Jak pruszkowscy gangsterzy okradali króla złodziei

1
2894

W książce „Od pakera do gangstera” Jarosław Sokołowski „Masa” wspomina czasy swojej młodości w Pruszkowie.

KSIĄŻKĄ TU DO KUPIENIA

Droga „Masy” do najgroźniejszej grupy przestępczej w historii Polski prowadziła przez bramki w lokalnych dyskotekach i knajpach. 17-letni Jarek zaczynał karierę bramkarz w dyskotece „Pałacyk”. Tam poznał pruszkowskich urków, co pozwolił mu zmienić lokal na lepszy.

 Wspólnie wypity alkohol sprawił, że starzy polubili małolat Jarka: –   Szczególnie „Krzyś”  i „Góral”, i  oni mi wtedy zaproponowali pracę bramkarza Pod Sosnami w Komorowie. Oni sami też byli bramkarzami. Często chodzili Pod Sosny na balety, i tak się dali we znaki ajentowi, że ich w końcu zatrudnił jako ochronę.

Pod Sosnami pojawiało się wielu mniej lub bardziej znanych gości, gdyż lokal przyciągał dobrą kuchnią i innymi atrakcjami.

Jednym ze stałych bywalców był Zdzisław Najmrodzki, znany szerzej jako „Saszłyk”, król złodziei samochodów. Głównie polonezów. Gdyż Najmrodzki miał swój patent na te auta, których rzekomo ukradł około 200, jak doliczył się tego nieżyjący już dziennikarz Janusz Atlas. Patent polegał na odklejaniu lub wydłubywaniu uszczelki tylnego okna. W ten sposób zniknął między innymi polonez Ireneusza Sekuły, wówczas ministra pracy i spraw socjalnych. Sekuła wiele lat później, jak twierdzi „Masa”, zginął z rąk starych pruszkowskich. Ale z „Saszłykiem” nie miało to już nic wspólnego.

Ten zaś co prawda specjalizował się w polonezach, ale dla własnego użytku najchętniej kradł fordy i bmw.

Jednak prawdziwą sławę przyniosły Najmrodzkiemu jego brawurowe ucieczki z rąk milicjantów, konwojentów lub strażników więziennych, z sądów i zakładów karnych. Łącznie zaliczył 29 ucieczek!

Tym, co kochał najbardziej, oprócz ‒ rzecz jasna ‒ wolności, były samochody i dobre jedzenie. Siedząc w celi, potrafił godzinami opowiadać, gdzie, kiedy i czym go nakarmiono. Zresztą jego przestępczy pseudonim miał konotacje gastronomiczne. Ksywa pochodziła od jego ulubionej potrawy, ale też od wady wymowy, której nabawił się jako małolat po upadku z drzewa.

Pod Sosnami Najmrodzki odwiedzał kelnera Wacława W., który był dla niego kimś w rodzaju guru. Bowiem pan Wacek w wolnych chwilach zajmował się też oszustwami, i to zbliżyło do niego „Saszłyka”.

‒ Wacek to był dystyngowany gościu, taki kelner z wyższej półki – ocenia po latach „Masa”. ‒ Na takich kelnerów to się kiedyś mówiło „parasol”. Do nich miało się szacunek. Bo kiedyś kelner w dobrej knajpie to był gość, tak jak dziś polityk ‒ rzuca ekspresyjne porównanie były gangster i dodaje: ‒ Przecież niektórzy kelnerzy z Forum czy Victorii mają dziś potężne firmy.

Sokołowski przyznaje, że czasami jemu też zdarzało się „pić wódeczkę u Wacka”, i nie kryje, że był to dla niego zaszczyt, czego z kolei „Saszłyk” dostępował za każdym razem, gdy tylko pojawił się Pod Sosnami.

O ile „Saszłyka” z Wackiem łączyły przyjacielskie relacje, to panicznie bał się „Dzikusa” i Pawlika.

‒ Oni mu zawsze zabierali jakieś fury ‒ wspomina „Masa”. ‒ Na moich oczach zarekwirowali mu poloneza, fiata mirafiori.

Wyglądało to tak, że Pawlik przynosił kartkę papieru, długopis i komenderował: ‒ Pisz, kurwo, umowę, no szybko pisz.

I „Saszłyk”, chcąc nie chcąc, podpisywał umowę sprzedaży samochodu, choć pieniędzy nigdy nie oglądał. Innego wyjścia raczej nie miał. Na pomoc milicji nie mógł liczyć. Miał zgłosić, że ukradziono mu samochód, który on wcześniej komuś podprowadził? Wiadomo, że najłatwiej i najbezpieczniej okraść złodzieja. Tę metodę pruszkowscy z rozmachem potem stosowali przy napadach na tiry przemytników.

Teoretycznie „Saszłyk” mógł się postawić Pawlikowi i „Dzikusowi”. Tyle że efekt takiej konfrontacji raczej nie byłby dla niego korzystny.

‒ Kiedyś byłem świadkiem, jak go skatowali na parkingu, bo się im stawiał ‒ wspomina „Masa”.

Mimo takiego traktowania „Saszłyk” i tak wracał Pod Sosny, bo Pawlik i „Dzikus” nie zawsze tam byli, ale jak już trafili na Najmrodzkiego, to było z nim kiepsko.

‒ 30 razy przyjechał do Wacka na obiad i ich nie spotkał, ale za 31. razem byli i go oskubali ‒ „Masa” wspomina wizyty Najmrodzkiego. ‒ On dużo pił i dużo świrował. Żył bardzo szybko. Napił się, zjadł kotleta schabowego i już był wesoły, i wtedy niepotrzebnie wchodził w gadkę z Pawlikiem i „Dzikusem”. A oni bezwzględnie go okradali, nie tylko z samochodów.

Po każdej takiej akcji „Saszłyk” skarżył się Wackowi. A Wacuś starał się załagodzić konflikt: ‒ No co wy, panowie, odpierdalacie, to porządny chłopak. Dajcie już mu spokój.

‒ No dobra, stało się i więcej tego nie będzie ‒ obiecywał Pawlik i się blatowali z „Saszłykiem”.

‒ Zupełnie niepotrzebnie, bo jakby się kłócili, to on by ich unikał. A te blaty w ich wykonaniu to był taki kit wobec Wacka. On zawsze ich jakoś pogodził i miał nadzieję, że już ostatni raz pobili i okradli „Saszłyka”. To było złudne niestety, bo „Saszłyk” był dla nich chujem i okradali go notorycznie ‒ ocenia „Masa” i po chwili dodaje: ‒ Czemu uważali go za chuja? Bo miał pieniądze i trzeba było wykręcić aferę, aby mu je zabrać.

Jednak w połowie lat 80. „Saszłyk” przestał się pojawiać Pod Sosnami. Wtedy miała miejsce jego ostatnia wpadka. Był to rok 1984 i Najmrodzki, wracając z Mazur, nie zatrzymał się do rutynowej kontroli milicyjnej, choć nie miał ze sobą niczego trefnego. Jego bmw ‒ co prawda ‒ było kradzione, ale miało doskonałe papiery. Rozpoczął się szaleńczy 200-kilometrowy pościg, o którego losach bynajmniej nie przesądziły rozstawiane zapory ‒ „Saszłyk” omijał je niczym w amerykańskich filmach ‒ lecz celny strzał w oponę.

Potem trafił przed oblicze sądu, który jego działalność wycenił łącznie na 20 lat pozbawienia wolności. Tym razem za kratami był pilnowany lepiej niż Al Capone. Nie było szans na normalną ucieczkę. Wykorzystał więc inną możliwość, jednak dopiero po 11 latach odsiadki. Bowiem w 1994 roku prezydent Lech Wałęsa skorzystał wobec niego z prawa łaski. Prof. Lech Falandysz, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, na pytanie, dlaczego ułaskawiono zatwardziałego recydywistę, odparł krótko:

Skoro ludowa władza mogła amnestionować Piotrowskiego i innych morderców księdza Popiełuszki, to prezydent mógł ułaskawić Najmrodzkiego, wprawdzie przestępcę, ale nie bandytę.

Rok wcześniej prezydent Wałęsa skorzystał z prawa łaski wobec Andrzeja Z. „Słowika”. Sam gangster twierdził, że ułaskawiono go za łapówkę w wysokości 150 tys. dolarów.

Czy i ile za wolność musiał zapłacić Zdzisław Najmrodzki, tego się nigdy nie dowiemy.

W rok po ułaskawieniu zderzył się pod Mławą rozpędzonym bmw z ogromną ciężarówką liaz. Auto okazało się kradzione, numery rejestracyjne i dowód osobisty – sfałszowane. Ale najgorsze było to, że w rozbitym aucie zginęło dwóch synów przyjaciela „Saszłyka”: 12-letni Marcin S. i 14-letni Tomasz S., których Najmrodzki zabrał na przejażdżkę. Sam też zginął na miejscu, miał wówczas 41 lat.

Janusz Szostak

 

 

 

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ