Niewyjaśniona śmierć gminnego separatysty

0

Dieter Przewdzing, burmistrz Zdzieszowic  (woj. opolskie), wieczorem 18 lutego 2014 roku na swoje ranczo w Krępnej wpuścił zabójcę, który poderżnął mu gardło. Burmistrz należał do mniejszości niemieckiej i miał zdecydowane poglądy. Mija 3 rok od zbrodni, a nadal nie wiadomo jednak, kto i dlaczego zabił Dietera Przewdzinga.

W kilka dni po morderstwie byłem w budynku zdzieszowickiego Urzędu Gminy. Trwa normalny dzień pracy. Każdy wykonuje swą robotę, jakby się nic nie zmieniło. Pracownicy urzędu są grzeczni. Pierwsi się kłaniają, nawet wchodzącym do budynku nieznajomym. Taka tu tradycja.

W sekretariacie – po prawej stronie – drzwi do gabinetu burmistrza. Tabliczka z nazwiskiem „Dieter Przewdzing”, jeszcze ciągle przymocowana na murze obok drzwi. Tak, jakby burmistrz nadal tu pracował.

Wybierany zawsze

– Nie można wejść do środka! – zdecydowanie zabrania sekretarka.

Gabinet pozostawiono nadal takim, jakim był tamtego, tragicznego wtorku, po 15.00 burmistrz zamknął za sobą drzwi. Wtedy widziano go w urzędzie po raz ostatni.

Przed_gabinetem_burmistrza_

Następnego dnia po zabójstwie burmistrza, wystawiono w sali ślubów urzędu jego portret i księgę kondolencyjną.

– Tłumy przychodziły się wpisywać.

Teraz pozostał portret, obwiązany czarną wstążką, z datą urodzin i śmierci Dietera Przewdzinga. Stoi na małej szafce, obok drzwi do jego byłego już, gabinetu.

Kiedy spytałem Sybilę Zimerman, zastępcę burmistrza, czy mógł mieć jakiś wrogów, wzruszyła jedynie ramionami.

– A jakich? – odpowiada pytaniem – Od 1989 roku piastował tę funkcję, wybierany ciągle na kolejne kadencje. To chyba mówi samo za siebie…

Nie chcą tu w urzędzie sprawy zabójstwa łączyć z polityką. Tym bardziej z pikietą, którą rok wcześniej, urządził przed budynkiem gminy przeciwko Przedzwingowi poseł PiS, Sławomir Kłosowski z Opola, wzywający burmistrza do ustąpienia, gdyż zdaniem posła deklaracje Przewdzinga były sprzeczne z Konstytucją. Potem PiS złożył jeszcze zawiadomienie do prokuratury o popełnieniu przestępstwa, które miało polegać na tym, że  burmistrz nawoływał do separatyzmu.

Gminny separatysta

Stało się głośno o burmistrzu Przewdzingu, gdy zaczął powtarzać: – Warszawka to księstwo. A my tu na swoim będziemy!

No i zaczął się burmistrz opowiadać za autonomią Śląska, za wydzieleniem go od reszty kraju. Kwestionował prawo, które pozwala przenieść firmę z danego terenu gdzie indziej, najczęściej do stolicy. Przez co, jak twierdził, wpompowuje się pieniądze do Warszawy. W okolicznych gminach zyskiwał zwolenników. Jednak zorientował się, że w sprawie oderwania Śląska od kraju przeholował. Wówczas twierdził, że myślał wyłącznie o gospodarczym uniezależnieniu i większej samorządowej samodzielności.

Chociaż gmina Zdzieszowice była zawsze daleka od polityki, to przez burmistrza polityka zaczęła się gminą interesować.

Oprócz mniejszości niemieckiej i przesiedleńców z lwowskiego, mieszka tu teraz sporo osób pochodzenia litewskiego i białoruskiego. Wszyscy żyją jakoś ze sobą w zgodzie.

Soltys_Krepnej_Jozef_Kaletta_2
Sołtys Kaletta różnił się poglądami z burmistrzem

Józef Kaletta, sołtys Krępnej, ma żonę spod Krakowa. Gdy w opolskim dopisywano na tablicach do polskich nazw miejscowości ich niemieckie brzmienia, to żona sołtysa bardzo się tym zaniepokoiła: – Co się dzieje?
– Ano nic, wszystko po staremu – odpowiadał Kaletta. I żyli dalej, jakby nic się nie stało. Dopóki Dieter Przewdzing nie zechciał świata reformować.

Ciężki we współpracy

– Politycznie nie było nam z nim po drodze – przyznaje Sławomir Kłosowski, poseł PiS z Opola – I protestowaliśmy tamtego lata przeciwko pomysłom burmistrza, ale wszyscy tu jesteśmy wstrząśnięci tą potworną zbrodnią.
Poseł dodaje, że następnego dnia – zaraz po tej zbrodni – kiedy Związek Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce wystąpił do Prokuratury Generalnej w Warszawie o objęcie specjalną troską sprawy zabójstwa Przewdzinga, on również wystąpił do Prokuratury o to samo.

Burmistrz swoją osobą i opiniami często wzbudzał kontrowersje. Nawet wtedy, kiedy mówiło się o nim, że może zostać wicewojewodą opolskim.

00006

– Często najpierw gadał, potem myślał – stwierdza Józef Kaletta.

Sołtys Kaletta też różnił się poglądami z burmistrzem.

– No, ale taki to już urok władzy.

Sołtys, był wtedy dyrektorem tutejszej szkoły, pamięta dobrze burmistrza z okresu transformacji, przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku.

– Wszyscy byli w partii, wiadomo, mieszkanie, inne przywileje…

Kiedy przyszło nowe, Dieter też chciał się załapać.

– Mieliśmy wtedy zebranie, na którym mówił: „Trza iść do przodu i skończyć wreszcie z tym komunizmem”. Ktoś wstał z sali i powiedział: „Te, Dieter, przeca ty na ten Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu i Leninizmu łaził”. A on na to, że to była taka taktyka, żeby ten komunizm od środka rozwalić. Że taki lokalny Wałęsa z niego. No i wszyscy na sali się z niego śmiali. Towarzysza zamienił na niemieckie pozdrowienie: „Grüss Gott”, niech będzie pochwalony, i stał się nagle mocno kościelny. Bywał we wszystkich organizacjach.
W tamtym czasie, gdy Kaletta był jeszcze dyrektorem szkoły, przyszedł raz Dieter do niego i poprosił o książkę do geografii.

– Muszę się dokształcić, siedem klas skończyłem.

Nowe czasy, nowe wybory

W czasie ostatnich wyborów na sołtysa, burmistrz przyjechał do Krępnej ze swoim kandydatem, żeby go wybrali na sołtysa. Wtedy ktoś z sali zgłosił na sołtysa Kalettę.

– Kiedy wygrałem jednym głosem, okazało się, że wybory zostały unieważnione, bo ktoś z sali nie otrzymał karty do głosowania.
No i zrobiono ponowne wybory, tym razem już zdecydowanie wybrano Kalettę. Sołtys nie miewał zbyt wielu kontaktów z burmistrzem, ale kilkanaście lat temu, kiedy był radnym, należał do konkurentów Przedzwinga. Był w ugrupowaniu „Razem dla Gminy”.

– Nas było więcej, no i pat był stale na sesjach.

No i wtedy zaczęli się zastanawiać, jak to jest, że ten Przewdzing ciągle wygrywa te wybory na burmistrza.

– Miał tam swoich ludzi – przypuszcza tajemniczo Kaletta – Wielu u nas w gminie ma podwójne obywatelstwo, niemieckie i polskie. Ci, co wyjechali do Niemiec, również są tutaj zameldowani. I, teoretycznie, mogli oddać głosy, chociaż w trakcie głosowania mogło ich nawet nie być w Zdzieszowicach.

Sołtys uważa, że Dieter nie tolerował innego zdania i na wszystkim się znał najlepiej.

 – Kiedy ówczesny przewodniczący rady chciał zmiany w budżecie, Przewdzing sobie tego nie życzył.

Dobry człowiek

Monika Wąsik-Kudla, przewodnicząca Rady Miejskiej w Zdzieszowicach i przewodnicząca Zarządu Gminy Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców na Śląsku Opolskim, też od lat znała burmistrza.

Sybila_Zimerman_za-ca_burmistrza_do_wyborow_samorzadowy
Sybilla Zimerman mówi, że burmistrz nie miał wrogów

– Z jego żoną, Krysią, chodziłam w liceum do jednej klasy – wspomina – Burmistrz mieszkał z rodziną w centrum Zdzieszowic. Do swego rancza w Krępnej dojeżdżał kilka razy w tygodniu. Bywał tam również w weekendy. Jaka rozpacz teraz u nich w domu. Gdyby Dieter żył, skończyłby dziś siedemdziesiątkę.

Pani Monika mówi, że wraz ze mężem kilka razy w tygodniu przyjeżdżali do burmistrza na ranczo: – Najbardziej lubiła ranczo Dietera moja wnuczka – dodaje – Dieter był duszą towarzystwa.  Wizyty u niego były dla wszystkich relaksem. Uwielbiał konie. Wszyscy na nich jeździli.

Gdy rozmawiam na ulicy z mieszkańcami Zdzieszowic, rzadko kto się źle wyraża o nieżyjącym burmistrzu. Chwalą go najczęściej, że witał się z każdą napotkaną na ulicy starszą osobą, podwoził własnym samochodem. – Z dziećmi rozmawiał, z potrzebującymi. I w ogóle był taki ludzki.

– Skąd więc taka śmierć?

Monika Wąski-Kula dodaje, że burmistrz był odważny, gospodarny i był prawdziwym samorządowcem. A jego doświadczenie robiło swoje. Miał pomysły.

– Ponad czterdzieści lat pracy w terenie.

W gminie nie wspominają już o oderwaniu Śląska od Polski, ale o tym, aby przepisy nie stały w miejscu: – No i żeby tych miejsc pracy było więcej.

Na_cmentarzu_w_Zyrowej_

– Na pogrzebie burmistrza były tłumy – na lokalnym cmentarzu w Żyrowej potwierdza jedna z mieszkanek tej podzdzieszowickiej wioski. – Wieńców po sam wierzchołek krzyża, że ledwo napis z nazwiskiem „Przewdzing” było widać. No i tyle tego wszystkiego pozostało po tym człowieku – dodaje starsza kobieta spotkana na ulicy.

Miejsce zbrodni

Ulica Leśna z centrum Krępna wije się w górę, w kierunku rancza burmistrza.  We wsi są zdania, że burmistrz ranczo miał za daleko od ludzi, na samym końcu Leśnej. Niemal pod samymi torami kolejowymi. Z dobry kilometr nie ma  tam zabudowy, i ani żywego ducha w pobliżu.

– Znaleziono go zamordowanego – opowiada na krzyżówce jeden z mieszkańców Krępnej – Przed 21. przyjechali do niego znajomi i znaleźli burmistrza leżącego z poderżniętym gardłem. U nas we wsi już o 19. przecież żywego ducha na ulicy. Chyba napadł go ktoś, kto od tych torów przyszedł. Ale inni powiadają, że drzwi nie były rozwalone i ponoć sam wpuścił do domu swego zabójcę. A może było ich więcej? Ufny był widocznie.

– Tamtego wieczora nikt nie widział kręcących się po Krępnej obcych, rejestracji wozów z innego województwa.

– No i w ogóle kogoś podejrzanego. Tu wszyscy swoi.

Z oddali ranczo nie rzuca się zbytnio w oczy, sprawia wrażenie zaniedbanego. Gdy się zbliżyć, wokół wąskiego i długiego podwórza widać zabudowę zbitą, parterową: cztery większe i parę mniejszych obiektów. Niektóre nowe, wyremontowane, inne dopiero czekają na swą kolej.

Nie mogę się jednak zbliżyć. Kilkadziesiąt metrów od rancza stoi policjantka i policjant w cywilu, nie przedstawiają się jednak, choć okazuję legitymację.

– Nie wolno się tu kręcić – słyszę. Wokół leży zerwana taśma.

Nie są rozmowni, gdy pytam, czy jest coś nowego w sprawie.

Z daleka podchodzi kolejny cywil. Wygląda na niezłego osiłka: brodaty, barczysty, w drelichu, jakby pracował u burmistrza w stajni.

– Co jest? – pyta.

Kiedy zagaduję o dwa koniki burmistrza, które zza ogrodzenia spoglądają w naszą stronę, mężczyzna, który stoi wraz z kobietą, nie wykazuje się grzecznością.

– Za dużo pan pyta – buczy.

Tymczasem mija kolejny rok od zbrodni i nadal nie widać przełomu. Nie ma podejrzanych, nie ma winnych, nie mówiąc o skazanych.

Roman Roessler

 

fot. Roman Roessler i archiwum

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ