczej nie. Tym bardziej, że z teczki personalnej Jerzego Fonkowicza Ludowego Wojska Polskiego, znajdującej się w IPN,   wynika, że w Radomierzycach nie mógł być, gdyż był w tym czasie w obozie kontrolowanym przez armię amerykańską.

4

Reporter jako jedyny dotarł do akt sprawy zabójstwa generała. Ten artykuł jest prawdopodobnie pierwszą próbą obiektywnej rekonstrukcji tej zbrodni, śledztwa i dwóch procesów domniemanych jej sprawców.

Ostrożność generała

75-letni generał Fonkowicz mieszkał w domu jednorodzinnym w Konstancinie Jeziornej. Odkąd dwa lata wcześniej został napadnięty, mieszka z nim gosposia. Opiekunki zmieniają się regularnie, ponieważ generał wprowadził iście wojskowy dryl. Kobietom właściwie nie wolno wychodzić poza teren posesji, przyjmować gości, poza konkretnymi przypadkami odbierać telefonu, a nawet otwierać okien.

fot1

Również sam Fonkowicz, jeśli już opuszcza swoją posesję, to tylko w drodze do lekarza. Nawet spaceruje co wieczór tylko po własnej działce. Gości właściwie nie przyjmuje.

W połowie września 1997 roku gosposia odbiera głuche telefony. Jerzy Fonkowicz poleca jej także obserwować okolicę.

– Czego się pan boi? – pyta kobieta.

 – Różnie to bywa – pada odpowiedź. Ale wtedy jeszcze nic się nie wydarzyło.

Był poniedziałek 6 października 1997 roku. Generał od tygodnia zatrudniał nową opiekunkę, Barbarę Ch. Tego dnia powiedział jej, że dom jest obserwowany.

Kobieta zeznała potem, że gdy wyszła do zawieszonej na bramie skrzynki pocztowej: „Zobaczyłam zachodni samochód ciemnego koloru i siedzi w nim dwóch mężczyzn. Mężczyźni ci wyszli i przy nim stali. Wypuścili z samochodu psa rottweilera, który biegał po ulicy i przy lasku. Mężczyźni ci byli w wieku 30 – 35 lat. Jeden z nich był dobrze zbudowany, dosyć wysoki. Obaj ubrani byli w swetry, raczej na sportowo. (…) Nie wiem także, jakiej marki był samochód, którym przyjechali, ani jakie miał numery. Pan Fonkowicz powiedział coś o numerze rejestracyjnym, z jakiego jest województwa, ale ja tego nie zapamiętałam”.

Prawdopodobnie samochód był spoza ówczesnego województwa warszawskiego.

Jerzy Fonkowicz mieszkał pod lasem. Jego dom graniczył jedynie z Domem Rencisty PAN. Uliczka dojazdowa prowadziła tylko do jego posesji i zrujnowanego pustostanu.  Mimo to, a może właśnie dlatego, samochód i jego pasażerowie nie uszli również uwadze sąsiadów.

Jeden z nich zeznał potem, że widział samochód nieznanej mu marki, koloru ciemnoczerwonego. Przy samochodzie leżał pies i stało dwóch mężczyzn w wieku  około 30 – 40 lat. Jeden około 170 cm „postury grubawej”, drugi około 180 cm, „dobrze zbudowany, włosy koloru czarnego, lub szatyn”.

Natomiast sąsiadka – około godziny 13.30 – widziała samochód nieznanej jej zachodniej marki, a koło niego czarnego psa i trzech mężczyzn oraz kobietę: „Kobieta była postury szczupłej, wzrostu około 160 cm, ubrana była na ciemno, włosy ostrzyżone do uszu, koloru prawdopodobnie ciemny kasztan. Ubrana była w krótką spódniczkę, lub spodenki koloru ciemnego”.
Nocne najście morderców
We wtorek 10 października, o 17.00 gosposia karmiła psy, a potem zamknęła drzwi na dwa zamki i łańcuch. O godzinie 22.00 pomagała położyć się pracodawcy, i kwadrans później sama była już w łóżku. Co ciekawe, tego wieczora położyła się spać w ubraniu.

fot 2

Generał spał w pokoju na piętrze, zaś Barbara Ch. na parterze. Wszystkie poprzednie opiekunki spały na górze, w pokoju obok sypialni gospodarza.
 „Usłyszałam, że ktoś schodzi ze schodów i myślałam, że to chyba pan Jurek. Trochę się zdziwiłam, ale nie wstałam. Zobaczyłam, że ktoś się nade mną pochyla, zobaczyłam twarz w czapce kominiarce. Zaczęłam krzyczeć i chciałam wstać. W pokoju było ciemno. Nie wiem, skąd wzięła się druga osoba, obaj ubrani byli na ciemno, mieli na twarzach kominiarki. Ściągnęli mnie z łóżka na podłogę, przydusili poduszką, żebym nie krzyczała. Jeden z nich powiedział „niech pani nie krzyczy, nie będziemy gwałcić”.
Zamaskowani mężczyźni wyrywali sznur z nocnej lampki i skrępowali nim ręce Barbary Ch. Jeden z nich powiedział:  – Nie krzycz, nic wam nie zrobimy.
– Puśćcie mnie, to wam pokażę, gdzie są pieniądze –  kobieta zeznała potem, że sama powiedziała napastnikom. Wskazała im pokój gościnny i regał z książkami.
„W pokoju gościnnym było już kilka osób, wszyscy w kominiarkach i rękawicach ciemnych, bawełnianych. Było ich chyba trzech, czwarty mnie wprowadził do tego pokoju. (…) Słyszałam też, że po całym domu ktoś chodzi, i że szukają czegoś. Myślę, że widziałam chyba siedem osób, trudno mi powiedzieć, ile dokładnie, gdyż wszyscy chodzili po pokojach w całym domu” – zeznała.
Kobieta zaczęła tłumaczyć napastnikom, że pieniądze są w książce, jednak nie wie, w której. Jeden z mężczyzn pokazuje jej łom i stwierdza: – Jak nas oszukasz, to jak cię pierdolnę. A nożyki też mamy ostre. Jest bardziej agresywny od pozostałych, a jednocześnie najniższy z nich. Ma około 165 cm wzrostu.
Bandyta  zabrał kobietę do kuchni, skrępował kablem odciętym z termy i zaprowadził ją do piwnicy. Przywiązał Barbarę Ch. do stołu i rozpoczął swego rodzaju przesłuchanie. Nie krzyczał, nie stosował przemocy. Cały czas pytał tylko o dwie rzeczy, czy generał ma pieniądze i broń. Nie interesowało go nic innego. Po jakimś czasie na prośbę Barbary Ch. zostawił ją na jakiś czas samą i przyniósł papierosa. „Nie wiedziałam, co mnie czeka, więc błagałam ich, żeby mi dali spokój i darowali życie”.
Kobieta zapamiętała, że sprawca miał na głowie pończochę lub rajstopy. Sądząc z głosu, mógł mieć około 30 lat, był dość wysoki, zaś na nogach miał masywne buty „traperki”.
W pewnym momencie ktoś zagwizdał na podwórku, i dosłownie w tej samej chwili mężczyzna wstał i wyszedł. Pozostali zrobili to samo. Po chwili wrócili po coś, a następnie ostatecznie opuścili budynek. Zapadła cisza.
„Jak się rozwiązywałam, to słyszałam, jak pan Fonkowicz woła mnie: „Baśka ratunku!”. Wołanie to coraz bardziej cichło. Zanim się rozwiązałam, to to wołanie całkiem ucichło. Poszłam powoli na piętro, do pokoju pana Jurka. Zobaczyłam, że leży na łóżku, twarzą do łóżka, przykryty był poduszką. Jak odsunęłam poduszkę, to zobaczyłam, że na głowę ma zaciągniętą bluzę od piżamy. Nie ruszał się już i nie oddychał”.
Barbara Ch. zeznała później również, że widziała po drodze, że kable telefonu są poprzecinane. Kobieta wróciła do piwnicy i czekała aż się rozwidni. Bała się, że jeśli wyjdzie z domu, to ukryci w krzakach przestępcy ją zabiją. Rano przez płot dostała się na teren sąsiedniego Domu Rencisty.
Widziała bandytów
Już w czasie śledztwa policjanci znaleźli świadka, który niejako uzupełnił zeznania złożone przez Barbarę Ch. Pracownica Domu Rencisty PAN zeznała, że w wieczór napadu zaobserwowała tajemnicze pojazdy: „Słyszałam, jak podjeżdżały samochody (…) zahamowały przed Domem Rencisty, a potem ruszyły z dużą prędkością i skręciły w ulicę Wągrodzką, tam gdzie był dom pana Fonkowicza. (…) Ja to widziałam, jak samochody się zatrzymały. Jeden samochód był samochodem dobrej klasy, drugi chyba diesel. Ten samochód dobrej klasy ostro ruszył, miał dobre przyspieszenie, hamował. Nie wiem, jakich marek były te samochody. W pierwszym samochodzie, tym dobrej klasy, według mnie były cztery osoby. Nie wiem, czy to byli mężczyźni, czy kobiety. Wyraźnie słyszałam cztery uderzenia drzwiami, a w drugim trzy. (…) Zaczęły wtedy szczekać psy na posesji pana Fonkowicza. Po chwili psy na posesji pana Fonkowicza ucichły, natomiast zaczęły wyć psy na sąsiednich posesjach”. Kobieta zapamiętała nawet godzinę: „Wiem, że się spieszyłam na wiadomości o 23.10”.
Co ciekawe, jej zeznanie pozwala określić, jak długo sprawcy przebywali w domu. Około 1.00 w nocy słyszała bowiem, że samochody odjeżdżają.
Zeznania pracownicy Domu Rencisty są o tyle wartościowe, że nawet po latach, podczas procesu w 2009 roku, kobieta powtarzała je z pełnym przekonaniem:  – Do dziś widzę te przesuwające się cienie.
Barbara Ch. twierdziła, że nie słyszała ani samochodów, ani szczekania psów, choć jak sama przyznała – szczekały na każdego. W jeszcze kilku miejscach jej zeznania różnią się także od ustaleń śledztwa. Prawdopodobnie stres, jakiemu była poddana kobieta, zniekształcił jej wspomnienia.
Tortury przed śmiercią
Pierwsi policjanci przyjechali na miejsce zdarzenia w środowy poranek, około 7.00 rano. Pies policyjny podjął trop i zaprowadził śledczych od domu, do przeciętej siatki ogrodzeniowej, a następnie obrzeżami Konstancina na drugi koniec miejscowości. Jeszcze przy płocie zabezpieczono rajstopy koloru czarnego, a na nich włosy. Dalej kolejno – w odstępach kilkudziesięciometrowych – rajstopy koloru brązowego,  parę szarych skarpet i łom.
Z oględzin domu wynikało, że sprawcy wyłamali lufcik w oknie tarasu i w ten sposób sięgnęli do drzwi prowadzących do pokoju. W tym miejscu zabezpieczono ślady rękawic oraz odciski palców.
Dom został splądrowany. Książki wysypane z regałów utworzyły pryzmę wysoką prawie na metr. Pokój generała na piętrze został również przetrząśnięty. Na podłodze leżał stos dokumentów i książek, na których dobrze zachował się ślad obuwia. Sprawcy wyrwali nawet ze ściany gniazdko elektryczne.
Wrażenie robią zdjęcia konstrukcji z przewodów elektrycznych, drąga i taśmy izolacyjnej, którymi bandyci unieruchomili Jerzego Fonkowicza. Nie przypominało to typowego miejsca napadu, gdzie liczy się czas i szybkość sterroryzowania ofiary. Było to raczej miejsce przesłuchania.
„Zwłoki mężczyzny leżą ułożone w pozycji na brzuchu na brzegu metalowego łózka (…). Kończyny dolne ułożone są wzdłuż osi tułowia – związane powyżej kostek dwużyłowym kremowo- białym przewodem elektrycznym”.
Ręce były skrępowane z tyłu, kablem ze słuchawki telefonu, kabel dodatkowo oklejony taśmą izolacyjną. Tą samą taśmą doklejony drążek, ułożony skośnie przez ciało. Drugi drąg wsunięty pod prawy bark. Wokół szyi kabel, którym głowa mężczyzny została niejako przytwierdzona do łóżka.
„Bezpośrednią przyczyną śmierci Jerzego Fonkowicza była ostra niewydolność oddechowo – krążeniowa, do rozwinięcia się której doszło w następstwie złamań prawie wszystkich żeber po stronie lewej klatki piersiowej, ze stłuczeniem ściany klatki piersiowej, z rozerwaniem opłucnej. Tego typu obrażenia rusztowania klatki piersiowej nawet w przypadku przeżycia, nawet w odniesieniu do osoby młodej i zupełnie zdrowej, wymagają udzielenia natychmiastowej pomocy lekarskiej i hospitalizacji, gdyż w przeciwnym wypadku prowadzą do ostrej niewydolności oddechowej kończącej się zgonem.”– tyle protokół sekcji zwłok.
Robert Duchnowski, emerytowany policjant i ekspert kryminalistyczny, przyznaje, że generał Jerzy Fonkowicz prawdopodobnie był torturowany. Uciskając klatkę piersiową drewnianym drągiem, zadawano mężczyźnie ból. Inspektorowi Duchnowskiemu ten opis i zdjęcia nasuwają wspomnienie gabinetu Piotra Jaroszewicza, który – przymocowany do fotela – również na pierwszy rzut oka wyglądał, jakby spał.
– Nie zdziwiłbym się, gdyby to zrobiła ta sama grupa przestępcza – stwierdza po przejrzeniu fotografii z miejsca zbrodni.
Notatka aspiranta

Co skradziono? Na pewno nie było w domu dużej ilości gotówki. Emerytura Jerzego Fonkowicza wpływała na bankowe konto, zaś pieniądze w miarę potrzeb dowoziły córki generała.  Dzięki ich zeznaniom wiemy, że w dniu napadu w domu mogło być około 300 zł.

Na pewno skradziono telewizor sony, srebrne sztućce, order przyznany przez prezydenta Finlandii, oraz starodruki. Lista niemieckich książek z XVI i XVII wieku, liczy trzy strony formatu A4.  Co ważne, córka Jerzego Fonkowicza wskazała, że nie zginęły wszystkie książki, ani nie najcenniejsze, ale gabarytowo największe.

Z domu zabrano również dwa pistolety: Mauser 7,65 mm, który był pamiątką z czasów wojny, oraz Walter 7,65 mm, z którym Jerzy Fonkowicz się nie rozstawał, i który każdej nocy leżał pod poduszką. Córka wskazała, że generał chorował na chorobę Parkinsona i miał problem z chwyceniem pistoletu, jednak czuł się z nim bezpieczniej.

W domu nie było też cennych pamiątek, ponieważ od czasu poprzedniego napadu w 1995 roku, generał przechowywał je gdzie indziej. W aktach sprawy brak niestety informacji, co było tymi cennymi pamiątkami, i gdzie zostały zdeponowane.

Moi rozmówcy wspominają, że śledztwo w sprawie napadu na dom generała Fonkowicza było dla piaseczyńskiej policji priorytetowe. Grupa operacyjna powołana do tej sprawy miała wolną , jeśli chodzi o wszelkie działania.

Już w dniu ujawnienia zabójstwa generała aspirant S. z Wydziału Kryminalnego Komendy Rejonowej w Piasecznie sporządził notatkę, w której zrelacjonował zeznania pierwszych świadków. Tyle, że samochód nieznanej zachodniej marki, z koloru ciemnoczerwonego nagle zmienił się w wiśniowego poloneza. Policjant wspomniał także o wyglądzie osób, które obserwowały dom, ale  ich rysopisy  także się zmieniły. Stały się dokładniejsze. Na koniec aspirant S. napisał: „Na podstawie rysopisów, sposobu działania sprawców, pojazdu, którym się poruszali, oraz analizy spraw podobnych zaistniałych na terenie Konstancina oraz terenu przyległego, można przypuszczać, że sprawcami przestępstwa była grupa osób podejrzewanych o dokonywanie włamań i napadów rabunkowych. W skład wspomnianej grupy wchodzą: (…)”. Dalej następuje lista nazwisk i adresów mężczyzn z Warszawy i Piaseczna.

Na początku 1998 roku, czyli po około 3 miesiącach śledztwa, policjanci zatrzymali wszystkich wymienionych w notatce aspiranta. Podczas przesłuchań wypytywali m.in. o rottweilera, którego zapamiętali sąsiedzi i gosposia generała. Nie znaleźli go. Z drugiej strony podejrzani nie potrafili przedstawić sensownego alibi na czas napadu. Porównano odciski palców z zabezpieczonymi w domu generała. Bez skutku. Podobnie bez rezultatu analizowano, czy zabezpieczone włosy są tożsame z włosami podejrzanych.

Ostatecznie zarzuty postawiono: Jackowi D. z warszawskiej Pragi, posiadaczowi poloneza w kolorze wiśniowym, karanemu za włamania; Piotrowi R. ps. „Gruby” z warszawskiego Ursusa, wcześniej sądzonemu za rabunki, pobicia i zgwałcenie dwóch kobiet, które w wyniku tych czynów zmarły; Stanisławowi W. z Piaseczna Tomaszowi M. ps. „Makso” z Chylic oraz Marcinowi B. z Piaseczna, karanemu wcześniej za gwałty.

W przypadku tej piątki, decydującym dowodem były badania osmologiczne. Zapach pobrany od podejrzanych został połączony przez specjalnie wyszkolone psy z zapachem zdjętym z zabezpieczonych na miejscu zdarzenia rajstop, skarpet i sznurów, którymi skrępowano Jerzego Fonkowicza i Barbarę Ch.

Notatka sporządzona przez aspiranta S. wskazywała na jeszcze trzech mężczyzn, jednak ich zapachu psy nie rozpoznały.

Kozioł ofiarny

Trzy tygodnie po śmierci generała Fonkowicza, jego córka odkryła, że ktoś zrealizował czek, który znajdował się w domu w dniu napadu. Sprawcy nie trzeba było długo szukać; podpisał się na czeku własnym imieniem i nazwiskiem, i wylegitymował dowodem osobistym.

Artur K., został bardzo szybko zatrzymany, a następnie tymczasowo aresztowany. Postawiono mu zarzut udziału w napadzie na dom generała. Dowodem miał być czek oraz wyniki badania osmologicznego. Policyjne psy wskazały, że zapach Artura K. jest zgodny z zapachem zostawionym na parze skarpet, które znaleziono na domniemanej drodze ucieczki sprawców napadu i zabójstwa.

Ten wątek wydaje się najbardziej kuriozalny. Artur K. Był, mówiąc kolokwialnie, drobnym pijaczkiem z warszawskiego Śródmieścia. Opuścił właśnie więzienie, gdzie odbył karę za ordynarne rozboje, podczas których z kolegami, grożąc kijem do bejsbola, okradał na ulicy przypadkowe osoby.

Artur K. podczas całej sprawy uparcie trzymał się jednej wersji. Nie zna podejrzanych, nigdy nie był w Konstancinie. W dzień po napadzie na generała Fonkowicza pił z rodzicami. Gdy skończył się alkohol, wyszedł do sklepu. Gdzieś po drodze zaczepił go znany mu z widzenia człowiek, który przedstawił się jako „Darek”: – Jesteś głodny kasy? Możesz zarobić.
Propozycja „Darka” była prosta. Artur K. zrealizuje czek na 300 zł, za co zainkasuje jedną trzecią tej kwoty. Czek wypełnił „Darek”. Artur K. tylko się podpisał.
Biegły z zakresu grafologii stwierdził, że czek nie został wypisany przez Artura K., ani przez pozostałych podejrzanych, ani też przez osoby z rodziny Jerzego Fonkowicza. Uprawdopodobnia to zeznania Artura K. Sąd Okręgowy w Warszawie uniewinniając mężczyznę, obalił także dowód w postaci osmologii: „Trudno jest zdefiniować logiczny związek przedmiotowych skarpet i ich obecności w tym miejscu z samym rozbojem”. Szczególnie jeśli dodamy, że skarpety znaleziono w lesie z dala od domu, w którym doszło do napadu, a według zeznań pracownicy Domu Rencisty PAN sprawcy nie uciekli pieszo przez las, tylko odjechali samochodami.
Ale co najważniejsze, trzeba przyznać, że już sam pomysł, że ktoś dokonuje napadu na dom i następnego dnia realizuje czek, legitymując się przy tym własnym dowodem osobistym i zyskuje 300 zł za cenę dekonspiracji, jest co najmniej dyskusyjny.
Artur K. być może wziąłby udział w napadzie na dom generała Fonkowicza. Tyle, że zawodowi przestępcy, działający w sposób planowy i gotowi zabić, nie zaproponowaliby udziału w takiej akcji alkoholikowi.
I ostatnia ciekawostka. Artur K. podczas całego postępowania uparcie twierdził, że wcześniej widywał już „Darka” w centrum Warszawy i byłby go w stanie rozpoznać. Czy ktoś skorzystał z tej propozycji? W aktach brak na to śladów.
Wszyscy uniewinnieni
Wskutek decyzji sądu, który na krótko uchylił areszty wszystkim podejrzanym – poza Arturem K. – podczas pierwszego procesu sądzono jedynie jego oraz Marcina B. Pozostali ukryli się przed wymiarem sprawiedliwości. Sąd przeanalizował materiał dowodowy w przeciągu dwóch miesięcy i w maju 1999 roku uniewinnił oskarżonych.
Podważone zostały w całości badania osmologiczne: „Zdaniem sądu wyniki identyfikacji osmologicznej z uwagi na ich niepewność powinny być potwierdzone innymi dowodami przeprowadzonymi w konkretnej sprawie”. Jako jaskrawy przykład wskazano fakt, że na kablu od termy, którym skrępowano Barbarę Ch. ślad zapachowy należał do dwóch podejrzanych, gdy wedle zeznań kobiety, przewodu dotykał tylko jeden napastnik.
„Nie można wykluczyć, że do pozytywnej weryfikacji w pewnych przypadkach dochodzi dlatego, że weryfikujący pies lub psy stykają się z tym samym materiałem dowodowym, na który nałożył się zapach pierwszego psa wykorzystanego do identyfikacji i w gruncie rzeczy identyfikują one zapach poprzedniego psa.”– stwierdził Sąd w uzasadnieniu wyroku.
Sąd Apelacyjny uchylił wyrok uniewinniający i nakazał dokładniej przeanalizować materiał dowodowy. Sprawiło to, że drugi proces polegał w dużym stopniu na ocenie, czy ślad zapachowy może być jedynym dowodem w sprawie.
Proces ten był modelowy, jeśli chodzi o przewlekłość postępowań przed polskimi sądami. Rozpoczął się w lutym 2003 roku, jednak z powodu ciągłego odraczania rozpraw, akt oskarżenia odczytano dopiero po czterech latach.

W trakcie procesu jeden z podejrzanych – Tomasz M. „Makso” zaginął wraz ze swym kolegą o pseudonimie „Postek”. Dopiero niedawno – w roku 2015 – Centralne Biuro Śledcze odnalazło grób mężczyzn na terenie Parku Kultury w Powsinie. Ustalono, że „Makso” padł ofiarą wojny pomiędzy podwarszawskimi grupami przestępczymi „Muła” i „Bukaciaka”.

2
W trakcie procesu jeden z podejrzanych – Tomasz M. „Makso” zaginął

Z gangu „Mutantów”

W aktach sprawy zabójstwa generała Fonkowicza natrafiłem na list, który napisał do prokuratury mężczyzna osadzony w jednej celi z Tomaszem M. Oto jego fragment: „Zwierzał się, będąc ze mną w celi, że brał udział w przygotowywaniu planu napadu na generała F. w Konstancinie i czynny w nim udział, nastąpiło jednak duże rozczarowanie, nie znaleźli łupów na jakie liczono, musieli zadowolić się drobiazgami. Wspominał o numizmatycznej kolekcji monet, oraz znaczków, z którymi mają problem, by je spieniężyć. Cały czas się przechwalał, że i tak muszą go zwolnić – nic na niego nie mają”.

Na ten sam list próbowała w czasie procesu zwrócić uwagę sądu córka generała: „Chciałam dodać, że kiedy czytałam akta sprawy, znalazłam notatkę dotycząca pana M. (…) Ta notatka wydawała mi się o tyle istotna, bo pojawiła się w niej informacja o znaczkach, które zginęły, a to nie zostało powiedziane przeze mnie, ani przez moją siostrę. Nie ukazywała się również w prasie, a my nie przekazywałyśmy o tym informacji”.

Kolejny podejrzany, Piotr R. „Gruby” został w podobnym czasie zastrzelony przez stołecznych policjantów. Jak się okazało, był członkiem „gangu mutantów”, i wraz z kolegą o pseudonimie „Fragles” brał udział w słynnej swego czasu strzelaninie na warszawskim Ursynowie.

1
Piotr R. „Gruby” został w podobnym czasie zastrzelony

Co jeszcze bardziej ciekawe, konkubina „Grubego” już po jego śmierci przyznała w sądzie, że rajstopy znalezione przy ogrodzeniu posesji generała należą do niej.

Również drugi proces zakończył się wyrokiem uniewinniającym, wydanym w grudniu 2009 roku. Ostatecznym ciosem w zebrany materiał dowodowy była opinia wydana przez eksperta, który przeprowadził badania osmologiczne w tej konkretnej sprawie: „Chciałem powiedzieć, że na dzień dzisiejszy moja wiedza z zakresu osmologii jest nieporównywalnie większa niż wiedza w roku 1997 – 1998 (…). Z tego powodu też stwierdzam, iż obecnie nie podtrzymuję żadnego z wniosków zawartych w wykonanych przeze mnie ekspertyzach (…).” – wyjaśnił ekspert. I dodał: „W ogóle wiedza osmologów w tamtym czasie była bardzo mała i uczyliśmy się, wykonując różne doświadczenia i eksperymenty. (…)  Mając na uwadze dzisiejszy stan wiedzy i rozwój kryminalistyki oraz osmologii, nie jestem w stanie zagwarantować, że przeprowadzone w ówczesnym czasie badania dały prawidłowe wyniki i są w pełni prawidłowe.”

Innych dowodów nie było.

W sprawie generała Fonkowicza bulwersuje fakt, że na mnóstwo pytań, które rodzą się podczas analizy akt, nie znaleziono odpowiedzi. Wiele wskazuje, że Tomasz M. „Makso” i Piotr R. „Gruby” brali udział w napadzie. Obaj mężczyźni, jak wynika z ich dalszej przestępczej „kariery”, byli związani z grupami przestępczymi Marka K. „Muł” i tak zwanym gangiem „Mutantów”.
Kto wyjaśni zbrodnię?
Zbierając materiały o tej zbrodni, spotkałem się z policjantem, który brał udział w śledztwie w sprawie zabójstwa generała Fonkowicza. Nie zgodził się na oficjalną rozmowę, jednak wyjaśnił, że nadal uważa, że przed sądem stanęli właściwi sprawcy. Eksperymenty osmologiczne właściwie w 100 procentach potwierdzały ich udział w napadzie. Jak wskazał mój rozmówca, zgadzały się nawet z podejrzeniami śledczych co do ról, jakie konkretne osoby pełniły w trakcie zdarzenia (zapach „Makso”, „Grubego” i Stanisława W. – psy łączyły z pokojem generała, pozostałych mężczyzn z gosposią).
 Na podstawie akt sprawy można założyć, że wytypowano właściwą grupę przestępczą. Mimo wszystkich wątpliwości dotyczących notatki aspiranta S. Jednak wiele wskazuje, że w domu generała było więcej osób. Świadkowie mówili o siedmiu osobach. Nie ustalono, do kogo należały odciski palców i włosy zabezpieczone na miejscu zdarzenia. Nie ustalono, kto wypisał czek.
Postęp technologii, system AFIS i wiedza dotycząca badań DNA sprawiają, że nadal istnieje szansa schwytania niektórych spośród zabójców generała Jerzego Fonkowicza. Tylko, czy ktoś spróbuje tę szansę wykorzystać, nim sprawa się przedawni?
Bartłomiej Mostek

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ