Jak hartowało się disco polo

0
- Z liderem Top One otworzyłem najpierw knajpę z włoskim żarciem - mówi "Masa"

Nie brakuje opinii, że disco polo swoją popularność zawdzięcza w dużej mierze polskim gangsterom, którzy na discopolowym szaleństwie mieli zarabiać fortuny. Jednak aby zarobić, najpierw promowali wykonawców tej muzyki. Przeznaczając na to spore pieniądze.

„Koniec mafii, koniec disco polo? Likwidacja mafii pruszkowskiej wpłynęła na upadek nurtu muzyki disco polo” ‒ wieścił w 2001 roku „Super Express”.

Dziennikarze twierdzili, że w latach discopolowego boomu (1996-1997) gangsterzy kontrolowali 60-70 procent rynku disco polo. Zaś zyski inwestowali głównie w discopolowe dyskoteki na wschodnich terenach Polski.

„W disco polo inwestował »Pershing« i jego koledzy z gangu pruszkowskiego. (…) Teraz, gdy główni mafiosi siedzą za kratkami, siła gangu nie jest już taka jak kiedyś. Zdaniem niektórych właśnie to, obok zmieniającej się mody, wpłynęło na upadek disco polo. Mafia nadal zarabia na disco polo, ale złote czasy już się skończyły”‒ twierdził przed laty popularny dziennik.

– My tak naprawdę nie zajmowaliśmy się branżą disco polo ‒ prostuje „Masa”. – Wszystko, co mieliśmy z nimi wspólnego, to ściąganie haraczy. Była między innymi taka firma w Regułach i nam becelowała. Zresztą nie ona jedna.

Królem wydawców disco polo oraz właścicielem wytwórni fonograficznej Blue Star w Regułach pod Pruszkowem był Sławomir Skręta, były piłkarz trzecioligowego Ursusa. To on wymyślił nazwę disco polo dla tego rodzaju piosenek. W jednym z wywiadów Skręta przytoczył taką historię:

„Pamiętam sytuację, że w moim gabinecie siedział gangster o pseudonimie »Ksiądz«, a w poczekalni stał autentyczny ksiądz z policjantem, prosząc o wsparcie akcji »Bezpieczne Miasto«. Ja się wtedy od tych gangsterów nie mogłem opędzić. Haracze to był chleb powszedni”.

Ów „Ksiądz” to Stefan K., boss gangu żoliborskiego. Jego wizytę w Blue Star pamięta doskonale także„Masa”.

– Dowiedzieliśmy się, że Stefan z grupy żoliborskiej pobiera haracz od Blue Star w Regułach. A to był przecieżnasz teren. Zatem pojechaliśmy tam z „Parasolem” oraz „Rympałkiem”, aby przejąć tę wytwórnię. Ustaliliśmy stawkę na 5 tysięcy dolarów miesięcznie. Potem chroniliśmy teżdyskoteki i koncerty disco polo ‒ wspomina słynny świadek koronny. –Czasami też braliśmy jakieś ich zespoły na nasze imprezy lub na wyjazd do kumpli w więzieniu.

Zyski z disco polo starała się czerpać także grupa ząbkowsko-praska „Dziada” i „Wariata”. Ten ostatni dość mocno wszedł w discopolowy biznes.

Według informacji podanych w 2007 roku przez tygodnik „Wprost” gang ząbkowsko-praski kierowany przez braci Henryka N., pseudonim „Dziad”, oraz Wiesława N., pseudonim „Wariat”, prowadził w latach 1997-1998 akcję promocyjną kontrolowanych przez siebie wytwórni fonograficznych, m.in. Dance World. „Wariatowi” udało się nawiązać kontakt z Polsatem, gdzie wykonawcy z jego stajni mieli nawet swój program. Jednak gdy okazało się, kto stoi za wytwórniami fonograficznymi, został on szybko zdjęty. W notatkach, które przytoczyło wówczas „Wprost”, Wiesław N. opisywał szczegóły współpracy z Polsatem:

„Za 40 tys. zł przekazanych przez firmę na rzecz fundacji Polsat mieliśmy mieć program w Polsacie 1, emisję listy przebojów w tygodniu i sprzedaż poprzez TV Market”.

„Wariat” w 1998 roku planował „rozszerzyć promocję w RMF, Radiu Zet, prasie (…) oraz odnowić dobre stosunki z Polsatem”. W planach biznesowych miał również podporządkowanie sobie wytwórni disco polo z Podlasia. Nie zdążył tego dokonać, gdyż 6 lutego 1998 roku zginął na warszawskiej Pradze zastrzelony przez członków gangu pruszkowskiego.

Jak twierdzą niektórzy dziennikarze, śmierć „Wariata” sprawiła, że rynkiem disco polo zainteresował się Andrzej K., ps. „Pershing”, boss gangu pruszkowskiego, który ponoć dostrzegł możliwości disco polo i mocno lansował tę muzykę.

Jednak tej wersji zdecydowanie zaprzecza „Masa”:

– To głupoty. Po wyjściu z więzienia w sierpniu 1998 roku „Pershing” był golasem. Wtedy przyjechali do niego starzy i zaproponowali mu 70 tysięcy dolarów, żeby z nimi pracował. Przywieźli mu te pieniądze do domu, ale „Pershing” odmówił. Wtedy zadał się ze mną, i tu miał wyczucie ‒ dodaje skruszony gangster z wyczuwalną dumą w głosie. – Od razu poczułem się tak zobowiązany, że na głowie bym stanął, aby „Pershing” zrozumiał, że dobrze wybrał. Wtedy „Korek” zaproponował mi, abym wziął się za automaty do gry. Ale on działał z maszynami lokalnie, w Warszawie. A my zajęliśmy się tym globalnie, ściągając haracze z maszyn w całej Polsce. Braliśmy po sto dolarów miesięcznie od maszyny i zapewnialiśmy właścicielom ochronę. Dzięki temu mieli pewność, że nikt im tych maszyn nie zabierze i nie wstawi swoich. Wtedy, jak coś było pruszkowskie, to było nie do dotknięcia. Na tym się zarabiało fortunę i ludziom, którzy mieli maszyny, opłacało się finansować takie partie jak SLD, żeby w sejmie forsowały odpowiednie ustawy chroniące ten biznes. My z „Pershingiem” w 1999 roku mieliśmy z tego działki po 3 miliony dolarów miesięcznie. Nie trzeba było handlowaćkoksem. „Pershing” co miesiąc dostawał ode mnie taki zastrzyk gotówki. Po pewnym czasie Andrzej poznał biznesmena z Gdyni i tamten zaproponował mu zainwestowanie w tłocznię płyt CD. Postawili fabrykę płyt CD, które wtedy kosztowały sporo. To były czyste krążki. Andrzej nigdy nie nagrywał muzyki disco polo ani żadnej innej. Tylko tłoczył płyty ‒ zapewnia Sokołowski. – Robiliśmy natomiast sporo koncertów disco polo, nie tylko w więzieniach. Już nie pamiętam, do kogo i z kim jeździliśmy ‒ wspomina „Masa”, który próbował robić też inne interesy z gwiazdorami disco polo.

– Z liderem Top One otworzyłem najpierw knajpę z włoskim żarciem, potem zmieniliśmy menu na chińskie. Na koniec przejąłem lokal, bo on był słabym menedżerem i wspólny biznes nam nie szedł. Nie chciałem bez końca pakować mu kasy. Ja dawałem nazwisko i pieniądze, a on to prowadził i ‒ niestety ‒ nie powiodło się. W końcu doszliśmy do porozumienia, że on się z tego wycofa, gdyż w Pruszkowie gastronomia nie idzie. Wtedy sam otworzyłem wspomnianą tu już wcześniej La Cucarachę, która hulała bardzo dobrze.

Kontakty gangsterów z muzykami disco polo były w tym czasie powszechne.

„Kiedy przyjeżdżałem na dyskotekę grać, nierzadko witali się ze mną jacyś obwieszeni złotem biznesmeni. Może poznałem wtedy »Masę«, a może »Kiełbasę«, ale czy to ma dziś jakiekolwiek znaczenie?” ‒ pytał w jednym z wywiadów Marcin Miller, lider zespołu Boys.

Nie tylko on ma słabą pamięć. Także Sokołowski nie pamięta zespołów disco polo, z którymi przemieszczał się niekiedy po więzieniach, odwiedzając kolegów.

– Pewnego razu wzięliśmy jakiś zespół disco polo z wytwórni w Regułach. Nie pamiętam już jaki. Pojechaliśmy wtedy do „Florka”, kierowcy „Pershinga”, który siedziałw więzieniu w Iławie.

– Jak wyglądał ten koncert? ‒ pytam świadka koronnego.

– Szał był ogromny, więźniowie pościągali bluzy więzienne i machali nimi nad głowami. Bardzo spontanicznie reagowali i wszyscy śpiewali: „Niech żyje wolność, wolność i swoboda!”.

 – A ty jaką rolę tam miałeś, konferansjera?

– Nigdy nie przepadałem za taką muzyką. Zatem w tym czasie byłem z „Florkiem” u naczelnika na makowcu ‒ śmieje się były gangster. – Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo naczelnik był nami zauroczony. Mało nam w dupy nie wszedł. Do „Florka” cały czas się łasił: „Panie Andrzeju, jeśli w czymkolwiek mogę pomóc, jeśli potrzebna będzie przepustka czy cokolwiek mogę dla pana zrobić, to proszę bardzo”. Po naszej wizycie „Florek” chodził po więzieniu jak kolorowy pies po wsi ‒ objaśnia plastycznie „Masa”.–Stał się tam mega sławny, bo przecież ściągnął zespół disco polo i „Masę” ‒ podkreślabyły gangster.

Janusz Szostak

 To fragment książki „Bandyci i celebryci” Janusza Szostaka. Ukazującej  obraz Polski lat 90. widzianej oczyma gangsterów KSIĄŻKĄ TU DO KUPIENIA

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ