Ojciec zrobił z córki kalekę

0

Niemal co kilka dni media donoszą o kolejnym skatowanym dziecku. Wówczas wszyscy pytają, gdzie byli sąsiedzi, pomoc społeczna, policja. Dlaczego nikt nie zauważył krzywdy dziecka? Historia pobicia ośmiomiesięcznej Anastazji z Poznania pokazuje, że można było tragedii uniknąć. Niemowlę pobite przez ojca po raz pierwszy trafiło do szpitala w maju 2014 roku. Szpital nie zawiadomił policji i dziecko wróciło do domu, gdzie za dwa miesiące zostało ponownie skatowane. Tym razem obrażenia były o wiele poważniejsze, dziecko już nigdy nie będzie chodzić. 13 lat pozbawienia wolności dla wyrodnego ojca, to żadne pocieszenie. Ważniejsze jest, co zrobić, aby do podobnych przypadków nie dochodziło. Państwo musi nauczyć się skutecznie bronić swoich najmłodszych obywateli.

W maju 2014 roku karetka Pogotowia Ratunkowego na sygnale pojawiła się pod kamienicą na ulicy Leszczyńskiej w Poznaniu. Ratownicy przyjechali na zgłoszenie od rodziców zaniepokojonych zdrowiem trzymiesięcznej córki. Po wejściu do mieszkania, doświadczeni pracownicy pogotowia od razu domyślili się, co tutaj się stało. Niemowlę miało podbite oko, liczne sińce na ciele, a 21-letni ojciec był pobudzony, agresywny i zachowywał się dziwnie.

– Mężczyzna był chyba pijany, a jego źrenice były powiększone, wskazywały, że zażywał jakieś substancje psychoaktywne – tak po kilku miesiącach w sądzie zeznawał jeden z ratowników.

Mała Anastazja trafiła do szpitala dziecięcego im. Krysiewicza w Poznaniu. Lekarze zdiagnozowali wstrząs mózgu, a obrażenia na ciele dziecka nie pozostawiały wątpliwości, że ktoś skatował malucha. Krzysztof J., ojciec dziecka przyjechał do szpitala. Od samego początku był agresywny, gdy lekarze zasugerowali, że dziecko zostało pobite, wpadł w szał i chciał zabrać córkę do domu. Jednocześnie zaprzeczał, jakoby maluch został pobity. Obrażenia tłumaczył przypadkowym uderzeniem główki dziecka podczas zabawy.

Choć obrażenia dziecka były poważne, udało się ją uratować. Po kilku dniach jej stan na tyle się polepszył, że mogła wrócić do domu.

Bez szans na normalne życie

I to był największy błąd ze strony szpitala. Dyrektor placówki, zamiast zawiadomić policję lub prokuraturę o pobiciu, poinformował o całym zajściu Sąd Rodzinny. To był fatalny błąd, przez który za dwa miesiące doszło do tragedii. Mała Anastazja wróciła do domu i w lipcu tego samego roku została ponownie skatowana przez swojego ojca. Niestety tym razem skutki pobicia okazały się o wiele poważniejsze. Dziewczynka ma porażenie czterokończynowe i już pewnie nigdy nie będzie chodziła, straciła wzrok i jest opóźniona w rozwoju.

Kilka dni po drugim pobiciu, już po zatrzymaniu Krzysztofa J. przez policję pojechałem na ulicę Leszczyńską, aby porozmawiać z jego sąsiadami. Stąd do cieszącego się złą sławą Dębca niedaleko, w pobliżu zaczyna się pas domków jednorodzinnych. To już w zasadzie przedmieścia Poznania, ale gdy pytam o zatrzymanego, wszyscy doskonale go znają. Większość nie chce o nim rozmawiać, po prostu boją się, że wyjdzie z więzienia i będzie znowu się awanturował.

– Często chodził pijany, ciągle przeklinał. Co to za ojciec, co idzie na spacer, pchając wózek i w ręce trzyma butelkę piwa lub papierosa – opowiada starsza kobieta.

– Jak na dworze ciepło i są otwarte okna, to wszystko słychać, co dzieje się domu. W tej rodzinie ciągle dochodziło do awantur. Nawet przed urodzeniem dziecka. Myślę, że on bił również matkę dziecka. Krzyki w ich w domu to była normalna rzecz – wspomina druga kobieta i zaraz ściszonym głosem opowiada, jak po pierwszym pobiciu próbowała sprawą zainteresować policję, gazety lokalne, kogokolwiek, kto mógłby dziecku pomóc. Starszej kobiety nikt nie chciał słuchać.

Na początku lipca 2014 roku do szpitala Krysiewicza w Poznaniu po raz drugi trafiła mała Anastazja. Tym razem dziecko przywieźli sami rodzice i prosili o pomoc. Dziewczynka była nieprzytomna, a rodzice tłumaczyli, że maluch spadł z wysokości metra na materac w łóżku.

Tym razem stan dziecka był o wiele poważniejszy. Miało rozległe uszkodzenia mózgu. Maluch trafił na salę operacyjną, gdzie lekarze musieli walczyć o jego życie. Przeszło trepanację czaszki. Lekarze nie uwierzyli w wersję o nieszczęśliwym wypadku przedstawionym przez rodziców. Jednak tym razem o podejrzeniu pobicia została powiadomiona policja.

Dziewczynka kilka dni przebywała w śpiączce farmakologicznej. Po wybudzeniu okazało się, że obrażenia były tak wielkie, że już do końca życia będzie inwalidką. Jej rozwój zatrzymał się, w ciele prawie trzyletniego dziecka ukryty jest kilkumiesięczny niemowlak. Lekarze nie dają szans na poprawę zdrowia.

Obydwoje rodzice zostali pozbawieni praw rodzicielskich, mała Anastazja trafiła do Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci we Wschowie prowadzonego przez siostry zakonne.

Byłem dobrym ojcem

Na ławie oskarżonych zobaczyliśmy młodego mężczyznę ze starannie przygotowaną fryzurą, na ciele w wielu miejscach miał tatuaże. Podczas całego procesu nie przyznał się do winy, nie wyraził skruchy, nie uronił ani jednej łzy. Był pewien siebie i cały czas zapewniał o swojej niewinności.

anastazja02
Okrutni rodzice i ich okaleczona córeczka/ fot FB

anastazja01

– Byłem dobrym ojcem. Anastazja nie była zaplanowanym dzieckiem, ale nie zdecydowaliśmy się na usunięcie ciąży. Postanowiliśmy, że się urodzi i ją wychowamy. Poszedłem nawet do pracy, by utrzymać dziecko – tłumaczył spokojnym głosem.

Jednak opinie biegłych nie pozostawiały wątpliwości, co tak naprawdę stało się w czterech ścianach mieszkania na ulicy Leszczyńskiej.

Wszystkie obrażenia dziecka miały charakter wewnętrzny. Uderzenia były silne, ale na ciele dziecka za drugim razem nie było śladów pobicia, co wskazuje, że sprawca działał z myślą o uniknięciu konsekwencji swoich czynów. Obrażenia powstały najprawdopodobniej przez energiczne potrząsanie dzieckiem lub rzucanie z dużej wysokości na miękkie podłoże, na przykład materac.

Oskarżony natomiast twierdził, że obrażenia w lipcu również powstały przez wypadek.

– Bawiłem się z córką i wyleciała mi z rąk. Spadła na drewnianą ramę łóżeczka. Bałem się ją mocniej trzymać, bo od mojego uchwytu na jej ciele powstawały siniaki. Takie same jak te, które miała podczas pierwszego pobytu w szpitalu – tłumaczył naiwnie, ale sąd nie dał się nabrać na te kłamstwa.

Wyrodnego ojca próbowała bronić także Natalia D. matka dziecka. W sądzie pojawiła się w pofarbowanych na czarno włosach, z mocnym makijażem i paznokciami polakierowanymi każdy w inny kolor. Wydawało się, że zupełnie nie żałuje dziecka i bardziej martwi się sytuacją partnera. Młodzi żyli w konkubinacie, nie mieli ślubu.

– Krzysztof tylko kilka razy został sam z dzieckiem. Nie bałam się go zostawić samego z córką, bo dobrze zajmował się nią przy mnie – twierdziła.

Podobnie zeznawał jej ojciec. Para po urodzeniu dziecka zamieszkała z nim. Dziadek nie zauważył, żeby Krzysztof źle traktował jego wnuczkę. Przy okazji wyszło na jaw, że kilka miesięcy wcześniej między mężczyznami doszło do kłótni i szarpaniny. Krzysztof J. kopnięciem złamał dziadkowi Anastazji rękę.

Bez skruchy i żalu

Sąd Okręgowy w Poznaniu za dwa pobicia oraz posiadanie narkotyków skazał we wrześniu 2015 roku Krzysztofa J. na łączną karę 12 lat pozbawienia wolności. Sędzia, czytając uzasadnienie wyroku, nie miał wątpliwości co do winy oskarżonego. Podkreślił, że ojciec zobowiązany jest chronić własne dziecko, a kiedy to on sam je krzywdzi, należy takie zachowanie potępić podwójnie.

Co ciekawe, skazany czuł się pokrzywdzony i wniósł apelację, żądając uniewinnienia. W tej sprawie nie pojawiły się żadne nowe dowody ani zeznania świadków. Sąd Apelacyjny, po zapoznaniu się z aktami, również nie miał wątpliwości co do winy Krzysztofa J. Jednak analizując sprawę doszedł do wniosku, że kara wymierzona za pierwsze pobicie była zbyt niska. Podwyższył ją do 4 lat, w wyniku czego wymierzył łączną karę 13 lat pozbawienia wolności. Oskarżony na własną prośbę zrezygnował z obecności w sądzie podczas ogłaszania wyroku.

– Oskarżony cały czas nie wyraził skruchy, mimo jednoznacznych opinii biegłych nie powiedział prawdy i nie zdradził, jak doszło do pobicia. Nie rozumie również konsekwencji swoich czynów. Nie rozumie, że zmiany w wyniku pobicia są nieodwracalne i nie zdaje sobie sprawy, jak zniszczył życie swojej córki – sędzia uzasadniał wyrok i tłumaczył, że nie dopatrzył się żadnych okoliczności łagodzących.

Czy 13 lat pozbawienia wolności dla ojca katującego własne dziecko, to wyrok sprawiedliwy? W przypadku takich zbrodni chyba nie umiemy powstrzymać emocji. Zaczynamy za to zastanawiać się i analizować, jak można było do tragedii nie dopuścić. Niestety w Polsce cały czas pokutuje przekonanie, że wychowanie dzieci to własna sprawa rodziców, i bardzo nerwowo reagujemy, gdy instytucje państwowe próbują korygować błędy rodziców. Najlepiej to widać na przykładzie polskiej emigracji, w krajach, gdzie system kontroli rodziców jest o wiele bardziej rozbudowany niż w Polsce.

Opisana sprawa pokazuje, że w naszym kraju nawet w sytuacjach patologicznych procedury ochrony dzieci zawodzą. Po pierwszym wyroku spróbowałem wyjaśnić, dlaczego szpital nie zawiadomił policji.

– Nie popełniliśmy błędu. Nie uwierzyliśmy w wyjaśnienia ojca, że doszło do nieszczęśliwego wypadku i zawiadomiliśmy Sąd Rodzinny. Po drugim pobiciu zawiadomiliśmy policję – tłumaczy wicedyrektor szpitala Sylwia Świdzińska.

Problem tylko w tym, że odpowiednim organem, który należy poinformować w takim przypadku jest policja. Tylko to gwarantuje szybkie działanie dla dobra dziecka. Po informacji ze szpitala po pierwszym pobiciu Sąd Rodzinny wysłał kuratora, aby przyjrzał się rodzinie. Niestety nie dopatrzył się on niczego niepokojącego. Za kilka dni od jego wizyty doszło do drugiego pobicia, i mała Anastazja w stanie ciężkim trafiła do szpitala.

Zasadne jest więc pytanie, kto jeszcze powinien ponieść karę w tej sprawie? Kto popełnił błąd?

Przemysław Graf

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ