Gangsterski western po poznańsku

0
630
Zatrzymanie "Makowca"

Publikujemy fragment książki Janusza Szostaka i Jarosława Sokołowskiego  „Bandyci i celebryci”

KSIĄŻKĄ TU DO KUPIENIA

 Ćwierć wieku temu  – za sprawą  artykułu, którego byłem współautorem – poznańskiego gangstera Marka F. pseudonim „Western” przenoszono z celi do celi. Obawiano się, że – po naszej publikacji – może zostać zamordowany. Zleceniodawcą zabójstwa miał być rzekomo Zbyszko B., znany szerzej jako  „Makowiec”. To on – w innej sprawie – wynajął kilera, którego wcześniej wsadziliśmy za kraty.

18 listopada 1994 roku, w magazynie „Expressu Wieczornego” – „Kulisy”, ukazał się reportaż „Kto mówi prawdę”.  Wspólnie z Radosławem Rzepką przedstawiałem w nim nieznane szerzej okoliczności rzekomej korupcji w poznańskiej policji. Przez kilka miesięcy zbieraliśmy informacje, rozmawialiśmy z dziesiątkami osób. Fakty układały się dość przejrzyście: cała ta „afera” była misternie przeprowadzoną akcją,  mającą na celu zniszczenie uczciwych policjantów.  Naszym zdaniem był to atak przygotowany przez ludzi z establishmentu gospodarczego i  politycznego, przez wsparciu niezbyt uczciwych policjantów i usłużnych dziennikarzy. W tle pojawiali się też poznańscy gangsterzy.

O ile publikację „Gazety Wyborczej” „Korupcja w poznańskiej policji” oparto na anonimowych wypowiedziach, o tyle w naszym reportażu z imienia i nazwiska wypowiadało się kilkanaście osób.

 Jedną z nich był – nieżyjący już – Telesfor J. To kluczowa postać w tej sprawie – między innymi jego anonimowe opowieści wywołały „aferę”. Człowiek ten musiał odejść z policji. Jak mówili nam jego ówcześni przełożeni: – Niepokoiły nas jego powiązania ze światem przestępczym. Niektórzy przypuszczali, że mogło go coś łączyć z gangsterem o pseudonimie „Western”. Człowiek ten miał na swoim koncie serię brutalnych napadów. Musieliśmy go zamknąć bez wiedzy Telesfora. Ale on go bronił, twierdził, że to jego agent.

Marek F. pseudonim „Western”

Ten agent Telesfora J. został wówczas skazany na 12 lat więzienia. Między innymi za napad na syna wójta gminy romskiej w Swarzędzu. Sprawcy zadali wówczas młodemu Cyganowi 30 ran kłutych, pomimo to zdołał przeżyć.

– Sprawa „Westerna” została zepsuta, ja chodziłem za nim 2 lata – wyznał nam Telesfor J. przed laty – Przez niego chciałem dopaść „Makowca”. Gdyby nie zatrzymanie „Westerna”, wsadziłbym także Zbyszka B.

 Zbyszko B., zwany „Makowcem”, to postać znana nie tylko w poznańskim świecie przestępczym. To pierwsza liga polskich gangsterów. „Western” zawsze pozostawał w cieniu „Makowca”, ale przez lata byli zakumplowani. Obaj wszak zaczynali jako cinkciarze, podobnie jak Aleksander G. – były senator, który przez lata roztaczał nad „Makowcem” parasol ochronny.

W marcu 1994 roku prokuratura oskarżyła „Makowca”  o zniszczenie  samochodów szefostwa konkurencyjnego gangu z osiedla Piątkowo. Wówczas senator dał mu alibi: – W tym czasie piliśmy razem herbatę – stwierdził senator.

To także dzięki Aleksandrowi G. gangster uzyskał „list żelazny”, gwarantujący mu nietykalność i wolność do czasu zakończenia postępowania sądowego, gdy przed laty postawiono mu zarzuty prokuratorskie. W powojennej historii polskiego sądownictwa był to pierwszy przypadek zastosowania tej instytucji prawnej. O „list żelazny” przez lata starał się bezskutecznie pułkownik Ryszard Kukliński, który został w stanie wojennym zaocznie skazany na karę śmierci.

 Zbyszko B. nie miał podobnych problemów i mógł cieszyć się wolnością. Na krótko – po dość zabawnym zatrzymaniu – trafił jednak wówczas do aresztu. Policjanci, gdy już znaleźli haka na „Makowca”, postanowili schwytać go w jego willi na Naramowicach, przy ulicy Maków Polnych (od nazwy której przybrał ksywę). Jednak w domu zastali tylko obłożnie chorą żonę gangstera:

 – Męża nie ma, możecie szukać, a i tak go nie znajdziecie – zakomunikowała policjantom. Jednak ci nie ulegli jej perswazji i znaleźli gospodarza, który ukrył się… w psiej budzie razem z dwoma dobermanami.

Zresztą podobnych akcji w wykonaniu  Zbyszka B. było więcej. Jeden z byłych poznańskich policjantów przypomina takie zdarzenie:

– Zatrzymaliśmy go na ulicy. Wiadomo było, że ma przy sobie broń. On jednak zamknął się w samochodzie i nie chciał wyjść. Mówił: „Postawcie patrol i mnie pilnujcie, a ja się nie ruszę”. Nie było innego sposobu, przeholowaliśmy jego samochód na policyjny parking. Tam dopiero skapitulował.

Gdy Marek F.  trafił do aresztu, Makowiec nie zapomniał o koledze. Podczas jednej z rozpraw przeciwko „Westernowi”, na sądowych korytarzach pojawiła się grupa kilkunastu poznańskich gangsterów, którymi dyrygował „Makowiec”. Bandyci próbowali zastraszyć świadków, doszło do bójki z Cyganami. Jednego z Romów usiłowano wyrzucić przez okno. Akcja została jednak przerwana na rozkaz „Makowca” i napastnicy wycofali się.

Niebawem Zbyszko B. przeczytał w „Expressie Wieczornym”, że Marek F.  był agentem policyjnym. Co gorsza dowiedział się, że Telesfor J.  – przez „Westerna” – zamierzał dobrać się do niego.

Ta wypowiedź Telesfora J., wstrząsnęła zarówno „Makowcem”, jak i „Westernem”. Zbyszko B. zapowiedział zemstę. Wieść o planowanej dintojrze, szybko dotarła za mury więzienia we Wronkach, gdzie  „Western” odsiadywał wyrok 12 lat. Marek F. wpadł w panikę, wiedział, że z „Makowcem” żartów nie ma.

Groźby Zbyszka B. nie zostały jednak zbagatelizowane przez policję i służby więzienne. „Westerna” przenoszono co kilka dni z celi do celi. Wprowadzono też wzmożone środki bezpieczeństwa wobec niego. Przeżył.

Także w bandyckim cv Zbyszka B. nastąpiła długa przerwa. „Makowiec” trafił  na 15 lat do więzienia za zlecenie zabójstwa.

W 1995 roku w poznańskiej kawiarni Cafe Głos został zastrzelony mężczyzna. Zamachowcem okazał się być Albert Kiełczyński, ksywa „Izraelczyk”. Zabójca twierdził, że zabity mężczyzna nie chciał się z nim rozliczyć z pieniędzy za kradzione samochody. Prawda wyglądała zgoła inaczej. Zginąć miał niejaki „Święty”, który dwa miesiące wcześniej porwał syna „Makowca”. I to właśnie Zbyszko B. wynajął kilera, aby ten odstrzelił porywacza. Kiełczyński jednak  pomylił się i strzelił do przypadkowej osoby – poznańskiego motorowodniaka, Marka Z.

Warto na chwilę zatrzymać się przy postaci płatnego mordercy.

Na początku stycznia 1994 roku, dzięki dziennikarskiemu śledztwu Radosława Rzepki (wówczas „Express Wieczorny”), doszło do zatrzymania międzynarodowego gangu, dokonującego w Warszawie wielu przestępstw. Na czele tej grupy stał Andrzej Kiełczyński, przed laty  szpieg CIA w  Izraelu, były terrorysta i  bliski współpracownik  byłego premiera tego kraju, Menachema Begina. Starsza córka Kiełczyńskiego  była żoną syna Mosze Dajana (był ministrem Obrony Narodowej i Spraw Zagranicznych Izraela – przyp. red),   natomiast młodsza popularną w Izraelu aktorką i modelką.

W 1992 roku  Andrzej Kiełczyński wraz ze swoim bratankiem Albertem przyjechał z Izraela do Polski, i tu stworzyli groźną grupę przestępczą. Rozpracował ją właśnie Radosław Rzepka. Wtedy Albert Kiełczyński dostał wyrok siedmiu lat pozbawienia wolności, m.in. za napad rabunkowy na kolekcjonera monet i przestrzelenie mu kolan. Jednak  podczas przerwy w odbywaniu kary – spowodowanej chorobą nowotworową – związał się z poznańskim światem przestępczym. I tak stał się cynglem „Makowca”.

Albert przyjął od Makowca 10 milionów starych złotych (1000 zł) zaliczki. Przestępcy początkowo umówili się na honorarium w wysokości 20 tysięcy dolarów, jednak po negocjacjach spadło ono do 10 tysięcy dolarów. Kiler zgodził się wykonać zlecenie za taką sumę, ale dodatkowo zażądał broni. Zbyszko B. był na to przygotowany. Otworzył szufladę kredensu i wyjął broń. W magazynku znajdowały się cztery naboje. Był to pistolet C2 o kalibrze 6,35 mm.

Tym razem „Izraelczyk” został skazany na dożywocie. Chory na raka zmarł w więziennym szpitalu w trakcie odbywania kary.

Za zlecenie zabójstwa w Cafe Głos, „Makowiec” dostał 15 lat pozbawienia wolności. Jednak w czasie przerwy w ogłaszaniu wyroku, niespodziewanie zniknął z sądu. Odnalazł się dopiero po trzech latach, gdy w Toruniu na  ul. Szewskiej robił zakupy w sklepie z damską bielizną. Tam schwytała go specjalna grupa pościgowa. I na wiele lat zamknęła się za nim brama więzienia.

Jednak, mimo pobytu Makowca w kryminale, śledczy  nie przestali interesować się jego gangsterskim dorobkiem.

„Makowiec” z rodziną w Egipcie

W 2007 roku na współpracę z prokuraturą poszedł Krzysztof  W. – pseudonim „Kanada” – były żołnierz „Makowca”. Postanowił sypać bossa, gdy  okazało się, że ma odsiedzieć siedem lat za kradzieże i oszustwa. W areszcie „Kanada” dowiedział się także, że jego dziewczyna zdradziła go z synem „Makowca”. Z zazdrości i zemsty, poszedł na współpracę z policją. Licząc przy okazji na łagodniejszy wyrok. Dzięki jego  zeznaniom, na ławę oskarżonych  trafiła cała  familia „Makowców”: ojciec, matka oraz dwóch synów. Pogrążył także innych przestępców, m.in. członków gangu Lejka.

To właśnie „Kanada” zasugerował policjantom, że w basenie „Makowca” pogrzebany jest Damian Sz., pseudonim „Twardziel”, który przepadł bez śladu w 1995 roku. Stało się to, gdy usiłował przejąć kontrolę nad miejscowym półświatkiem.  Policja zrujnowała basen w poszukiwaniu ciała „Twardziela”. Jednak bez oczekiwanego efektu. Znaleziono co prawda krew zmieszaną z ziemią, lecz badania DNA wykluczyły, aby należała do Damiana Sz. Pojawiły się zatem przypuszczenia, że to krew zaginionego dziennikarza Jarosława Ziętary. Ale kod genetyczny także się nie zgadzał.

W efekcie  Iwona B., żona Zbyszka,  domagała się od  prokuratury i policji  50 tysięcy złotych odszkodowania  za zniszczony basen.

Wkrótce też „Kanada” – widząc, że nie wyjdzie wcześniej na wolność – zmienił zeznania. Co sprawiło, że część oskarżonych gangsterów zostało uniewinnionych.

Także „Makowiec”  w 2017 roku wyszedł na wolność.

  – I pewnie bardzo szybko odnajdzie się w nowej rzeczywistości  – przewiduje jeden z byłych poznańskich policjantów – Chociaż teraz mówi się, że jest poważnie chory. Ale on w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji, potrafił robić duże pieniądze.

Janusz Szostak

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ