Dekadencja „Pruszkowa”

0

Połowa lat 90, to czas, gdy najsłynniejszy polski gang podbijał Polskę.  Był to okres, gdy gangsterzy czuli się w zasadzie bezkarni, a bossowie gangu byli swego swojego rodzaju celebrytami, nie tylko dla półświatka. Wielu polityków, artystów czy biznesmenów było przekonanych, że dobrze jest znać kogoś z „miasta”.

Jak to wówczas wyglądało przypomina Jarosław Sokołowski, „Masa”. – Opowiem o imprezie, która miała miejsce na Torwarze. Wówczas  Bogdan T.,  przewodniczący Rady Gminy Centrum, kandydował na prezydenta Warszawy. Znaliśmy sie bardzo dobrze,  on były swego rodzaju łącznikiem w kontaktach między samorządową elitą a „Pruszkowem”. Był też prezesem Polskiego Związku Hokeja, aj jak wiesz miałem też w życiu hokejowy epizod. Wtedy pojechałem na jego zaproszenie, na mecz hokejowy na Torwarze. I tam między tercjami było przyjęcie dla VIP-ów. Catering, biba, wódka się leje, czyli normalnie. Ja tam wchodzę i co widzę: wszyscy najważniejsi notable Warszawy w jednym miejscu, facjaty znane z pierwszych stron gazet. Trochę mnie to przystopowało. Ale co tam, chuj z nimi – pomyślałem, i pakuję się do środka.  Ja wtedy to byłem pan świata, a przynajmniej Polski. Tak mi się przynajmniej wydawało.

 – Zapewne, gdy cię zobaczyli, to uciekali w popłochu?

– Wprost przeciwnie. Bogdan T., jak tylko wszedłem mówi: „Poznajcie to Masa”. Jak tylko to usłyszeli, to zaczęli do mnie podbijać, poklepywać. Każdy chciał się ze mną napić. Mało brakowało a autografy bym im rozdawał. Między drugą a trzecią tercją zrobiła się już całkiem rodzinna atmosfera, a po meczu to wszyscy byli zakolegowani. Takie to były czasy, nie było wówczas niczym nagannym bawić się z gangsterami. Gangster był wtedy celebrytą.

Przejdźmy jednak do właściwej historii, która miała miejsce w warszawskim klubie „Dekadent”.

Paweł D. nie był co prawda członkiem władz stolicy, a jedynie pobliskiego Sochaczewa. Ten  biznesmen, radny i członek zarządu miasta Sochaczew, miał także znajomości w zarządzie „Pruszkowa”. Tyle, że nie w  samorządowy a gangsterskim. Właściwie, to dobre układy wyrobiła mu jego była małżonka, do której słabość miał Leszek D. znany szerzej jako „Wańka”. On i jego brat Mirosław D., pseudonim „Malizna”, to legendy gangsterskiego świata. Podobnie Jak Andrzej Z., ksywa „Słowik”, który w tej historii odegrał także pierwszoplanową rolę.

Wszystko zaczęło się w klubie „Dekadent” (dawne kino WZ) na warszawskiej Woli. Ponoć starzy pruszkowscy upatrzyli sobie „Dekadenta” – tak jak wiele innych lokali – na pralnię pieniędzy. Gangsterzy przejmowali w tamtym czasie knajpy, dyskoteki, hotele czy kluby go-go – nie wykładając przy tym złamanego grosza. Tak też miało być w przypadku „Dekadenta”. Klub najpierw wpadł w oko „Wańce”, który ponoć wysłał  tam,  jako forpocztę swojego syna Adama. Miał on już na swoim koncie drobne sukcesy. Nic wielkiego. Choćby wymuszenie od pewnej firmy turystycznej na Mokotowie kilku bezpłatnych voucherów na miesięczny wypoczynek na Teneryfie dla siebie, swoich kumpli i towarzyszących im dziewczyn.

Ponoć zjawił się w „Dekadencie” i oznajmił, że jest właścicielem domu mody na ulicy Chmielnej. Trochę prawdy w tym było, bo ojciec kupił mu tam sklep z ciuchami. Swoim zachowaniem i wyglądem ujął właścicieli. Z czasem obdarzali go coraz większym zaufaniem. Za jego sprawą zlecono remont klubu Pawłowi D. przedsiębiorcy z Sochaczewa.

 Jednak „Masa” mocno powątpiewa w rolę młodego „Wańki”  w tym dealu.

– To był szczeniak, jakby taki przyszedł odzyskiwać długi czy cokolwiek, to każdy by mu powiedział: „Wypierdalaj stąd”, i tyle.

 – Ale on nie przyszedł odzyskiwać długi, ale jako przyszły inwestor. – upieram się przy wersji, która jest mi znana.

– A kto by go brał na poważnie jako biznesmena? No proszę cię, bądź  poważny.  Inwestor trochę inaczej wygląda. To jest dospawana ideologia. – była gangster nie  daje za wygrana.

– W sumie nie wiem jak on wyglądał.  – odpuszczam epizod z młodym „Wańką”.  – Wróćmy do kwestii związanych z remontem „Dekadenta”, których pewnie nie pamiętasz, bo nie robiłeś w budowlance” .Według moich ustaleń było tak:

Gdy doszło do rozliczenia, okazało się, że rachunek jest tak duży, iż właściciel klubu nie był w stanie go uregulować. Wówczas sochaczewski biznesmen zwrócił się o pomoc do „Wańki” i „Słowika”. Wcześniej dając właścicielom klubu ostatnią szansę na zatwierdzenie kosztorysu. Ostrzegając przy tym: – Znam ludzi, którzy skutecznie i boleśnie potrafią wyegzekwować pełną należność za remont.

Kilka tygodni później Paweł D. umówił się z dłużnikami w remontowanym klubie. Na spotkanie nie przyszedł jednak sam. Towarzyszyła mu rzekomo kilkudziesięcioosobowa grupa mężczyzn. Młodzi, dobrze zbudowani – ubrani w skórzane kurtki i dresowe spodnie – w żaden sposób nie przypominali inwestorów. Co jakiś czas któryś z osiłków odchylał kurtkę, aby zaszpanować wsadzonym za pasek pistolet. Aluzje były wyraźne. Napastnikom przewodzili „Wańka” i „Słowik”.

– Jesteśmy organizacją ludzi szanujących się – przedstawili się właścicielom „Dekadenta”.

– Ja i pan Andrzej stanowimy rząd organizacji. Ja jestem ministrem kultury, a on to minister obrony – „Wańka” wskazał na „Słowika” – Macie szczęście, że nie dopuścimy go do głosu, bo by was wystrzelał – miał powiedzieć „Wańka” do wystraszonych szefów  klubu.

Po czym wyjął notes i zaczął kolejno wyczytywać nazwiska, adresy i dane osobowe współwłaścicieli Studia Art.

– Jesteście winni naszemu znajomemu 100 tysięcy złotych i tyle samo nam za podjęcie interwencji. Wiemy, gdzie mieszkacie, gdzie pracują wasze żony i uczą się wasze dzieci. Macie 48 godzin. Do tego czasu oddacie pieniądze albo przekażecie udziały spółki – obwieścił zebranym „Słowik”. I ostrzegł, że kontakt z policją skończy się dla biznesmenów tragicznie.

Dwa dni później klub należał już do przedsiębiorcy budowlanego z Sochaczewa. Szybko powołano nową radę nadzorczą, w której znalazła się także była żona sochaczewianina, syn „Wańki” i Krzysztof S. znany menadżer muzyczny.

Jednak od tego czasu szefową w „Dekadencie” była faktycznie eksmałżonka sochaczewskiego biznesmena. Ona rzekomo decydowała tam o wszystkim. I pod jej rządami klub rozwijał z się dnia na dzień. Gangsterzy prawie z niego nie wychodzili. Na scenie zaś grały ówczesne gwiazdy polskiego rocka, jak Republik, Lady Pank, Elektryczne Gitary czy Maanam. Był to czas prosperity klubu.

„Masa” pamięta to jednak nieco inaczej.

 – Prawda jest taka, że do „Pruszkowa” od razu przyszedł gościu, który został wyjebany na hajs przez tych z „Dekadenta”. I „Pruszków” tam wjechał. Pierwsze wejście wyglądało tak, że  ten właściciel „Dekadenta” w pędzel dostał i się biurkiem nakrył. Wtedy nie musieliśmy jeździć we trzydziestu. To był 1995 rok i wszyscy się w Polsce bali „Pruszkowa”. Kto znał ten się bał, a kto nie znał to przynajmniej słyszał i też się bał. Gdy „Słowik” z „Wańką”  przyjechali przejąć „Dekadenta”, to uwierz mi, nie musiało za nimi stać trzydzieści  osób. Co zaś się tyczy tych „ministrów”. To oni mieli taki lans, mówili do siebie: panie inżynierze, panie dyrektorze. Chłopki po zawodówkach. Chociaż  „Wańka”, to inteligentny gościu jest. Oni tak sobie w chuja z nimi lecieli.

– Chcesz powiedzieć, że trochę jest w tym mitu, który ubarwiał legendę „Pruszkowa”?

– Mniej więcej. W każdym razie rzeczywistość była prostsza. Facet dostał w michę i zaczęły się rozmowy. Starzy  sprawnie przejęli tę całą spółkę. Zaś był właściciel został tam pieskiem na posyłki.  Prowadził to, ale klub już był „Pruszkowa”. – wyłuszcza świadek koronny.

 – Pamiętasz kto był w zarządzie klubu?

– Nie mam pojęcia, kto tam figurował jako słupy.  „Dekadent” to był lokal starych, a ja z tym nie miałem nic wspólnego. Ale wchodziłem tam jak do siebie.

– Ale nie zawsze przychodziłeś tam w pokojowych zamiarach?

– Ja byłem wtedy oficjalnie w grupie „Rympałka”, a nieoficjalnie byłem tam szpiegiem, z ramienia starych. Na początku „Dekadenta” była tak sytuacja, że starzy  pocięli się z „Rympałkiem”, i on postanowił najść klub. Wtedy było tam nas ze trzydziestu. Ale „Rympałek” szybko się  wycofał. – Masa tak wspomina dziś najście na klub „Dekadent” grupy „Rympałka”. W zeznaniach w 2000 roku tak przedstawił ten incydent.

  „Wtedy doszło też do konfliktu pomiędzy starymi a „Kiełbasą”, który chciał usamodzielnić się i nie dawał im pieniędzy. Wojciech K. nie chciał im dawać pieniędzy z haraczy ściąganych z restauracji z terenu Warszawy, z agencji towarzyskich, kantorów, hurtowni. Doszło do zaostrzenia konfliktu starych z grupą „Kiełbasy” i „Rympałka” (…). W każdym razie w 1995 roku starzy zaczęli domagać się od Rympałka płacenia im większych kwot pieniędzy, kazali mu stawić się na spotkanie w klubie „Dekadent” w Warszawie. Wtedy „Rympałek” zrobił demonstrację siły, zebrał grupę około 100 osób i z tą grupą zjawił się w „Dekadencie”.  Ze strony starych byli tam „Bolo”, „Malizna”, „Kajtek”, „Słowik”, „Parasol”, „Wańka”. „Rympałek” wtedy powiedział im, że nic im się nie należy i nie będzie im płacił”.

Jednak to nie ta  wizyta  gangsterów w klubie odbiła się szerokim echem  w mediach.  Dopiero urodziny „Teleexpressu” wyprawiane w „Dekadencie”, w 1996 roku, przyniosły rozgłos temu klubowi. Jak donosiły wówczas media: „Wspólnie bawili się gangsterzy, rozebrane nastolatki i dziennikarze „Teleexpressu” świętujący dziesięciolecie swojego programu”.

–  Bawiłeś się na tej imprezie, kto tam jeszcze był z pruszkowskich? – pytam Jarosława Sokołowskiego.

– Łatwiej byłoby powiedzieć kogo z naszych nie było. Jednak  to nie  nam zależało, aby bawić się z tymi z „Telexpressu”.   Jak myśmy gdzieś się pojawili, to zwykle było: „Wow, panowie gangsterzy!”. To oni do nas lgnęli, a nie my do nich. Chcieli się z nami zakolegować, pobawić się, potańczyć i wypić.

– I gdzieś zniknąć w ustronnym miejscu…

– O czym mówisz? – „Masa” robi zdziwioną minę.

– O zdjęciu na okładce w „Super Expressie”, na którym byłeś w towarzystwie ówczesnej gwiazdy „Telexpressu”.

– Była tam tak sytuacja, że tańczyłem Hanną S.. Potem wybyliśmy z Sali, a  w „Super Expressie”, na pierwszej stronie, znalazło się  nasze zdjęcie oraz  sensacyjny tytuł: „Co łączy gwiazdę Telexpressu z  Masą?”.

– Coś was łączyło, czy to tylko dziennikarska fantazja?

– Lepiej o tym nie mówić (śmiech).

– Dobrze, nie będziemy tego tematu drążyć. Oprócz tańców z prezenterką,  pamiętasz jeszcze cokolwiek z tej  imprezy?

– No przestań, głowę miałem zawsze mocną. Ale było grubo. Zresztą tak jak zawsze.

– Następnego dnia wy mieliście kaca, a oni dodatkowo problemy.  Wówczas wybuchł potężny skandal, kilku dziennikarzy straciło pracę, a Milan Subotić, szef „Teleexpressu” dostał naganę.

 – Kaca nie pamiętam, ale tę aferę owszem. Tam ktoś się kręcił i robił zdjęcia. Nawet zwróciliśmy uwagę, aby zaprzestał tego procederu. I wtedy skończyło się fotografowanie. Ale on widocznie, to co wcześniej zdążył zrobić, sprzedał do gazet. No i zrobiła się afera. – zauważa były gangster.

Jedną z osób, które wówczas fotografowały gości klubu był Krzysztof  Spiechowicz z Telexpressu, tak relacjonował te zdarzenia, w rozmowie z Gazetą Wyborczą: „Robiłem zdjęcia kolegom z redakcji. Jedyną osobą z „Teleexpressu”, która nie zgodziła się na zrobienie zdjęcia, był mój szef Milan Subotić. Potem jednak szef TAI Jacek Bochenek przez mikrofon zabronił mi robić zdjęcia mówiąc: „Na sali są panowie, którzy sobie tego nie życzą”.

Pojawił się też bardziej niepokojący wątek, o którym mówił między innymi Maciej Orłoś, w wywiadzie dla Newsweeka: „Ja tego wtedy nie rozumiałem i do dziś nie rozumiem. W telewizji było wewnętrzne śledztwo, ja też byłem przesłuchiwany. Kilka osób straciło pracę. Wydaje mi się, że ktoś miał kontakty i zostaliśmy wszyscy wmanewrowani w tę sytuację. Na początku było trochę dziwnie, ale że tam są goście z mafii, to nie wiedzieliśmy. Wygląda na to, że ktoś miał jakieś kontakty i była pewnie rozmowa „zróbcie u nas dziesięciolecie „Teleexpressu”, bo czemu nie”. Czy była rozmowa „damy wam lokal za pół darmo, a wy o nas nie będziecie mówić”? Nie mam pojęcia. Ale parę osób straciło pracę. Więc nie był to czysty przypadek”.

Także jedna z dziennikarek „Rzeczpospolitej” skłaniała się  wówczas ku tezie, że  „Pruszków” sponsorował ten jubileusz: „Środowisko dziennikarskie od trzech tygodni obiega informacja o kontaktach „Teleexpressu” z przedstawicielami świata przestępczego (…) Pierwszy sygnał na ten temat „Rz” uzyskała od policji. Potwierdzili go dziennikarze audycji, rozżaleni całą sytuacją. Według rzecznika prasowego Komendy Głównej Policji od wielu miesięcy w tym programie było znacznie mniej materiałów o przestępczości i policji. Dziennikarze zastanawiają się, czy może to mieć jakiś związek. Na znak protestu jeden z nich, zajmujący się tematyką policyjną, odszedł właśnie z pracy…”.

„Masa” nie kryje, że takie związki w owym czasie były niemal powszechne: – Było coś za coś. Ta impreza była robiona, że tak powiem, w barterze. Taki był po prostu układ, nie tylko z nimi, ale z wieloma innymi dziennikarzami.

Tymczasem po imprezie „Telexpressu” wszystkie oczy skierowały się na „Dekadenta”. I już nikt nie miał wątpliwości, do kogo należy ten klub. To nie była dobra reklama. Lokal zamknięto na wakacje. Potem już nie wrócił do dawnej świetności.

W maju 1998 roku obaj „ministrowie Pruszkowa” zostali zatrzymani za najazd na „Dekadenta”. Sochaczewski radny i biznesmen też został zatrzymany, ale mógł odpowiadać przed sądem z wolnej stopy.

Proces miał się rozpocząć w grudniu 1998 roku. Jednak przebywający w areszcie „Słowik” nagle zaczął chorować. Lekarze stwierdzili u niego dyskopatię. Mafioso był operowany, potem musiał przejść rehabilitację. To sprawiło, że w czerwcu 1999 roku sąd zawiesił postępowanie w sprawie „Słowika”, do czasu aż wyzdrowieje.

Czoła Temidzie musiał stawić osamotniony „Wańka”. Udało mu się tak przeciągnąć proces, że w 2000 roku sąd nie miał wyjścia i zwolnił go z aresztu. Wyroki – po 6,5 roku więzienia – dla obu bossów, zapadły dopiero w 2004 roku.

Sochaczewski budowlaniec wywinął się od więzienia. Jednak po kilkunastu latach los znowu zetknął go z młodym „Wańką”. Adam D. wraz z ludźmi Rafała S., osławionego „Szkatuły”, usiłował wymusić od niego fikcyjny dług – 650 tysięcy złotych.   Gdy zaczęli grozić, że skrzywdzą jego córkę, wówczas Paweł D.  zawiadomił o wszystkim policję. Funkcjonariusze szybko zatrzymali bandytów.

Sprawa ta ma związek z kolejnym szokującym zdarzeniem. W czasie procesu „wierzycieli” doszło do pobicia sędzi z Sochaczewa. Kumple oskarżonych napadli na nią pod jej domem i mocno poranili. Tym sposobem chcieli odwlec wydanie wyroku na swoich kompanów.

Janusz Szostak

To fragment  książki „Bandyci i Celebryci” Janusza Szostaka. KSIĄŻKĄ TU DO KUPIENIA

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ