Okup w kawałkach, syn w kawałkach

0
2621
Na zdjęciu Grzegorz K. "Ojciec", jeden z domniemanych szefów grupy/ fot Tomasz Radzik

Publikujemy fragment książki Janusza Szostaka „Byłam dziewczyną mafii’ o osławionym gangu obcinaczy palców.

KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

 Pod koniec stycznia 2017 roku przed Sądem Okręgowym w Warszawie stanęło 14 mężczyzn, których oskarżano o przynależność do  gangu „obcinaczy palców”. Nie bez powodu zasłużyli na miano najokrutniejszej grupy przestępczej w historii polskiej kryminalistyki.

To oni uprowadzali ludzi i domagali się okupu, a gdy był z tym problem, grozili odcinaniem palców lub zabiciem ofiar. Niestety swoje groźby spełniali, niekiedy nawet po zapłaceniu przez rodziny okupu.

Przypuszcza się, że gang porwał co najmniej 20 osób. Nie wszystkich odnaleziono. Większość z nich była bestialsko torturowana.

Gdy sędzia odczytywała akt oskarżenia zawierający zatrważające opisy traktowania uprowadzonych osób, nie robiło to żadnego wrażenia na oskarżonych. Słuchali tych słów bez jakichkolwiek emocji.

O kierowanie gangiem oskarżony jest 43-letni obecnie Wojciech S. pseudonim „Kierownik” vel „Wojtas”. Gangster ma też postawione zarzuty  udział w ośmiu uprowadzeniach.  Ciążą na nim także zarzuty zabójstwa Macieja S. i Włodzimierza Ch. oraz kierowani zabójstwem Mariusza Mirkowskiego.

Ten fragment Sądu Okręgowego przy ulicy Kocjana w Warszawie to niemal twierdza, zabezpieczona na wszelkie sposoby. Ogrodzona murem zwieńczonym drutem kolczastym, niczym zakład karny. Budynek wraz z otoczeniem, został przygotowany specjalnie na proces gangu pruszkowskiego. Teraz odbywają sie tam rozprawy najbardziej niebezpiecznych grup przestępczych oraz najgroźniejszych bandytów.

Wejście do tej części sądu objęte jest ścisłym nadzorem. Dostanie się na rozprawę możliwe jest tylko po uzyskaniu odpowiedniej przepustki i po  restrykcyjnej kontroli, niczym na lotnisku JFK w Nowym Jorku. Zwykle przejście przez bramkę tu nie wystarczy. Kontrola jest niemal osobista. Czekając na swoją kolej, obserwuję, jak policjant szczegółowo sprawdza ładną, opaloną dziewczynę o długich nogach. Jak się domyślam, to znajoma oskarżonych. Panna nie ma na sobie praktycznie nic, tymczasem funkcjonariusz, z ręcznym wykrywaczem metalu w dłoni, nie może oderwać się od niej. Jeździ jej po nogach: dół – góra, jakby miała coś wszyte pod skórą. Mnie na szczęście potraktował mniej namiętnie. Jeszcze muszę zostawić w depozycie dyktafon i smartfon, i mogę iść dalej. Słyszę za plecami, jak jeden z policjantów przekazuje informację, że zbliżam się do sali rozpraw. Po drodze forsuję kolejne bramki otwierane za pomocą karty-przepustki.

Jest czwartek, 24 maja 2018 roku, za chwilę rozpocznie się kolejna rozprawa gangu „obcinaczy palców”.  Do końca roku przewidziano ich niemal trzydzieści  –  co tydzień w każdy czwartek. A i tak wyrok zapewne nie zapadnie tak szybko. To nie jest jedyna rozprawa „Kierownika” i jego kumpli. Toczy się jeszcze proces przed Sądem Okręgowym w Warszawie przy Alei Solidarności, ale o tym nieco później.

W sali jest już 14 oskarżonych, w tym Wojciech S. pseudonim „Kierownik”, domniemany szef tego okrutnego towarzystwa. Jest też Grzegorz K. ksywa „Ojciec” vel „Sołtys”,  uważany za jednego z liderów tej grupy. A przez niektórych nawet za głównego bossa gangu „obcinaczy palców”. Dowieziono go na rozprawę na specjalnym łóżku. Gdyż kilka lat wcześniej miał  wylew i od tego momentu bierze udział w rozprawach w pozycji leżącej. Ma też problemy z kręgosłupem. „Ojciec”, to nietuzinkowa postać gangu  mokotowskiego. To rolnik z siedleckiego, który przed laty siedział w więzieniu z „Korkiem” i dzięki tej znajomości trafił potem do „Mokotowa”. Podejrzewano go o udział w głośnym napadzie na jednostkę wojskową na warszawskim Bemowie. W 1995 roku skradziono tam 75 pistoletów, 828 sztuk amunicji i 148 magazynków. Zarzut pomocy w dokonaniu napadu postawiono też porucznikowi Mirosławowi H., synowi kosmonauty. Pilot miał powiedzieć Grzegorzowi K., gdzie jest broń i jak się dostać do jednostki. Mirosław H. przyznał się co prawda do znajomości z „Ojcem”, ale zarzutom zaprzeczył. Prokuratura umorzyła śledztwo także przeciwko Grzegorzowi K., podejrzanemu o zorganizowanie napadu. Z braku dowodów.

Odsiadywał on jednak wyrok za porwanie jednego ze swoich bandyckich konkurentów. Po opuszczeniu więziennych murów stwierdził, że kończy z dawną przeszłością i w 2003 roku został sołtysem wsi Brzózka, pod Węgrowem. Długo jednak nie wytrzymał w tym postanowieniu i wrócił do starych zajęć. Czego dobitnym dowodem jest współkierowanie  gangiem „obcinaczy palców”.

Na sali jest obecnych 9 adwokatów oraz 3 osoby z publiczności – dwie młode kobiety i mężczyzna – po reakcjach oskarżonych widzę, że to ich znajomi. Jestem jedynym dziennikarzem, którego ta rozprawa zainteresowała. Widać, że proces najgroźniejszego gangu w Polsce nie przyciąga zainteresowania, zarówno mediów, jak bliskich i znajomych oskarżonych. Choć to właśnie o tych ludziach Patryk Vega produkuje filmy oglądane przez miliony widzów. Z których zapewne niewielu zdaje sobie sprawę, jak odległa jest filmowa fikcja od rzeczywistości.   Bardziej bliskiej „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną” niż gangsterskim komedyjkom  reżysera „Botoksu”.

„Kierownik” jest spokojny, opanowany, inni reagują ekspresyjnie: śmieją się głośno, dowcipkują, krzyczą do siebie. „Mołek” wstaje, macha do kumpli wyraźnie zadowolony, coś wykrzykuje.

W pomieszczeniu dla świadków czeka pięć osób. Dobrze znają ludzi z gangu. Trudno się spodziewać, aby zeznali cokolwiek, co mogłoby wpłynąć na przebieg procesu.

Ta rozprawa jest związana z porwaniem i zamordowaniem Mariusza Mirkowskiego, świadkowie zeznawali już kilka lat wcześniej. Okazuje się, że w tym czasie pamięć im się mocno zatarła.

Zbigniew A. pseudonim „Zbysio”,  właściciel myjni w owym czasie, przyjaźnił się z porwanym i zamordowanym mężczyzną.

– Widziałem go kilka minut przed tą sytuacją – zeznaje łamiącym się głosem, jakby się kogoś bał. –  Nie wszystko pamiętam. On był w aucie na ulicy, gdy ja wchodziłem do agencji towarzyskiej, mrugnął mi światłami.

– Gdzie mieściła się ta agencja? – pyta sędzia Magda Wójcik.

– Na ulicy Czereśniowej w Konstancinie.

– Co tam się zdarzyło?

– Nie pamiętam, co dalej się działo, skorzystałem z usług dziewczyny. Mariusz tam nie wchodził. On przyjechał tam z Mariuszem Ś. Wiem, że Mariusz został potem uprowadzony i nie żyje. Niewiele już pamiętam, to było 15 lat temu albo dalej. Jeśli pani będzie pytać, to kurcze, może sobie coś kurcze przypomnę – „Zbysio” w te słowa zwraca sie do  przewodniczącej składu sędziowskiego.

– Kogo pan spotkał w tej agencji? – drąży  sędzia Wójcik.

– Spotkałem tam Leszka Z. i Mariusza S, to byli moi wspólnicy na myjni – wyjaśnia.

Leszek Z. pseudonim „Zegar” zasiada na ławie okraszonych za przeciwpancerną szybą. Mariusz Ś. pseudonim „Bambo” jest świadkiem. Był ostatnią osobą, która widziała Mirkowskiego przed porwaniem.

– Mariusz był bogaty, jego rodzice inwestowali w grunty, kupowali i sprzedawali ziemię, wynajmowali budynki.  On sam zajmował się transportem – zeznaje „Zbysio”. – O jego porwaniu dowiedziałem się od policji, przyjechali do mnie na myjnię. Nie wiem, kto go porwał i czy okup został zapłacony.

W sądzie zeznawali też bracia Jacek i Jerzy G. z Piaseczna. Oni też w feralną noc widzieli porwanego mężczyznę: – Tego wieczora wypiliśmy litr wódki i pojechaliśmy do agencji na Czereśniowej – zeznawali bracia zgodnie. – Ale zabrakło nam tam pieniędzy. Więc musieliśmy pożyczyć od znajomego. –  I tu pojawia się rozbieżność, bo raz jest to „Zegar”, a za drugim razem „Zbysio”. Chociaż nie ma to znaczenia.

– Ten Mariusz M. też często jeździł po agencjach – wyjaśnia Jerzy G.- Słyszałem kiedyś, jak licytował się ze „Zbysiem”, który z nich ma więcej hajsu, i opowiadał, że jego rodzice sprzedali ziemię, chyba pod Auchan, za milion dolarów.

– Ale on nigdy nie miał ze sobą dużo pieniędzy – uzupełnia drugi z braci G.

Potwierdza to także inny ze świadków, Piotr K., który przed laty prowadził w Piasecznie lokal Wyspa:  –  „Mario”, jak nazywali Mariusza Mirkowskiego, był chyba bogaty, bo co weekend przyjeżdżał coraz nowszym mercedesem. Nie zauważyłem jednak, aby cokolwiek sponsorował innym.

Za barierką dla świadków staje Mariusz S., pseudonim „Bambo”. Wydaje się być pewnym siebie, a kilkunastu oskarżonych za kuloodporną szybą nie robi na nim większego wrażenia. Zeznaje zdecydowanie:  – 31 marca 2004 roku, między 21.00 a 22.00 przyjechałem do Mariusza do domu i jego samochodem pojechaliśmy do Raszyna i do Józefosławia, a potem do agencji towarzyskiej w Konstancinie. Ja poszedłem tam na chwilę porozmawiać ze znajomymi, a Mariusz czekał na mnie w aucie na ulicy. Gdy wróciłem do niego, pojechaliśmy do Piaseczna, gdyż pod jego domem zostawiłem swoją skodę. Jechaliśmy w stronę Obór, gdy doszło do zatrzymania naszego samochodu przez policję, było to granatowe vento z kogutem na dachu. Wysiadł z niego mężczyzna i poprosił Mariusza o dokumenty, a po chwili powiedział, że jest on zatrzymany i musi jechać do pałacu Mostowskich. Mariusz wsiadł do tego volkswagena i odjechali. Ja zadzwoniłem na numer 112 i zgłosiłem, że jestem w aucie zaparkowanym w poprzek ulicy, a kierowcę zabrała policja. Po jakimś czasie przyjechała policja, robili zdjęcia, zatrzymali mnie do wyjaśnienia.

– Pamięta pan, jak wyglądała osoba, która was zatrzymała – dopytuje sędzia.

– Nie pamiętam, jak wyglądał ten „policjant”, bo było ciemno. Na pewno nie miał munduru i chyba błysnął mi odznaką.

Metoda porwania na policjanta, to typowe działanie dla gangu obcinaczy palców. Powtarzało się regularnie przy innych uprowadzeniach.

Za uwolnienie Mariusza Mirkowskiego porywacze domagali się do jego rodziców 800 tysięcy euro. Jednak oni – ponoć za radą Krzysztofa Rutkowskiego – zapłacili jedynie 127 tysięcy dolarów oraz 10 tysięcy euro. Wówczas porywacze przysłali obcięty palec 26-latka oraz sms: „Okup w kawałkach, syn w kawałkach”. W tym momencie kontakt z porywaczami urwał się, nie czekali na resztę pieniędzy i zamordowali chłopaka. Zdaniem policjantów to fatalne negocjacje Rutkowskiego doprowadziły do tragicznego finału.

W maju 2004 roku okaleczone ciało Mariusza znaleziono w pobliżu wsi Władysławów, pod Grodziskiem Mazowieckim. To miejscowość, gdzie trafiało wiele osób uprowadzonych przez gang. Bandyci zakopali zwłoki „Mira” pod jednym z przydrożnych krzyży. Znalazł je pies policjanta, z którym akurat funkcjonariusz wybrał się tam na spacer.

Jednak nawet wówczas detektyw miał rzekomo dawać rodzinie Mariusza złudną nadzieję, że mężczyzna wciąż żyje.

W podobny sposób gang uprowadził jeszcze co najmniej  kilkanaście osób. Jak choćby Ewelinę Bałdygę, córkę właściciela zakładów mięsnych JBB Łyse, czy Harishu Hitange. Ich ciał nie odnaleziono do dzisiaj.

Rodziny Mariusza, Eweliny i Harishu, widząc bezradność policji, postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce.  „Okrągły milion złotych za pomoc w ujęciu przestępców” – plakaty z taką informacją pojawiły się w całej Polsce. Widniały na nim twarze siedmiu członków gangu „obcinaczy palców”.

– To rodziny porwanych złożyły się na tę nagrodę – mówił dziennikarzom Mariusz Sokołowski, ówczesny  rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji w Warszawie. Jak dodał, milion złotych to największa w historii Polski nagroda za pomoc w ujęciu przestępców.

Zmowę milczenia członków gangu udało się przełamać dopiero po latach. W październiku 2014 roku,  do  aresztów trafiło kilkunastu gangsterów, którzy mogą mieć związek z  porwaniami w latach 2003-2005. W tym także  z morderstwem Mariusza Mirkowskiego (…).

Janusz Szostak

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ