Kapłan i mafioso: Historia przyjaźni „Słowika” z kapelanem artystów

0
1197

  Publikujemy fragment książki Janusz Szostaka „Bandyci i celebryci”.

KSIĄŻKĄ TU DO KUPIENIA

Gdy rozmawiam z Jarosławem Sokołowskim o kontaktach „Pruszkowa” ze znanymi ludźmi, „Masa” nie ma wątpliwości: – „Pruszków” stał koło celebrytów, i tu się zdziwisz dzięki komu – stwierdza i nie czekając na moje pytanie, od razu dopowiada: – Dzięki księdzu Orzechowskiemu, który opiekował się duchowo aktorami i innymi celebrytami. Był kapelanem w Domu Aktora w Skolimowie. I to dzięki niemu „Słowik” poznał wielu celebrytów. Jemu takie znajomości imponowały, ale nie mnie. Ja miałem inne priorytety ‒ zaznacza były mafioso. – A „Słowik” bardzo lubił się pojawiać w otoczeniu sławnych ludzi. Biegał ciągle na jakieś wernisaże, koncerty czy premiery filmowe. Andrzej traktował księdza Orzechowskiego instrumentalnie, wykorzystywał go do własnych celów ‒ „Masa” nie ma złudzeń co do intencji dawnego kompana z gangu.–A duchowny nie zdawał sobie z tego sprawy, był łatwowierny. Ale to jest bardzo dobry i mądry człowiek, również miałem przyjemność go poznać ‒ podkreśla.

– Latałeś z księdzem do Jerozolimy tak jak „Słowik”?

– Nie zdarzyło mi się. „Słowik” bardzo chciał uchodzić za religijnego, stąd jego częste pielgrzymki do Ziemi Świętej.

Kazimierz Orzechowski to ksiądz i aktor w jednym. Zagrał w kilkudziesięciu filmach i dziesiątkach spektakli teatralnych.Pamiętne są jego role w serialu Złotopolscy, w Pannach z Wilka, Awanturze o Basię, Domu, W labiryncie, Człowieku z żelaza i wielu innych. Był też wieloletnim kapelanem Domu Aktora w Skolimowie i organizatorem pielgrzymek do Ziemi Świętej. W kilku z nich uczestniczył Andrzej Z., pseudonim „Słowik”.

„Słowik” ‒ z zawodu fryzjer, a z powołania gangster ‒ bardzo chciał uchodzić za intelektualistę. Aby sprawiać takie wrażenie, nosił okulary. Co sam przyznaje w książce Skarżyłem się grobowi…:

„Zawsze dbałem o to, żeby mieć dobre, markowe okulary. Zależało mi nie tylko na tym, żeby dobrze widzieć i interesująco wyglądać, ale żeby poprzez okulary nadać sobie wygląd osoby poważnej, statecznej. Chciałem, żeby postrzegano mnie raczej jako intelektualistę, a nie chuligana”.

Co znamienne, wielu znanych ludzi chwaliło się znajomością ze „Słowikiem”, uważając to za coś ekscentrycznego i będącego w dobrym tonie. A i on sam dowartościowywał się słynnymi znajomymi. Czego zresztą nie kryje w swojej książce. Wspomina w niej o Filipie W., synu byłego prezydenta Warszawy, który rzekomo bez pomocy „Słowika” nie kupi na akcjach żadnego dzieła sztuki. Chełpi się też, że pożycza pieniądze Andrzejowi Jaroszewiczowi, synowi premiera z czasów PRL-u. Opisuje swoją znajomość z jasnowidzem Krzysztofem Jackowskim. A także incydent z burdelu, skąd ponoć wygonił Andrzeja Gołotę. Twierdzi, że podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej zaprzyjaźnił się z aktorem Krzysztofem Kolbergerem. Według relacji „Słowika” mieszkali w jednym pokoju i opowiadali sobie swoje największe sekrety.

Dzięki znajomości z księdzem Orzechowskim Andrzejowi Z. niewątpliwie udało się wkręcić do śmietanki towarzyskiej. A jak w ogóle doszło do poznania księdza Kazimierza? Oddajmy głos „Słowikowi”, który tak wspomina to w swojej książce:

„Chciałem zawsze być człowiekiem dobrym, nie chciałem krzywdzić innych. Przez całe swoje świadome życie pragnąłem mieć księdza za przyjaciela. Miałby to być człowiek, który byłby dla mnie moralnym autorytetem, który pomógłby mi odnaleźć swoje miejsce w życiu, naprawić moją zbłąkaną duszę. I ja znalazłem takiego człowieka w osobie księdza Kazimierza Korybut Orzechowskiego. Następuje kolejny zwrot w moim życiu. Przyjeżdżam do Skolimowa do domu byłego aktora i poznaję księdza Kazimierza. Moje pierwsze spotkanie z księdzem Kaziem to była spowiedź. Ale nie zwykła spowiedź w konfesjonale, tylko szczera rozmowa w cztery oczy. A nawet nie rozmowa, tylko mój monolog. Ksiądz Orzechowski zabrał mnie do kaplicy i pozwolił mi przez godzinę mówić o wszystkim, co leży mi na duszy. Cierpliwie wysłuchał wszystkich moich grzechów, uwierzył w moją szczerą chęć naprawy, prowadzenia normalnego, uczciwego życia, takiego życia, abym mógł patrzeć ludziom prosto w oczy, aby nikt nie mógł mi niczego złego zarzucić. Postanowił mi pomóc. Każda następna spowiedź przebiegała podobnie. Długa, szczera rozmowa, bez zadawania krępujących pytań”.

Jak wyznaje „Słowik”, od tego spotkania zaczęła się jego przyjaźń z księdzem Orzechowskim, dzięki któremu gangster zaczął czytać literaturę piękną, bywać w teatrze oraz spotykać się z ludźmi kultury i sztuki. Co więcej, duchowny namówił mafiosa do studiowania Pisma Świętego ‒ zaowocowało to czterema wspólnymi pielgrzymkami do Ziemi Świętej. Ksiądz Orzechowski udzielił też sakramentu chrztu jego córce Sarze, którą „Słowik” miał z Jadwigą, kelnerką w jednym z warszawskich barów. Zresztą kapłan pobłogosławił ten nieformalny związek w Domu Aktora w Skolimowie. Związek, który jednak nie przetrwał próby czasu.

Tymczasem pewnego dnia gangster pojawił się w Skolimowie z Moniką, swoją późniejszą żoną. Andrzej Z. to zdarzenie tak odnotował w swoich wspomnieniach:

„I wtedy ksiądz Kazimierz zaproponował, że udzieli nam ślubu podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej. (…) Jak Pan Bóg pozwoli, ksiądz Kazimierz udzieli nam ślubu w miejscu niezwykłym ‒ w Nazarecie, w domu Jezusa Chrystusa. Nie tam, gdzie się urodził, nie tam, gdzie został ukrzyżowany i zmartwychwstał, ale w miejscu dla Niego najważniejszym ‒ w Jego domu rodzinnym. Tam, gdzie Maria została natchniona przez Ducha Świętego, a zwiastunem dobrej nowiny był Archanioł Gabriel, gdzie razem z Józefem wychowywali małego Jezusa”.

Andrzej i Monika mieli już jednak za sobą jeden ślub, który w 1995 roku wzięli w Las Vegas. Ale taki ślub to jak przyjęcie w McDonaldzie. Oboje marzyli o ceremonii kościelnej.„Nie chcę, aby nasz ślub był tylko symboliczny. Chcę, aby to był legalny ślub, honorowany przez Kościół” ‒ wyznał „Słowik”.

Tymczasem zaczęły się piętrzyć trudności i niewiele brakowało, a uroczystość nie odbyłaby się w Nazarecie. Kryminalna przeszłość „Słowika” sprawiła, że ambasada Izraela zatrzymała paszporty wszystkich uczestników pielgrzymki, podczas której miało dojść do zawarcia małżeństwa. Gangster był zdruzgotany:

„Przeze mnie na pielgrzymkę mają nie pojechać zacni ludzie, sławni aktorzy, ludzie kultury. Pomaga mi ksiądz Kazio i grono jego przyjaciół. Poznaję Prymasa Polski Kardynała Józefa Glempa, któremu muszę tłumaczyć całą sytuację. To wtedy poznaję Szymona Szurmieja, którego interwencja wystarczyła, żebyśmy odzyskali paszporty i żeby pielgrzymka doszła do skutku”.

W tym momencie wydawało się, że nic już nie przeszkodzi zakochanym w zawarciu sakramentu małżeństwa. Tymczasem kustosz bazyliki odmówił podpisania aktu ślubu, gdyż młodzi nie mieli ze sobą paszportów, które zostały w sejfie u sióstr elżbietanek, posiadali jedynie kopie dokumentów. Sytuację uratował ksiądz Kazimierz ‒ przekonał kustosza, by nie stawał na drodze do szczęścia Moniki i Andrzeja:

„Obaj jesteśmy kapłanami ‒ jeżeli nie pozwolisz mi udzielić ślubu tym dwojgu, to swoje kapłaństwo wyrzuć do kosza, nie będzie ono nic warte”.

„I to wystarczyło. Otwiera bramy kaplicy znajdującej się w Świętej Grocie Nawiedzenia Maryi. Przy dźwiękach muzyki wchodzimy do domu Chrystusa i w obecności pielgrzymów ‒ świadków ‒ ksiądz Orzechowski wraz z księdzem Ireneuszem i wikariuszem lubelskiej parafii udziela nam ślubu. Po tylu przeszkodach, problemach Pan Bóg pozwala mi wziąć ślub w takim miejscu. W tej małej grocie, w której żyła rodzina Jezusa Chrystusa. Najważniejszym miejscu dla Niego i Jego rodziny. I najważniejszym dla mnie. Mam swoją wymarzoną rodzinę. Wziąłem ślub z ukochaną kobietą, która po latach urodzi mi syna” ‒ tak „Słowik” wspomniał to wydarzenie w książce Skarżyłem się grobowi…

Był wówczas 2000 rok, po ślubie Monika Zielińska przyjęła nazwisko męża: Banasiak. On z kolei wziął jej nazwisko rodowe. Mimo przysięgi przed ołtarzem w tak wyjątkowym miejscu ich małżeństwo nie przetrwało. Kilka lat później Monika związała się z ukraińskim gangsterem Wladislawem S. „Słowik” siedział wówczas w radomskim więzieniu.

Okazuje się, że także ksiądz Orzechowski miał niełatwy epizod za murami więziennymi. Wówczas pomocną dłoń wyciągnął do niego nie kto inny, jak Andrzej Z.

„Ten szlachetny człowiek podjął wyzwanie bycia kapelanem więziennym, podjął próbę nawracania największych przestępców, ludzi bez wiary i skrupułów. Wyobraźcie sobie mszę świętą w więzieniu. Skazańcy z całego więzienia przychodzą tu nie po to, aby się modlić, spotkać z Bogiem. Oni przychodzą tam, aby załatwić sprawy, których nie załatwią w celi. Podczas mszy świętej handluje się papierosami i narkotykami, wymienia grypsy, gwałci cwela. Więźniowie kłócą się, bluźnią, nikt nie zwraca uwagi na księdza i ofiarę mszy świętej”.

Załamany postawą skazańców ksiądz Kazimierz zwrócił się o pomoc do „Słowika”, bo nie wiedział, jak okiełznać to niesforne towarzystwo. Rada gangstera była prosta:

„Ze wszystkich więźniów, którzy są na mszy, wybierz tego, który Ci najbardziej przeszkadza, największego bandytę. Zaproś go do ołtarza i powiedz: »Chciałbym, żebyś grypsował z tego miejsca, tak, żeby cię wszyscy słyszeli. Nie grypsuj po cichu za plecami kolegi, nie grypsuj jak tchórz. Grypsuj z podniesioną głową. Ja ciebie bardzo szanuję, lubię, jak grypsujesz, bo podobno jesteś dzięki temu bardziej szanowany. Ale teraz mi przeszkadzasz«. Tylko pamiętaj, zawsze wybierz tego najgorszego. Jemu pierwszemu udziel Komunii Świętej, pozwól, aby on podawał opłatek innym więźniom. Pomimo tego, że są to przestępcy, są to ludzie, którzy mają swoją godność. Uszanuj to. Nie rób tego, co robią służby więzienne. Nie poniżaj tych ludzi, nie zadawaj im niepotrzebnych pytań. Staraj się ich słuchać, bo oni tego potrzebują (…)”.

Rada „Słowika” okazała się skuteczna. Duchowny wybrał najbardziej uciążliwego więźnia i poprosił go, aby pomógł mu zaprowadzić porządek: „Chciałbym tak jak ty grypsować, tylko że ja, jako kapłan, nie mogę robić tego w taki sposób jak ty. Chciałbym móc robić to jako kapłan, na swój sposób. Nie chciałbym tobie przeszkadzać, ale i ty nie przeszkadzaj mnie. Pomóż mi w tym. Ty grypsujesz, jesteś człowiekiem honorowym, masz obowiązek pomagać swoim kolegom”.

Efekt był piorunujący, ksiądz Orzechowski zyskał szacunek więźniów i stał się ich największym przyjacielem. Nie musiał już nigdy więcej nikogo uciszać ani prosić o pomoc (…).

Janusz Szostak

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ