Seks z żoną mu nie wystarczał

0
2037
Jest średniego wzrostu, chudy, krótko przystrzyżony. Kiedy go zatrzymywali, był niezbyt dobrze ubrany. Był trochę zaskoczony. Zdegustowany, że wpadł tak szybko. Chciał mówić. I ostatecznie przyznał się policjantom do serii gwałtów i napaści na młode kobiety.
To było mocniejsze ode mnie – wyznał.
Dlaczego? Tego już nie potrafił powiedzieć. Swoje przeżył. Przez 46 lat nic mu się podobnego nie przytrafiło. Za takie coś nie był karany. Karali go za coś innego. To fakt, obnażał się kiedyś… Ale to już za nim. Od lat żyje z żoną. Tą jedną, jedyną. Zawsze był wierny. Ma dorosłą córkę. Kocha je obie. A jednak… Jak każdy chłop, myśli ciągle o seksie. Może w tym tkwi problem?
– Seks z żoną mi nie starczał.
Nie, żeby nie sypiali razem. Nosiło go pod tym względem. Od dawna.
– No i się stało.
Opętany seksem
 Prostym był chłopem, przez całe życie. Bez wykształcenia. Tylko ta praca. Fizyczna. W magazynie. Żeby było dla rodziny. Zarabiał on, zarabiała żona. Aby tylko było lepiej.
Tylko te myśli mnie nie opuszczały…
Może i sprawy w pracy miały znaczenie? Trochę się pogorszyło. Bał się nie tylko o robotę, ale i o płacę. Ostatnio otrzymywał mniej pieniędzy. Spodziewał się wszystkiego, nawet zwolnienia. Jak wszystko w porządku, głupoty nie trzymają się głowy. Ale ten seks…
On mu nie dawał spokoju. Tylko o nim myślał. Szczególnie ostatnio się w nim uaktywnił. Jakby ktoś drugi siedział w jego głowie.
Musiałem – coś mu tak podpowiadało.
– Mieliśmy ciężki orzech do zgryzienia – przyznaje Paweł Marcinkiewicz, zastępca Prokuratora Rejonowego Katowice-Północ – Zaczęło się w październiku ubiegłego roku, kiedy doszło do pierwszego napadu, i nic nie wskazywało, że to seria i będą następne.
Kiedy 46 latek zdecydował, że uderzy, wiedział, że nie może uczynić tego w mieście, w którym mieszkał, w Chorzowie. Miał samochód, fiata punto. Mógł się poruszać sprawnie, gdzie chciał. Zaatakować i uciec. Potrzebne mu było tylko narzędzie.
Metalową rurkę zabrałem z pracy.
Poręczną. Nie za grubą i nie cienką. Skuteczną. Przez nią nazwano go „rurkarzem”. Jak już się przełamał, nie było odwrotu. Młode, zgrabne, szczupłe, o długich włosach. Tylko takie działały na niego.
Z żoną nie miał problemów:  – Do pracy muszę – wyjaśniał, a ona wierzyła.
Rurkę trzymał w bagażniku: – W bagażniku trzyma się tyle rzeczy…
To był impuls, mimo wszystko. Wiedział, że nie może za dnia. Atakować musi nad ranem, gdy jest jeszcze ciemno na dworze.
W październiku rok temu powiedział żonie, że się umówił z szefem w pracy. I wsiadł do samochodu. Sprawdził, czy metalowa rurka leży na swoim miejscu. Sprawdził na wszelki wypadek.
Gdy tylko opuścił Chorzów, wjechał do Katowic.
Mijał skrzyżowania, jedno za drugim: – Obserwowałem autobusy, w nich, zza szyb, młode kobiety.
Weekendowe łowy
 Polował zawsze w weekendy. Pomiędzy sobotą a niedzielą. A raczej w niedzielę nad ranem, kiedy wracały z imprez. Zmęczone, zaspane, mniej czujne. Piękne przez to. Takie lubił, obserwował kiedyś takie.
Podniecały mnie swym wyglądem.
Jak wybierał?
To był impuls
Na przystanku, lub w autobusie. Gdy przejeżdżał, ofiara wpadała mu w oko.
W tamten październikowy poranek ruszył z centrum. Zobaczył ją na przystanku, przy Trasie Średnicowej. W ostatniej chwili wyskoczyła przed jego oczami… Wsiadała do autobusu. Zgrabna, mówił policjantom. Ruszył za nią. Autobus wjechał w ulicę Dębową. Nie wysiadała. Jeden przystanek, następny… Jechała dalej. A on, cierpliwy, za nią. Nie wyprzedzał. W autobusie było mało ludzi, więc łatwo sprawdzał przystanki.
Wysiadła dopiero przy Józefowskiej.
Zatrzymał się, wyłączył światła. Czekał. Poszła w prawo, w kierunku domków przy ul. Promiennej. Było ciemno i cicho. Ruszył na zgaszonych światłach. Podjechał do przyulicznej gęstwiny. Działał instynktownie i szybko. Pobiegł z rurką do ofiary. Uderzył zdecydowanie. Mocno. Nawet się nie odwróciła. Od razu straciła przytomność. Jeszcze jej dołożył. Dla pewności, by się od razu nie ocknęła. Dowlókł ją do samochodu.
Musiałem się wyżyć…
Gdy się poruszyła, uciekł.
W ten poranek nikogo nie było w pobliżu. Z oddalonych okien nikt nie spoglądał. Odjechał. I dopiero po jakimś czasie zapalił w samochodzie światła. Czuł się dobrze. Dziwiło go jedynie, jak można młodej dziewczynie pozwolić wracać do domu samej o tak późnej porze. Spotykał po drodze podobne kobiety, ale już nie miał czasu… Pora do Chorzowa, do domu wszedł cicho. Dniało. Żona spała, córka przewracała się na drugi bok.
Drugi raz było w listopadzie – przyznawał w prokuraturze.
Jak poprzednio, ruszył do „pracy” w niedzielę nad ranem… Znów Katowice. Żeby się tylko żona nie domyśliła. Znowu mijał autobusy, spoglądał w szyby. Zatrzymywał się, gdy zatrzymywał się na przystankach autobus.
I nagle, przy oknie z lewej strony…
Siedziała sama. Patrzyła przed siebie. Od razu się mu spodobała. Ten sam kierunek, co przy pierwszym napadzie. Ale tym razem autobus zatrzymał się przed Józefowcem. Wysiadła sama. Nie odwracała się, kiedy się skradał. Dopadł ją przy ul. Morelowej. Jak poprzednią, też ją zaskoczył. Coś w niego wstąpiło. Bił ją mocno metalową rurką. Zerwał z niej ubranie, chciał z nią w krzaki, ale z ciemności wyłoniła się postać. Może dwie. Nie pamiętał. W mgnieniu oka uciekł. Wyrywając z ręki nieprzytomnej torebkę. Nie wie, dlaczego zabrał wtedy. Nie odwracał się. Skrył się, a potem uciekał do samochodu.
Najadłem się strachu – przyznawał.
Wykorzystał i wyrzucił
 Zaatakował dopiero w kwietniu tego roku. Po raz trzeci. Ponownie w niedzielę nad ranem.
Tym razem nie wyjeżdżał daleko. Z Chorzowa Starego w kierunku katowickich Obroków miał jak rzut beretem. Z Chorzowa ciągnął się za autobusem. Po przekroczeniu granicy miasta zaczął obserwację. Opierała głowę o okno autobusu, zamyślona. A jego wzięło… Znowu. Sporo zakamarków znajdowało się na osiedlu, dużo zadrzewionego terenu.
Kiedy wysiadła, podjechał. Tym razem metalową rurkę miał na siedzeniu. Nie spodziewała się. Jak tamte. Uderzał mocno. Kilka razy. Nieprzytomną wpakował do fiata.
– Żywej duszy nie było w pobliżu – zeznawał.
Popędził z nią w okoliczne gęstwiny. Wykorzystał i wyrzucił z samochodu. Czuł satysfakcję. Żył chwilą.
Tym razem czekał zaledwie dwa tygodnie.
I znowu uderzył w niedzielny ranek. Autobusy… Przy ul. Ligockiej, w zadrzewionym terenie wyskoczył na młodą kobietę. Uderzał rurką, jak zawsze, ale musiał uciekać. Nie widzieli go, może zobaczyli samochód? Gdy w ciemności spoglądał we wsteczne lusterko, podnosili kobietę z chodnika. Kilka dni później nie dała się kolejna ofiara. Zaatakowana przez niego w Siemianowicach Śląskich. Na pograniczu z Katowicami. Najstarsza z napadniętych, 27-latka. Trafiona metalową rurką, nie straciła przytomności. O świcie, w porannych jeszcze ciemnościach, nie była w stanie rozpoznać napastnika, ale broniła się. Walczyła: kopała, krzyczała głośno, nawet gryzła. Nie potrafił sobie poradzić. Była wyższa od niego. Kiedy z kamienicy wypadli ludzie, uciekł.
– Po drugim napadzie zaczęliśmy łączyć fakty – mówi prokurator, P. Marcinkiewicz – Najmłodsza z napadniętych miała 17 lat. Pierwsza ofiara sama doszła do domu, policję poinformowano dopiero później. Druga z ofiar, mocno poturbowana i pobita, dopiero po miesiącu, po wyjściu ze szpitala mogła składać zeznania. Pamiętała jedynie uderzenie. W pozostałych przypadkach było podobnie. Różne zeznania, wypowiedzi przypadkowych świadków, informatorzy. Zaczęliśmy również sprawdzać ewentualnych podejrzanych
Ktoś widział z oddali podobny samochód, podobnego osobnika. Sprawdzano zachowania podejrzanych, wśród nich także ekshibicjonistów. Z wolna, z fragmentów, ukazywał się sposób działania sprawcy, zawężał się krąg podejrzanych, jak i obszar działania.
Grupy operacyjne ruszały w teren również w weekendy – podkreśla prokuratura.
Pod koniec kwietnia, w przedostatnią niedzielę miesiąca, około szóstej nad ranem cywilny patrol przejeżdżał w centrum Katowic przez dwupasmową w tym miejscu ulicę Sokolską. Sporo tu przystanków. Kursujących w obydwie strony autobusów.
W ten niedzielny poranek ruch był niewielki.
Policjanci zawrócili kolejny raz i zatrzymali się, obserwując ulicę, chodniki, przystanki i autobusy. Jeden z operacyjnych zwrócił uwagę na granatowego fiata punto. Równolegle posuwającego się do jadącego obok autobusu. Jakby kierowca kogoś poszukiwał. Zerkał zza kierownicy w szyby doganianych pojazdów komunikacji miejskiej. Nawet żartowali, że zazdrosny mąż szuka żony.
Ale fiat nagle przyspieszył, skręcił w boczną, i znowu zawrócił. Tym razem podjechał pod przystanek, spod którego pojazdy miejskiej komunikacji udawały się w przeciwną stronę. Wzbudziło to czujność funkcjonariuszy. Zaczęli obserwację. Jeszcze z kilka razy auto tak zawracał. Nagle punto zbliżyło się do przystanku i kierowca otworzył w samochodzie przednie drzwiczki. Oczekująca młoda kobieta dawała znać ręką, że dziękuje, i wskazywała na zbliżający się autobus, który właśnie podjeżdżał.
Zapalili silnik. Autobus ruszył, punto za nim, a policjanci za fiatem.
– To ten fiat, mówię wam, to ten „rurkarz”, na pewno – z przekonaniem mówił kolegom jeden z policjantów.
Kiedy się zbliżyli, włączając koguta, punto przyspieszyło. Uciekał. Daleko nie odjechał. Po wszystkim podjechali pod kamienicę w Chorzowie, w której mieszkał 46-latek. Na widok policjantów jego zszokowana żona mało nie zemdlała w progu.
Nie miałam o niczym pojęcia! – wyznała funkcjonariuszom.
Roman Roessler
 
 
 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ