ZMIELONY Z ZAZDROŚCI

0
611
Takiej fabuły nie wymyśliłby scenarzysta najczarniejszego horroru. Właściciel garbarni zabił swojego pracownika, bo podobno dobierał się do jego konkubiny. Potem pociął ofiarę na kawałki, ciało rozpuścił w kwasie a kości wywiózł do zakładu utylizacji. Do pomocy w zatarciu śladów zbrodni przymusił kochankę i innego robotnika.

dsc_0023

Do tej makabrycznej zbrodni doszło w marcu 2015 roku na skraju Bisztynka, miasteczka w województwie warmińsko-mazurskim. W czasach PRL działała tam garbarnia skór „Horyzont”. Już w nowym ustroju, upadły zakład ze stojącym obok domem kupił 52-letni dziś Eugeniusz B. z Mazowsza. Przybył tu z 41-letnią obecnie Beatą B., konkubiną o innym nazwisku. Mają jedenastoletnią dziś córkę Oliwię, ale chyba nie był to szczęśliwy związek.
Diabeł w skórze baranka
– Pracowałam trochę przy skórach w garbarni i wiem, że Beata strasznie się go bała. Drżała jak tylko na nią spojrzał, tańcowała jak on jej zagrał. Wcale się z nią nie liczył – opowiada Barbara Nowak, sąsiadka z naprzeciwka. Wspomina, jak Eugeniusz B. wpadł kiedyś pijany do jej domu i pobił lokatora, który wynajmował u niej pokój, aż mu złamał szczękę. Jednak nie zgłosił pobicia na policję, bojąc się, że furiat w zemście może go w nocy spalić.
dsc_0006
W tym domu odbyła się libacja
Według miejscowych nie był to baranek, ale diabeł w ludzkiej skórze. Dlatego ciągle miał kłopoty z zatrudnieniem pracowników. Lubił po robocie z nimi popić, co nie wszyscy dobrze znosili, zwłaszcza gdy chciał z nich zrobić uległych podwładnych. Niedawno jeden z nich odszedł, ale na swoje miejsce polecił Marka S.
– To spokojny chłopak, takie ciepłe kluchy – wspomina go jedna z mieszkanek Bisztynka, która wcześniej pracowała z nim w innym zakładzie.
Marek S. dojeżdżał do miasteczka z nieodległej wsi Bajdyty, gdzie wspominają go bardzo ciepło jako „dobrego chłopaka”, spokojnego i rzetelnego, który co prawda lubił wypić, ale nikomu nie szkodził.
– Jak trzeba było komuś pomóc piłować drzewo, to nigdy nie odmówił – pamięta Mieczysław Bazyluk, jeden z mieszkańców Bajdyt.
Zaginął bez śladu
Rodzina Marka S. mieszkała w tzw. czworakach – budynku przeznaczonym kiedyś dla służby folwarcznej w majątku junkra pruskiego, a po wojnie – dla pracowników miejscowego PGR. Gdy zlikwidowano państwowe gospodarstwa rolne, ten i sąsiedni budynek przejęła gmina. Po śmierci rodziców i wyjeździe siostry oraz trzech braci ze wsi, Marek pozostał w lokalu sam. Przybywało mu lat, ale się nie żenił i – jak wspominają sąsiedzi – nie ciągnęło go do kobiet. Nikt więc nie podejrzewał go o romans z konkubiną właściciela garbarni z Bisztynka, która przyjeżdżała rano nissanem do Bajdyt, aby zabrać go i przywieźć do pracy. Bo wiadomo, jak działa komunikacja na prowincji.
dsc_0024
W tych czworakach mieszkał Marek S.
– Marek zawsze wracał do domu, choćby najbardziej pijany, dlatego ludzie zaczęli się niepokoić, kiedy nie było go widać na wsi – opowiada pan Andrzej, inny sąsiad.
– Jak nie przyszedł na pogrzeb starszej kobiety z Bajdyt, z którą dobrze się znali, ten niepokój przerodził się w podejrzenia – dodaje policjant z Bartoszyc, kiedyś mieszkaniec tej samej wsi i młodszy kolega Marka S. To właśnie on w kwietniu tego roku został poproszony przez ludzi ze wsi, aby zgłosił zaginięcie 44-latka. Najpierw sam zadzwonił do braci Marka, którzy wyprowadzili się do Warszawy, ale oni nic nie wiedzieli. Sprawie nadano więc bieg oficjalny, funkcjonariusze Komendy Powiatowej Policji w Bartoszycach i okolicznych jednostek sprawdzali dworce, szpitale, pustostany, przeszukiwali drogi, rozlewiska, opuszczone gospodarstwa rolne, jednak bez powodzenia.
dsc_0011
Barbara Nowak przed garbarnią
– Do mnie przyjechała nawet pani Ania spod Kętrzyna, siostra tego Marka, pytała, czy go widziałam, ale nic nie mogłam jej pomóc – pamięta Barbara Nowak, mieszkająca w domu obok garbarni. Z kolei wspomniany pan Andrzej z Bajdyt sam jeździł do Bisztynka i pytał właściciela garbarni o zaginionego pracownika. Usłyszał, że trzy tygodnie wcześniej Marek S. wziął wypłatę i już więcej w zakładzie się nie pojawił. Mówiąc to Eugeniusz S. wyglądał na zdenerwowanego.
Przerobiony na proszek
W tym kierunku skierowali poszukiwania także policjanci. Rozpytywali o sposób życia zaginionego i jego otoczenie, zwłaszcza despotycznego szefa, a także o to, co działo się w domu na skraju miasteczka. Ten trop doprowadził ich do celu. Nie wiadomo dokładnie, jak zdobyli cenne informacje, ale można przypuszczać, że wreszcie „pękła” Beata – konkubina właściciela garbarni. Wspominanie tragicznego w skutkach wydarzenia musiało być dla niej ogromną traumą.
kryminalni
ekipa śledcza poszukuje śladów zbrodni
Według wstępnych ustaleń śledczych, do zbrodni doszło w połowie marca. W domu przy garbarni miała miejsce impreza alkoholowa z udziałem Eugeniusza B., jego konkubiny, Marka S. i jeszcze innego, 39-letniego pracownika. Między właścicielem garbarni i Markiem doszło ponoć do sprzeczki, ten pierwszy miał chwycić metalową rurkę i śmiertelnie uderzyć nią podwładnego.
Informacje te wystarczyły, aby 1 lipca 2015 roku policja zatrzymała żyjących uczestników libacji, a kolejne czynności śledcze odsłoniły brutalną prawdę o dalszym ciągu zdarzenia. Trzeba było pozbyć się ciała ofiary. Według mieszkańców Bajdyt, ciało Marka zostało najpierw przywiezione do jego wsi i wyrzucone nad stawem. Ale potem zabójca zreflektował się, że to nie gwarantuje mu bezpieczeństwa i zabrał je z powrotem do garbarni. Takiej wersji nie potwierdza, ani policja, ani prokurator Izabela Szyszkowska, szefowa Prokuratury Rejonowej w Biskupcu. Dla „dobra śledztwa” nie ujawnia żadnych szczegółów, które przedostały się już do opinii publicznej. A są one makabryczne.
Marek S. – ofiara zbrodni
Eugeniusz B. odciął głowę, ręce i nogi ofiary, a resztę ciała porąbał na drobniejsze kawałki, które wrzucił do beczki z kwasem siarkowym, zapędzając „do roboty” także kochankę i drugiego pracownika. Po tej operacji pozostały kości, więc oprawcy załadowali je na ciężarówkę z garbarskimi odpadami i wywieźli do zakładu utylizacji pod Toruniem. Ze spalonych tam kości pozostała tylko mączka do produkcji paszy dla norek.
– Jak to się wszystko wydało, to znów była u mnie pani Ania i tylko westchnęła smutno: „Brat się odnalazł”. Ale nie wiedziała, jak go pochować – opowiada Barbara Nowak z Bisztynka.
Nie ma ciała, jest zbrodnia
 Jeśli nie ma ciała, nie ma zbrodni – taka zasada zapewne przyświecała właścicielowi garbarni, który pozbył się szczątków ofiary. W związku z tym na posesję Eugeniusza B. wkroczyły ekipy śledcze, szukając śladów krwi z pomocą luminolu i lamp ze światłem ultrafioletowym. Zabezpieczono inne ślady i przedmioty, które posłużą jako dowody w procesie sądowym, do którego zapewne dojdzie po zakończeniu śledztwa.
zatrzymana
Beata B. podczas wizji lokalnej
Cała trójka została zatrzymana i osadzona w areszcie, choć konkubina właściciela garbarni po pewnym czasie wyszła na wolność i podjęła próbę odzyskania córki, przekazanej rodzinie zastępczej. Natomiast Eugeniusz B. tłumaczył się, że w czasie libacji to Marek S. pierwszy zaatakował go niebezpiecznym narzędziem. Potem ciało zmielił, bo był w amoku.
Dlaczego w ogóle doszło do zabójstwa? Na ten temat krążą różne opowieści obyczajowe, których nie chce komentować policja, ani prokuratura. Mówi się i pisze, że podczas libacji Marek S. dobierał się do Beaty, podszczypywał ją i łapał za pupę, co zauważył jego szef i zareagował wściekłością. Inna wersja głosi, jakoby 44-latek od pewnego czasu miał romans z kobietą, która przywoziła go do pracy. Zazdrosny pracodawca dowiedział się o tym, a po pijanemu ujawnił swoje frustracje. Czy miał ku temu powody, czy może po prostu dostawał po wódce „białej gorączki”, jak uważają mieszkańcy Bajdyt? Bo przecież według nich Marek S. nie miał pociągu do kobiet, nawet po alkoholu.
Marek Książek
Fot. Autor i archiwum KWP Olsztyn

 

 

 

 

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ