POCIĘTE OCZY KONWOJENTÓW

0
To wyglądało jak egzekucja

Ten napad na konwój przewożący pieniądze ze stacji benzynowych był niczym egzekucja. Po latach od tamtego tragicznego wydarzenia, rodzina Mariusza Chrzanowskiego nie może pogodzić się z myślą, że nadal nie wykryto sprawców tak potwornej zbrodni. Pomimo nowoczesnych technik śledczych, jakimi dysponuje obecnie policja.

Mając tyle śladów po napadzie, powinno się je sprawdzić na nowo, bo technika od tamtego czasu poszła daleko do przodu – mówi Jerzy Chrzanowski, ojciec ofiary.

– Czy policja oczekuje, że przyjdzie ktoś z ulicy i sprawę im rozwiąże? Jeśli nawet jest ona zamknięta, ktoś powinien nad nią pracować – dodaje Marek Chrzanowski, brat ofiary.

Gdy w niedzielę rano, 11 kwietnia 1999 roku, pracownicy agencji ochrony znaleźli w lesie porzuconego poloneza, mieli nadzieję, że ich koledzy są nieprzytomni, ale żywi. Jednak widok leżących w środku ciał konwojentów nie pozostawiał złudzeń. Trzej mężczyźni byli martwi. Oprócz ran postrzałowych, mieli poderżnięte gardła i pocięte oczy. Tak, jakby zabójcy chcieli upewnić się, że gdyby nawet konwojenci jakimś cudem przeżyli, nic już nie powiedzą i nigdy ich nie rozpoznają. Ale oni nie mieli na to żadnych szans.

To była fachowa robota – komentuje jeden z byłych policjantów, który był na miejscu zbrodni i widział zwłoki w polonezie.

– Wyglądało to jak zamach – dodaje Jerzy Chrzanowski.

 Zły znak

 Choć wiosna dopiero się zaczęła, sobota 10 kwietnia była gorąca i parna, prawie jak w lipcu. Maria i Jerzy Chrzanowscy pojechali rano na działkę ogrodową, tuż za rogatkami Olsztyna.

– Gdy dojeżdżaliśmy do celu, w samochodzie odpadło koło. Pomyślałam, że to jakiś znak, który nie zapowiada niczego dobrego. Coś złego wisiało w powietrzu – pamięta swoje przeczucia pani Maria. Nie kojarzyła tylko, czego one mogą dotyczyć.

Mieli córkę i trzech synów, z których najstarszy Mariusz skończył 26 lat, ale już był na swoim. Z żoną Anią i 1,5-rocznym synem Wojtkiem mieszkali u jego teściowej, w innej części miasta. Na weekend najbliżsi wyjechali do rodziny w Toruniu, a Mariusz w sobotę zaczął służbę w olsztyńskim oddziale Systemu Ochrony „Sezam”. Tego dnia był dowódcą konwoju, który miał zbierać pieniądze ze stacji benzynowych w części powiatu olsztyńskiego. Chrzanowski należał do grupy wyróżniających się, ambitnych pracowników.

– Pamiętam go dobrze. Młody, przystojny chłopak, bardzo zaangażowany w pracę. Wiedział, czego chce – ocenia po latach Jan Czachorowski, wówczas pełnomocnik zarządu firmy.

Mariusz od najmłodszych lat był aktywny życiowo. Tańczył w Zespole Pieśni i Tańca „Warmia”, ćwiczył sztuki walki, a po ukończeniu technikum samochodowego służył w Nadwiślańskich Jednostkach Wojskowych – formacji specjalnego przeznaczenia podległej Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Zamierzał pracować w policji, a nawet miał ambicję zostać agentem Biura Ochrony Rządu. Praca ochroniarza miała go zbliżyć do celu. Szybko zdobył zaufanie przełożonych, którzy powierzali mu odpowiedzialne zadania, w tym dowódcy konwoju.

W takiej właśnie roli wyjechał 10 kwietnia w trzyosobowej grupce, którą uzupełniali: 25-letni Janusz S. – pochodzący spod Przasnysza oraz 43-letni kierowca Krzysztof D. z Pieniężna. Gdy wyjeżdżali z olsztyńskiej siedziby firmy, wszystko przebiegało sprawnie. Mieli założone kamizelki kuloodporne, a dwóch konwojentów przypiętą broń krótką.

Liczyli się z porwaniem

 Wiadomo, że ostatni raz widziano ich żywych w Dobrym Mieście, gdzie podjechali polonezem pod stację paliw. Dowódca konwoju siedział obok kierowcy, zaś jego młodszy kolega inkasent na tylnym siedzeniu. I to on wszedł do pomieszczenia stacji z pustą torbą, a odebrał inną torbę z utargiem, po czym wsiadł do samochodu z włączonym silnikiem. Czyli wszystko przebiegało rutynowo, tak jak przewidywał regulamin i jak uczono na kursach. Około godziny 14.30 wyjechali w stronę Jezioran i w tym momencie ślad się urywa.

– Teściowa syna zadzwoniła do nas około 21. Pytając, czy Mariusz był u nas na obiedzie, bo nie wrócił o 17. z pracy, jak zapowiadał. Wtedy zaczął się niepokój. Dzwoniliśmy do agencji, ale usłyszeliśmy, że to tajemnica i możemy więcej dowiedzieć się w Warszawie, w głównej siedzibie firmy – wspomina Jerzy Chrzanowski.

– Pod wieczór dostałem informację, że konwój nie dotarł z utargiem do banku. Co prawda miał do obsługi rozległy teren, ale brak sygnału świadczył, że stało się coś złego. Zarządziłem więc najpierw poszukiwania własnymi siłami. Jednak czas mijał, a efektów nie było, dlatego zgłosiliśmy policji zaginięcie – przypomina Jan Czachorowski.

– Nikt nie dopuszczał do siebie najgorszej myśli. Braliśmy pod uwagę, że zostali napadnięci, ale że znajdziemy ich przywiązanych do drzew gdzieś w lesie, jak to się już zdarzało w kraju. Szukaliśmy ich do późnej nocy i od wczesnego rana następnego dnia – wspomina pełne napięcia chwile Piotr Cześnik, wtedy wicedyrektor „Sezamu”, który około godziny 20.00 zawiadomił policję, że konwój nie wrócił z trasy.

Policja podjęła działania. O pierwszej w nocy funkcjonariusze zastukali do drzwi rodziców Mariusza, prosząc o jego dokumenty, zwłaszcza paszport.

– Sugerowali w ten sposób, że nas syn uciekł ze zrabowanymi pieniędzmi – mówi Jerzy Chrzanowski, który utworzył własną grupę poszukiwawczą z udziałem średniego syna Marka, ówczesnego maturzysty. Liczyli się z porwaniem, dlatego penetrowali odcinek trasy Dobre Miasto – Jeziorany, gdzie urywały się ślady.

– Nie minęliśmy tam żadnego patrolu policyjnego, które szukały konwoju po wszystkich innych miejscach. A my około ósmej rano dostaliśmy sygnał, że w lesie znaleziono samochód. Tylko tyle – opowiada Marek Chrzanowski.

Na poboczu leśnej drogi niedaleko Międzylesia czerwonego poloneza odnaleźli pracownicy „Sezamu”: Jan Krzyżanowski i Zbigniew Madej. Ten drugi tak dziś wspomina: – Wcześniej pracowałem 20 lat w policji, więc miałem pojęcie, jak szukać skutecznie. Gdy dojrzeliśmy samochód, byliśmy pełni nadziei. Ale widok w środku nas przeraził i nie życzę nikomu takiego przeżycia. Do dziś nie mogę o tym spokojnie myśleć.

 Po 40 tysięcy za życie

 Przy skręcie na leśny parking, widoczne były ślady hamowania, jakby ktoś nagle zajechał drogę polonezowi. Obok widoczne były ślady krwi. Ale samochód z ciałami konwojentów został przetransportowany kilkaset metrów dalej, w głąb rzadkiego, sosnowego lasu. Widok w środku auta był przerażający.
Nie dali ochroniarzom żadnych szans. Prawdziwa jatka. To wyglądało, jak egzekucja – stwierdziła na pierwszej konferencji prasowej rzecznik prasowy KWP Dorota Macoch. Jej słowa uzupełniał suchy opis prokuratorski: „We wnętrzu pojazdu na siedzeniu kierowcy leżały w nienaturalnej pozycji, ze stopami opartymi na desce rozdzielczej, zwłoki Krzysztofa D. Zwłoki Mariusza Chrzanowskiego leżały nogami na przednim siedzeniu pasażera, z głową w zagłębieniu oparcia nóg. Na ręce denata leżał klucz do trezora (podręcznego sejfu – przyp. MK.) mieszczącego się w bagażniku samochodu. W zawieszonej na szelkach rozpiętej kaburze brak było broni, której nie odnaleziono w toku oględzin (pistolet CZ model 75 B – przyp. MK.). Pokrowiec na zapasowy magazynek, zawierał natomiast magazynek wypełniony amunicją. Z tyłu, za fotelem kierowcy na tylnej kanapie znajdowały się zwłoki Janusza S. Ułożone były one w pozycji półleżącej. Głowa denata opierała się o lewy dolny narożnik szyby opuszczonej w lewych tylnych drzwiach (…) Na pasku przy spodniach, po lewej stronie pleców, denat posiadał pistolet typ TT o numerze seryjnym (…) z podłączonym do niego magazynkiem wypełnionym amunicją”.

Ten opis świadczy o tym, że najmłodszy konwojent nie zdążył nawet wyciągnąć broni, ale sam zginął od strzału w głowę z tzw. przyłożenia. Jednak jego twarz pokrywały liczne sińce i rany zadane wcześniej ostrym narzędziem, w tym rana kłuta szyi z uszkodzeniem tchawicy i lewego płata tarczycy. Od postrzału w głowę z bliskiej odległości, zginął również kierowca Krzysztof D. I on także miał poderżnięte gardło oraz pociętą gałkę oczną. Dowódca konwoju też miał sińce na całej twarzy oraz klatce piersiowej, a na powiece lewego oka rany kłutą i powierzchniową, zadane ostrym narzędziem. Biegły uznał, że w ten sposób napastnicy chcieli przełamać opór konwojentów, którzy nie chcieli otworzyć im sejfu.

Zanim Mariusz Chrzanowski zginął, zdołał wyrwać się oprawcom. Potwierdzają to dwa pociski, jakie utkwiły w jego kamizelce kuloodpornej: jeden z przodu, drugi na plecach między łopatkami. Uciekał może kilkanaście metrów, ale dosięgła go śmiertelna kula, która trafiła go w tył głowy. Tragizm sytuacji polegał na tym, że zginął od własnej broni. Na miejscu zbrodni znaleziono w sumie osiem łusek, w tym cztery w polonezie. Poddano je badaniom laboratoryjnym i okazało się, że „pochodzą one z naboi pistoletowych kaliber 9 mm wzór Luger, produkcji włoskiej, odstrzelonych z pistoletu CZ model 75 B kaliber 9 mm o numerze fabrycznym Z 9610 – to jest broni Mariusza Chrzanowskiego utraconej w wyniku napadu”. Czyli został z niej zastrzelony dowódca i jego dwaj podwładni, choć wcześniej byli w wymyślny sposób torturowani.

Zastanowiły nas zwłaszcza te rany cięte na gardłach ofiar, bo zadawania takich ciosów uczą w szkole komandosów w Lublińcu na Śląsku. A to znaczy, że w napadzie musieli brać udział zawodowcy – uważa inspektor Jerzy Stefanowicz, wtedy zastępca komendanta wojewódzkiego policji w Olsztynie.

Powołana ekipa dochodzeniowo-śledcza zabezpieczyła ślady i zaczęła szukać sprawców. Brano pod uwagę kilka wersji, w tym udział jakiegoś ochroniarza, który znał konwojentów. Mogli oni zobaczyć go na szosie i przystanęli, a wtedy z leśnego parkingu wyjechali napastnicy. Ale to byłoby wbrew wszelkim zasadom, wpajanym pracownikom „Sezamu” na każdym szkoleniu w Warszawie i na miejscu. Być może ten znajomy zabrał się z nimi wcześniej, żeby dotrzeć na służbę do Olsztyna. W pewnym momencie mógł zajechać im drogę inny pojazd, o czym świadczyły ślady nagłego hamowania na asfalcie, a pasażer z tylnego siedzenia przystawił nóż do gardła Janusza S. Wtedy doskoczyli jego wspólnicy i zabrali pistolet dowódcy konwoju. Według innej wersji, najpierw zajechał im drogę samochód z przodu, a potem drugi zablokował poloneza z tyłu. W każdym razie akcja działa się tak szybko, że ochroniarze nie zdążyli wyciągnąć broni. A może sami otworzyli drzwi, po czym zostali ogłuszeni?

Tych pytań było więcej, a jedno zasadnicze zadał ojciec Mariusza Chrzanowskiego na miejscu zbrodni: – Mogli zabrać pieniądze, dlaczego zabili? Strzelali do niewinnych ludzi.

Bandyci zrabowali nieco ponad 125 tysięcy złotych. Wyszło po 40 tysięcy z kawałkiem. za jedno życie.

Na pogrzebie dowódcy konwoju ktoś z jego rodziny powiedział: – Na każdy sygnał dzwonka telefonu, półtoraroczny syn Mariusza, Wojtuś, biegnie i mówi, że tatuś wraca do domu. Jego tata już jednak nie wróci…

Tego dnia koło Przasnysza pochowano Janusza S., kawalera, a pogrzeb 43-letniego Krzysztofa D. odbył się w Pieniężnie. Kierowca śmiertelnego konwoju osierocił troje dzieci.

Urwane ślady

 O zbrodni zrobiło się głośno w całej Polsce, a firma „Sezam” wyznaczyła 30 tysięcy złotych nagrody za każdy ślad prowadzący do sprawców. Wkrótce dołączyły inne agencje i pula nagrody powiększyła się do 100 tysięcy złotych.
Policjanci byli dobrej myśli: – Jest nadzieja na wykrycie sprawców mordu – przekonywał młodszy inspektor Jerzy Cieśla, komendant powiatowy policji w Olsztynie. Działania ekipy dochodzeniowo-śledczej firmował sam szef wojewódzki inspektor Wiktor Kowalczuk.

Potem śledztwo przejął olsztyński Wydział Przestępczości Zorganizowanej KGP (późniejsze Centralne Biuro Śledcze). Policja codziennie dostawała po kilkadziesiąt telefonów, a specjaliści przeszukiwali kartoteki i bazy danych, typując ewentualnych zabójców. Penetrowano środowiska przestępcze w Olsztynie i całym regionie. „Przewaliliśmy Olsztyn niemal do góry nogami” – mówił mediom jeden z policjantów. Prasa też dawała nadzieję pisząc: „Podobno znaleziono odciski palców, które mogą należeć do zabójcy…”.

– Policja przemaglowała wszystkich pracowników naszej firmy, ale czas mijał, a żadnych konkretnych rezultatów nie było – przypomina Zbigniew Madej.

Z każdym dniem publikacje o zbrodni schodziły na dalsze strony gazet, aż wreszcie zanikły całkiem. A Prokuratura Okręgowa w Olsztynie 31 grudnia 1999 roku umorzyła śledztwo, wobec niewykrycia sprawców. Osiem i pół miesiąca po napadzie.

– Policja jednak zapewniała, że mimo umorzenia, śledztwo może być w każdej chwili wznowione, jeśli pojawią się nowe fakty i dowody – podkreśla Jan Czachorowski. Jednak tak, jak i jego byli podwładni z firmy „Sezam”, czuje rozczarowanie działaniami w tej sprawie.

Już w postanowieniu o umorzeniu śledztwa prokurator napisał, że w toku szczegółowych oględzin samochodu marki polonez caro, ujawniono i zabezpieczono „kilkanaście linii papilarnych nadających się do badań identyfikacyjnych (…) i ponad 100 śladów biologicznych (krew, fragmenty tkanek, włosy) oraz mikroślady”. Czy to za mało, aby zbliżyć się do wykrycia sprawców?

– Niestety, nie pojawiły się żadne nowe okoliczności, chociaż ze względu na wagę sprawy, nie została ona zapomniana. Dzięki pracy ekipy policyjnego Archiwum X, niektóre śledztwa wracały nawet po 25 latach. Mamy nadzieję, że i ta zbrodnia zostanie wyjaśniona – przekonuje – po uzyskaniu informacji z CBŚ – podinspektor Anna Fic, rzecznik prasowy komendanta wojewódzkiego policji.

Tymczasem Marek Chrzanowski wyszukał w Internecie tegoroczny artykuł z wielkopolskiej prasy, że wydział kryminalny KWP w Poznaniu zatrzymał trzy osoby podejrzane o napad na konwój bankowy, do jakiego doszło w pobliskim Podrzewiu w kwietniu 2000 roku. A zatem, rok po napadzie w Międzylesiu, choć w tym drugim tylko jeden konwojent został postrzelony. Wśród zatrzymanych jest były ochroniarz (podobno z firmy „Sezam”). Podczas przeszukania domów podejrzanych poznańska policja znalazła strzelbę myśliwską oraz pistolet. Nadal jednak poszukiwany jest mężczyzna uznawany za mózg grupy, pojawiający się w kontekście innych ważnych spraw kryminalnych. Czy również tej z Międzylesia?

Marek Książek

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ