Siekierą w małżeński węzeł

0
1074

Gdy wychodziła za Polaka, powiedział: nie będziesz już ukraińską służącą. Zamiast do raju, trafiła do piekła. Była bita i poniżana. Wybrała brutalny sposób rozwiązania swoich problemów.

Na komisariat w podwarszawskich Ząbkach – w listopadzie 2011 roku – przyszła bardzo zdenerwowana Natalia M. (43 lata). Przed tygodniem zaginął jej mąż, 42-letni Franciszek. Małżeństwem są od 14 lat.

Dyżurny policjant przeprowadza wywiad: śpiewny akcent w mowie petentki zdradza jej narodowość – jest Ukrainką. Kobieta bardzo przeżywa nieobecność męża. Ma wyrzuty sumienia, bo ostatnio często się kłócili. Tego dnia, gdy wybiegł z domu nie mówiąc dokąd idzie, też się „poprzemawiali”. Poszło głównie o to, że starszy syn wziął samochód ojca bez pytania o zgodę.

– Proszę być z nami w kontakcie – radzi funkcjonariusz.

 Jest na ciebie wyrok

 Natalia M. pojawia się już następnego dnia. Pokazuje sms, jaki dostała od męża: „Nie radziłem sobie z kłopotami finansowymi. Postanowiłem zacząć wszystko od nowa i całkowicie zerwać z wami kontakt. Żegnajcie. Franek”.

– Może to się jakoś wyjaśni, idą święta, w wigilię ludzie się godzą. Będziemy w kontakcie – mówi niezobowiązująco policjant.

W ślad za żoną zaginionego, na komisariat zgłasza się jego siostra Małgorzata M. Zeznaje, że jej pracownik (M. ma zakład usługowy) był w połowie listopada świadkiem, jak Nazarij L., 21-letni pasierb Franciszka M. szukał chętnych do pobicia ojczyma.

Przesłuchano tego pracownika. O tym, że Nazarij chciał pobić ojczyma, dowiedział się od jego kolegi Sebastiana, który szukał kogoś do pomocy; mówił, że będą z tego pieniądze.

Ustalili, kiedy Franciszek będzie u swojej matki na wsi. Tam mieli go dopaść.

Niech na własnej skórze poczuje, co znaczy przemoc – mówił Nazarij, który zawiózł ich tam samochodem ojczyma. Żeby ofiara ich nie rozpoznała, zabrali kominiarki. W drodze zatrzymał ich patrol policji. Żaden z chłopaków nie miał prawa jazdy, poza tym wypadli podejrzanie, bo w samochodzie były kominiarki i metalowe pręty.

Funkcjonariusz skontaktował się z właścicielem wozu, który zapowiedział, że pasierb za samowolne zabranie kluczyków nie ma po co wracać do domu. Franciszek M. groził też telefonicznie Sebkowi.

Chłopak początkowo potulnie słuchał wyzwisk, ale w pewnej chwili krzyknął do mężczyzny: – Nic mi zrobisz, bo na ciebie i tak jest już wyrok!

A kilka dni później Franciszek M. zaginął.

Wezwany na komendę Nazarij przyznał, że miał plany pobicia ojczyma. Dlatego zapłacił Sebastianowi 200 zł.

– Chciałem go ukarać za to, że zrobił mamie z życia piekło. Dla ojczyma każdy pretekst był dobry, aby się nad nami znęcać. Kiedyś pobił mocno mamę, tylko dlatego, że na kolacje podała herbatę w dzbanku, a on chciał w kubku. Ja się go bałem, ale chciałem, żeby choć raz w życiu poczuł, jak to boli, gdy spadają na człowieka razy.

Tymczasem policja zbiera informacje o zaginionym.

Bratowa była w lipcu u adwokata, złożyła pozew rozwodowy – informuje Małgorzata M. Oni przed ślubem na życzenie brata podpisali intercyzę. Ja jej ostatnio radziłam, aby nakłoniła męża na przepisanie części majątku na nią, bo po rozwodzie zostanie z dziećmi z niczym, nawet bez dachu nad głową.

Tylko się odezwij

 Dwa tygodnie po zaginięciu Franciszka M., jego siostra dostaje oczekiwany znak życia brata. Z jego numeru telefonu przyszedł sms: „Cześć, wyjeżdżam za nową pracą. Wrócę za rok”.

Najpierw się ucieszyła, że żyje, ale potem zaczęła podejrzewać, że to nie on napisał. Franciszek raczej by wystukał numer. Napisała mu sms, aby zadzwonił, albo odebrał telefon. Odpowiedź przyszła szybko: „Nie mam już nic na koncie”.

Odpisała: „To ja ci doładuję kartę, tylko odbierz, abym się przekonała, że żyjesz”.

A on: „Boję się, że mnie namierzą”.

Na ten sms czekała dwa dni. Potem już nie było żadnego odzewu.

Małgorzata M. kilkakrotnie odwiedza bratową, aby szczegółowo wypytać, co zdarzyło się owej listopadowej nocy, gdy Franek opuścił rodzinę. Natalia powtarza po raz kolejny: mąż przyszedł pijany, pobił ją, uciekła do pokoju, gdzie spał młodszy syn. Tam też wtargnął, wyciągnął ją za włosy do kuchni, ale na szczęście wódka podcięła mu nogi, przewrócił się, wtedy zabarykadowała się u syna. Gdy chłopiec wychodził w nocy do toalety, zobaczył ojca śpiącego na krześle. Potem słyszała, jak rozmawiał z kimś przez telefon. Rano go już nie było. Znikły też jego dokumenty.

Podobną wersję słyszy teściowa Natalii podczas odwiedzin synowej. Kobietę zaskoczyło, że w dużym pokoju jadalnym jest przemalowana jedna ściana i sufit, a w stołowym brakuje dywanu i wersalki. Synowa tłumaczy, że od dawna nie mogła patrzeć na zniszczoną tapicerkę kanapy (mąż wypalił papierosami dziury, gdy był pijany) a dywan nie nadawał się do czyszczenia. Co do malowania, chciała, korzystając z nieobecności Franka, który nie znosił remontów, odświeżyć pokój. Miała resztki starej farby. Niestety, nie starczyło na całą powierzchnię. Brzmi wiarygodnie, gdyż Natalia lubi porządek – nim wyszła za M., sprzątała w polskich domach.

Wkrótce po tych wizytach Małgorzata M. dostaje kolejny sms: „Siostra zaczynam nowe życie z nową pracą i nową kobietą. Wrócę za rok

„Przecież masz żonę i dziecko!” – odpowiada odwrotną pocztą.

Na to brat: „Natalia otrzyma moją odprawę z pracy, będzie na alimenty. Ja tu muszę pomagać komu innemu”.

Policjant, mówiąc do Natalii M.: „będziemy w kontakcie”, nie rzucał słów na wiatr. Miesiąc po zaginięciu Franciszka M. odwiedza jego rodzinę, pyta żonę, czy może nadeszły nowe wieści.  Otóż tak. Właśnie otrzymała sms: „Kurwo, tobie zostawiam ten majątek z kupą długów”.

Próbowałam się z nim skontaktować – tłumaczy Natalia M. – bez skutku. Okazało się, że w firmie, w której mąż pracował, zaciągnął pożyczkę, 20 tysięcy złotych. Na trzy tygodnie przed zniknięciem porzucił robotę, a z pieniędzy się nie rozliczył.

Zatem niesolidny, a właściwie oszust. I damski bokser, co podczas kolejnej wizyty w komendzie potwierdza siostra zaginionego: – Brat często nie panował nad swoimi nerwami. Kiedyś, rozmawiając ze mną tak walił ręką w stół, aż się skaleczył. Najbardziej agresywny był w stosunku do najbliższej rodziny. Bratowa nieraz uciekała z domu przez okno.

Upływają cztery kolejne miesiące i do domu zaginionego wchodzą funkcjonariusze policji z psem tropiącym. Jeszcze zanim technicy kryminalistyki zaczęli swoją pracę.

Natalia M. przyznaje się, że zabiła męża, a ciało ukryła w przydomowym ogródku. A także do tego, że to ona wysyłała sms-y z telefonu Franciszka.

Odkopują zwłoki ofiary. Zawinięte w narzutę, mają liczne ślady uderzenia ostrym narzędziem; szczególnie potrzaskana jest czaszka. Na ścianach i podłodze w pokoju jadalnym śledczy odkrywają – po zastosowaniu luminalu – krwawe plamy.

Natalia M. wsiada do policyjnego wozu w kajdankach.

 Musiałam go powstrzymać

Natalia M. urodziła się we Lwowie. Zaraz po maturze wyszła za mąż. Wybranek wkrótce pokazał prawdziwą twarz – był alkoholikiem. Na szczęście dla niej wkrótce po tym, gdy urodził im się syn Nazarij, jego ojciec zmarł na marskość wątroby.

Przyciśnięta biedą Natalia zrobiła to, co większość jej rówieśnic na Ukrainie – wybrała się z dzieckiem do Polski z myślą o zarobieniu na życie sprzątaniem. Dwa lata później zwróciła swą urodą (zgrabna, z długimi włosami) uwagę mieszkańca podwarszawskich Ząbek, z zawodu kierowcę autobusowego. Franciszek M. był świeżo po rozwodzie, szukał życiowej partnerki. Ładna, energiczna Ukrainka wpadła mu w oko. Niewiele trzeba było starań – kilka razy przyniesione kwiatki, a przede wszystkim obietnica, że koniec harówki u obcych, już nigdy nie będzie służącą – aby się z nim związała.

Wzięli ślub. Ona dostała kartę tymczasowego pobytu i pracę ekspedientki w pobliskim markecie. Czuła się, jakby Pana Boga złapała za nogi. Wkrótce urodził się drugi syn, Czarek.

Atmosfera w domu popsuła się, gdy mąż stracił pracę. Okazało się, że od dawna nigdzie na dłużej nie zagrzał miejsca. Był bardzo konfliktowy. Coraz częściej między małżonkami dochodziło do awantur, zawsze wszczynał je pan domu. Gdy jeszcze mieszkali z jego rodzicami, jego matka wzywała policję.

Z czasem wybuchy niepohamowanej złości u Franciszka M. zaczęły przegradzać stany depresyjne i wtedy groził popełnieniem samobójstwa. Natalia musiała czuwać w dzień i w nocy, bo mąż nie chciał szukać pomocy u psychiatry. Jego reakcje były dwubiegunowe: to wpadał w euforię, brał kredyty, rozpoczynał remont domostwa, handel złomem (co oznaczało ściągnięcie na podwórko zepsutego sprzętu elektronicznego z całej okolicy), to znów wszystko rzucał i przepadał z domu na kilka dni. Wracał agresywny, gotowy do awantury. Wyżywał się przede wszystkim na żonie i dzieciach.

Dlaczego Natalia nie informowała policji, że mąż się nad nią znęca? Bo obawiała się, że będzie musiała wrócić na Ukrainę. I ciągle miała nadzieję, że może jednak on się opamięta.

Ale działo się coraz gorzej. Tamtej tragicznej listopadowej nocy, pijany ledwo wszedł do mieszkania, pobił ją, rzucił maszyną do szycia o regał, potłukł szybę, kalecząc sobie przy tej okazji dłoń. Zabandażowała mężowi rękę i poszła do drugiego pokoju, gdzie obudzony 10-letni syn Czarek trząsł się ze strachu. Usiłowała go uspokoić. Mąż został w kuchni przy butelce wódki. Po godzinie, gdy kobieta ułożyła dziecko do snu, Franciszek wpadł do sypialni i za włosy wyciągnął ją do drugiego pokoju. Gdy się opierała, zamierzył się siekierą, którą przyniósł ze sobą. Wykrzykiwał, że zabije k….! Jakoś udało się jej podnieść z podłogi i go odepchnąć. M. potknął się o stolik, przewrócił.

Wtedy kobieta wyrwała mu z ręki siekierę. Uderzyła. Ile razy, nie pamiętała, bo na widok krwi straciła przytomność. Gdy się ocknęła, mąż nie żył. Położyła go martwego na wersalce, owinęła narzutą i wyciągnęła ciało na podwórko, aby zakopać pod płotem. Pozostałe godziny do świtu zeszły jej na myciu zabryzganych krwią ścian i podłogi. Gdy Czarek się obudził, zastał matkę z pędzlem w ręku – kończyła malowanie sufitu.

Przerwała robotę, aby zatelefonować do starszego syna, który ze strachu przed ojczymem (chodziło o zabrany bez przyzwolenia samochód) nocował poza domem. Powiedziała mu, że może wracać, bo Franciszek się wyprowadził. Potem kupiła kartę do telefonu męża i zaczęła niby od niego wysyłać sms-y.

Nie wiem, co we mnie wstąpiło tamtej nocy – wyjaśnia policjantom podejrzana Natalia M. – Zazwyczaj, gdy mąż mnie bił, ja nawet nie pisnęłam, bo to go jeszcze bardziej rozsierdzało. Miał bardzo ciężką rękę. Potrafił uderzyć nawet za to, że przejechałam na żółtym świetle. Tylko raz wezwałam policję, to było latem 2010 roku, gdy ciągnął mnie za włosy przez całe podwórko. Ale tamtej listopadowej nocy, gdy wymachując siekierą krzyczał, że zabije wszystkich, również dzieci, coś mi się stało takiego, że musiałam go powstrzymać.

Nim jednak doszło to tego przesłuchania, Natalia M. zapytała starszego syna: – Co byś zrobił, gdybym ci powiedziała, że zabiłam twojego ojczyma?

Nie wiem – odparł.

 Była częścią tego zła

 Oskarżoną poddano obserwacji w szpitalu psychiatrycznym. „Często płacze. Tego, co przeżyła, nie potrafi odreagować. Zbyt długo żyła w przewlekłym stresie, w poczuciu zagrożenia. Owej tragicznej nocy początkowo bała się o życie syna, potem doszło do reakcji na nasiloną agresję męża. Sprzyjało temu wieloletnie poczucie krzywdy, poniżenia. Reasumując – pacjentka, ofiara przemocy domowej, w czasie popełnienia czynu znajdowała się w stanie silnej reakcji afektywnej, która w znacznym stopniu ograniczyła jej zdolności rozpoznawcze i możliwość pokierowania swoim postępowaniem” – stwierdzono w opinii.

Również w sądzie każdemu słowu oskarżonej towarzyszyły łzy.

– Nie wiedziałam, co robię – łkała – Przepraszam rodzinę męża. Bardzo żałuję tego, co się stało.

Na teściach pokajanie się synowej nie robiło wrażenia.

Natalia była częścią tego zła, co się wydarzyło – oskarżał ojciec ofiary – Ja widziałem, jak ona traktowała naszego syna. Wrócił zmęczony po pracy, chciał coś zjeść, a ona: nie jestem twoją służącą. Ja nigdy nie widziałem, żeby on podniósł na nią rękę. Córka mi mówiła, że ona się żaliła. Zapytałem syna, czy to prawda, zaprzeczył.

Może czasem się poprzemawiali – zeznała teściowa Natalii M. – Jak to w małżeństwie. Ale żeby zaraz do rękoczynów doszło, to ja nigdy o czymś takim nie słyszałam. Niemożliwe, aby jej groził siekierą. Franek miał powody się złościć, bo ona nie miała zrozumienia dla jego problemów w pracy. Niepotrzebnie ożenił się z Ukrainką. Mój mąż, gdy się dowiedział, że syn taką sobie wyszukał, ostrzegał go, że będzie z tego nieszczęście. Jako wojskowy pamiętał, co Ukraińcy robili w czasie wojny na Wołyniu. Ale syn był głuchy na takie gadanie. „Moje cudo” – mówił o Natalii po ślubie.

W przekonaniu matki Franciszka M., Ukrainka od dawna planowała morderstwo. Może miała na boku romans i chciała się pozbyć męża? A, że z pomocą siekiery? No właśnie mąż wojskowy wiedział, co mówi.

Nawet Małgorzata M., która w śledztwie przyznawała, że widziała pobitą Natalię i powiedziała bratu kiedyś, że należy mu się porządny łomot, na rozprawie oświadczyła, że o konflikcie w domu brata słyszała głównie od jego żony. On mówił, że wszystko w porządku.

Jedynie siostra oskarżonej, która miesiącami mieszkała w Polsce utrzymując się ze sprzątania, twierdziła, że była świadkiem nie tylko napadów szału szwagra, ale też jego małżeńskiej zdrady. W rodzinie nie było to zresztą tajemnicą, matka Franciszka odwiedziła kiedyś w Warszawie jego kochankę. Gdy przegoniła tę kobietę, on zaraz znalazł inną.

Zapadł wyrok: 13 lat więzienia. (Prokurator żądał 25 lat). Sąd uznał, że Natalia M. w chwili popełnienia zbrodni nie do końca wiedziała, co czyni:  – Zadała mężowi dziewięć niemal identycznych, równoległych ciosów w głowę. Ale już po zabójstwie jej reakcja nie była typu: „Boże, co ja zrobiłam?”. To był ciąg racjonalnych, przemyślanych zachowań – mówił w uzasadnieniu sędzia.

Wyrok nie jest prawomocny.

Helena Kowalik

 Fot. Policja

 

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ