ZABIŁ ŻONĘ A ZAPŁACI ZA TO POLICJA?

1
Woman victim of domestic violence and abuse. Husband intimidates his wife. Focus on the arm with a belt

Zbigniew K. byłej żonie zadał kilkanaście ciosów bagnetem i nożyczkami. Kobieta nie zmarła od razu. Sadystyczny morderca napawał się cierpieniem, obserwował, jak powoli gaśnie jej życie, po czym zawinął zwłoki w dywan. Dla odwagi pociągnął jeszcze duży łyk wódki, ubrał mundur policyjny i poszedł do pracy.

Ta tragedia rozegrała się w 2004 roku w Koninie. Teraz po 12 latach sprawa ponownie trafiła na sądową wokandę, tym razem przed sądem cywilnym toczyć się będzie proces o odszkodowanie za śmierć matki, ale pozwanym nie jest morderca, tylko jego pracodawca, czyli policja.

To morderstwo wstrząsnęłoby opinią publiczną w Polsce, gdyby media ogólnopolskie o niej pisały. Niestety morderca był policjantem i temat był skrzętnie ukrywany przez samych mundurowych. O morderstwie bardzo lakonicznie wspomniała tylko lokalna gazeta. Za to w Koninie mieszkańcy przez kilka dni mówili tylko o tej tragedii. Niestety historia przekazywana z ust do ust obrosła w wiele nieprawdziwych informacji. Policja prawdopodobnie na takiej polityce informacyjnej straciła o wiele bardziej, niż gdyby sprawa została rzetelnie przedstawiona, jak w przypadku innych morderstw, gdy przestępcami nie są mundurowi.

Pił, bił i wyzywał

 Fakt, że Zbigniew K. był policjantem, zaważył nie tylko na polityce informacyjnej policji, ale również odegrał istotną rolę w całej tragedii. Gdyby pijak, damski bokser, sadysta znęcający się nad żoną i dziećmi nie był policjantem, to na pewno trafiłby za kraty o wiele szybciej i do morderstwa by nie doszło.

Małżeństwo państwa K. nie należało do udanych. Kłótnie i awantury zaczęły się prawie od razu po ślubie, a przyczyną zawsze był alkohol. Gdy po latach pytam znajomych Zbigniewa K. o jego problem z alkoholem, to wszyscy mówią jedno – Zbigniew K. nie pił, on w zasadzie nie przestawał pić. Trudno było znaleźć chwile, w których był trzeźwy.

Aż trudno uwierzyć, że biedna kobieta w takich warunkach zdecydowała się na dwójkę dzieci. Niestety sprawa o przemoc nigdy nie trafiła do sądu i zapewne wiele szczegółów z życia rodzinnego – zamienionego w koszmar przez Zbigniewa K. – nigdy nie ujrzy światła dziennego.
Małżeństwo zakończyło się rozwodem dwa miesiące przed morderstwem. Niestety z powodu trudnej sytuacji finansowej Zbigniew K. pozostał we wspólnym mieszkaniu z byłą żoną i dziećmi. Kobieta tak bardzo bała się mężczyzny, że w drzwiach do pokoju swojego i dzieci założyła zamki. Kiedy zaczynały się awantury, pijany oprawca potrafił dobijać się do drzwi, walić w nie pięścią oraz kopać. Na całe gardło wykrzykiwał obraźliwe słowa pod adresem byłej żony, ale również dzieci.
Gardził rodziną
Na procesie karnym – po zabójstwie Beaty K. – jako świadkowie zeznawali dwaj synowie. Byli wówczas bardzo młodzi, Andrzej miał 14 lat, a Marek tylko 12 lat. Tak bali się ojca, że ich przesłuchanie było możliwe dopiero wówczas, gdy sędzia zdecydował się usunąć ojca z sali.
– Ty kurwo! – tak najczęściej do żony zwracał się Zbigniew K. Przerażające, że zeznawały to dzieci, opisując własnego ojca.

Z zeznań chłopców rysuje się prawdziwy obraz gehenny, jaką zgotował oprawca swojej rodzinie. Synowie byli świadkami, jak ojciec znęcał się nad matką, wyzywał, bił i ciągle straszył, że ją zabije. Nie lepiej odnosił się do swoich dzieci. Nigdy nie miał dla nich czasu, nie bawił się z nimi, a gdy matka zmuszała go do wyjścia na wspólny niedzielny spacer, to szedł dwa kroki przed wszystkimi. Ciągle poganiał i zmuszał do szybszego kroku, zupełnie tak, jakby chciał szybko wrócić do domu.

– Ojciec nas nie kochał, wyśmiewał się z nas i gardził – ze wstydem zeznawali chłopcy podczas przesłuchania w sądzie.

Pani Beata przez kilka lat liczyła, że mąż w końcu się poprawi. Ciągle dawała mu kolejną szansę, nie chcąc, by jej dzieci wychowały się w rozbitej rodzinie. Gdy nie było już dnia bez awantury, to w końcu postanowiła działać i złożyła pozew o rozwód.

Oczywiście wcześniej szukała pomocy. Kilka razy, gdy mąż był wyjątkowo agresywny, wzywała na pomoc policję. Co z tego, kiedy na interwencję przyjeżdżali zawsze jego koledzy. Konin to nie jest duże miasto, tutaj wszyscy mundurowi wiedzieli o sobie wszystko, znali się nie tylko z widzenia. Okazywało się, że takie interwencje były nieskuteczne. Zbigniew K. ucinał sobie wesołe pogawędki z kolegami, żartował, próbował częstować alkoholem, a czasem nawet w ich obecności groził żonie.

Poza założeniem słynnej niebieskiej karty dla osób zagrożonych przemocą w rodzinie, pani Beata nie uzyskała od policji żadnej pomocy. Zdesperowana poszła złożyć zawiadomienie o przestępstwie na prokuraturę. Jej pismo zawiera opis wyjątkowo bestialskich sposobów znęcania się fizycznego i psychicznego przez byłego męża, włącznie z przykładaniem pistoletu do głowy i mówieniem: – Widzisz suko, jak będę chciał, to cię zabiję!

Niestety prokurator nie miał szans zająć się tą sprawą. Zabrakło czasu i kat zdążył zabić swoją ofiarę.

W pijackim zwidzie

24 listopada 2004 roku sprawa miała swój tragiczny finał. Jej szczegóły są wyjątkowo wstrząsające. W nocy Zbigniew K. jak zwykle pił. Nie mógł spać, więc awanturował się pod drzwiami pokoju żony, nie otworzyła mu, choć walił mocno. Potem wydzwaniał do niej na telefon. Za wszelką cenę chciał dostać się do środka. W pijackim zwidzie ubzdurał sobie, że żona ma gościa, z którym go zdradza. Biorąc pod uwagę, że byli już dwa miesiące po rozwodzie, najlepiej świadczy to o skrzywionej psychice Zbigniewa K.

Nad ranem ubrał się w mundur i poszedł na komendę do pracy. Ktoś z przełożonych zorientował się, że jest pod wpływem alkoholu i wysłał go z powrotem do domu. Problemy policjanta z alkoholem nie były żadną tajemnicą. W przeszłości kilka razy wysłany był na leczenie odwykowe, lecz nie przyniosło ono żadnego skutku. Pijak znalazł dla swoich szefów wyjątkowo żenujące wytłumaczenie – piję, bo mam bardzo stresującą pracę. Takie samo wyjaśnienie padało również podczas rozmowy z psychologiem.

Po wyjściu z komendy pijak wiedział, że nie może pójść do rodziców, którzy nie tolerowali jego nałogu i pijanego nie wpuszczali do domu. Zbigniew K. wrócił więc do mieszkania żony. Zapewne po drodze w głowie zwyrodnialca zrodziła się myśl, że za wszystko odpowiedzialna jest była żona. To ona chce, by zwolniono go z pracy.

Oprawca rzucił się z bagnetem na bezbronną kobietę. Kilka razy ugodził ją w brzuch i klatkę piersiową. Rany nie były śmiertelne, dlatego chwycił nożyczki i dokończył dzieła. Następnie zawinął zwłoki w dywan i w pokoju pełnym krwi kontynuował picie wódki. Kiedy zbliżała się godzina powrotu dzieci ze szkoły, opuścił miejsce zbrodni. W pobliskim sklepie kupił kolejną butelkę wódki i poszedł w okolice torów kolejowych. Czy w głowie mordercy pojawiły się samobójcze myśli? Tak przynajmniej zeznawał w sądzie, jednak nie starczyło mu odwagi, by rzucić się pod pociąg.

Niestety jego syn musiał wykazać się o wiele większą odwagą, kiedy wrócił do domu i odnalazł matkę zawinięta w dywan, próbował ją ratować. To on wezwał karetkę pogotowia, ale lekarz stwierdził zgon. Policjanci od raz wiedzieli, kto stoi za tą makabryczną zbrodnią i rozpoczęli poszukiwania Zbigniewa K.

Szybko trafili na jego ślad. Siedział na nasypie kolejowym tuż obok osiedla, na którym dokonał zbrodni, i w najlepsze pił wódkę. Badanie wykazało aż 4 promile alkoholu we krwi. Zatrzymany przyznał się do zbrodni, wskazał miejsce, gdzie wyrzucił zakrwawiony bagnet i nożyczki. Oczywiście nie przyznał się do zaplanowania zbrodni, według niego wszystkiemu była winna była żona.
– Ja ją kochałem, a ona chciała sobie ułożyć życie z innym – zeznał tuż po zatrzymaniu. Alkohol, chorobliwa zazdrość i nieumiejętność radzenia sobie ze stresem – miały na pewno duży wpływ na jego zachowanie. Dlatego zastanawiające jest, dlaczego przełożeni policjanta, którzy doskonale wiedzieli o jego słabościach i chorobie, nie zareagowali w odpowiednim czasie. Niestety zadziałała źle rozumiana solidarność zawodowa.
Czy policja zapłaci?
 O problemie z alkoholem policjanta wiedzieli również wszyscy sąsiedzi.
– Przed wojną mundur zobowiązywał. To nie był zawód wykonywany od godziny 8 do 15 – mówi starszy pan, gdy pytam o sąsiada nadużywającego alkoholu – Wstyd było patrzeć, jak ten pan ubrany w policyjny mundur ledwo trzyma się na nogach. Jak potem młodzi mieli mieć zaufanie do władzy? Tragedia wisiała w powietrzu, żal tylko dzieci.
W podobnym tonie mówi większość mieszkańców z osiedla, gdzie doszło do morderstwa.
Po 12 latach od tragedii sprawa powróciła. Dorosłe już dzieci zdecydowały się skierować do sądu cywilnego pozew o odszkodowanie za śmierć matki. Morderca, który został ostatecznie skazany na 15 lat więzienia, kilka miesięcy temu wyszedł na wolność. Dzieci jednak nie chcą skarżyć ojca, winę za całą sytuację spychają na policję. Według nich, gdyby przełożeni zadziałali odpowiednio i  nie próbowali tuszować alkoholizmu i przemocy domowej swojego pracownika, to ich matka by żyła.

Znamienny w tej sprawie jest także fakt, że Zbigniewa K. zwolniono dyscyplinarnie dopiero dzień po morderstwie. Czyżby alkoholizm i znęcanie się nad rodziną, według szefostwa Policji w Koninie godne było policjanta?

Strona pozwana na pierwszej rozprawie podniosła, że sprawa się przedawniła. Zanim sąd zajmie się rozstrzygnięciem zasadniczej kwestii, czy policja odpowiada za krzywdy wyrządzone przez ich pracownika, będzie musiała rozstrzygnąć problem daty przedawnienia.
Odszkodowania od policji, chce oprócz dzieci również matka zamordowanej Beaty K., oraz wujek, który po śmierci matki zajął się wychowaniem nieletnich wówczas Andrzeja i Marka.
– W przypadku takiej krzywdy trudno określić ramy czasowe. Dzieci do końca życia będą się zmagać z traumą, jaką było morderstwo ich matki – tłumaczy adwokat rodziny Jarosław Głuchowski z Poznania.
Adwokat już dzisiaj zapowiada utajnienie sprawy ze względu na dobro osób pokrzywdzonych. Takie postępowanie jest zapewne na rękę policji.
Nie zapominajmy, że w tej sprawie nie chodzi o to, czy policja odpowiada za haniebne czyny swojego pracownika, ale o odpowiedzialność policji za to, czego nie zrobiła. Brak reakcji na zgłaszaną przemoc w rodzinie i nieudzielenie pomocy nękanej kobiecie, doprowadziły do tragedii. W przypadku takich przestępstw policja musi działać szybko oraz skutecznie. To, że morderca był policjantem, dla ofiary szukającej pomocy nie ma żadnego znaczenia. Morderca w mundurze to tylko wielka skaza na wizerunku policji. Następna rozprawa w lipcu. Bacznie będziemy się jej przyglądali.
Przemysław Graf

1 KOMENTARZ

  1. Wyrok w tej sprawie będzie bardzo ciekawy – szczególnie jesli sprawa będzie się toczyła przed sadem w Poznaniu. Bo wsłanie tam zapadł już prawomocny wyrok skazujacy pewien zakon na 1 mln zł odszkodowania + 800 zł miesięcznie dożywotniej renty za krzywdy moralne i psychiczne jakich doznała pewna (wówczas) nastolatka (pochodzaca z tzw. patologicznej rodziny) a która postanowił „zaopiekowac się” parę godzin dziennie pewien ksiadz-zakonnik w domu zakonnym (bez stosowania jakiejkolwiek przemocy) a następnie przez 3 miesiace w prywatnym domu swojej matki (z zastosowaniem uwięzienia). O pierwszej sprawie zakon powinien był wiedziec i odpowiednio zareagowac ale o drugiej, dużo gorszej, nie miał pojęcia – ale mimo to został obciażony pełna odpowiedzialnoscia. Sad uznał, że ksiadz działał w ramach zlecenia od zakonu, a zgodnie z prawem to zleceniodawca ponosi całkowita odpowiedzialnosc za postępowanie zleceniobiorcy nawet wtedy gdy zleceniobiorca dopuszcza się przestępstw w tajemnicy przed zleceniodawca. Zazwyczaj odszkodowanie za ciężkie fizyczne kalectwo wynosi 100 – 200 tys. zł ale w tym wypadku sad stwierdził, że zakon jest bogaty więc niech płaci 5-10 razy więcej. Policja (skarb państwa) jest tysiace razy bogatszy – czy będzie tu odpowiednio większe odszkodowanie?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ