Bo nóż był pod ręką

0
1731
beauty young crying woman with khife in her hand
Zielona koszula Konrada zrobiła się bordowa od wypływającej krwi. Słabł, wysunął się z jej ramion na podłogę. Marta uklękła, aby go rozebrać. Ranka na piersi była mała. Psiknęła w nią odkażającym środkiem w aerozolu. Krew nadal wypływała, ale już nie tak mocno. Starała się ją zahamować bandażami, ręcznikiem. Potem zaprowadziła Konrada do łóżka. Był przytomny tylko słaby, przepraszał ją, że się pokłócili. Przecież jest dla niego całym światem.
– Nic nie mów – prosiła. I też go zapewniała o swej miłości. Leżeli nieruchomo, ona co jakiś czas sprawdzała, czy ręcznik na ranie nie przesiąkł krwią. Już szarzało za oknem, gdy się poderwał, chcąc wymiotować. Pomyślała, że to jego normalna reakcja po wypiciu alkoholu. Ale gdy się pochylał nad miską, z rany wyleciało dużo krwi.

Znów się położyli. O szóstej rano Konrad powiedział niewyraźnie, że trzeba wezwać pogotowie. I sam to zrobił, bo ona na chwilę wyszła do łazienki. Słyszała, jak tłumaczył rejestratorce, że chodzi o dźgnięcie nożem.

Przyjechali bardzo szybko. Ratownik pytał ją, dlaczego wcześniej nie zawiadomiła pogotowia. Nim zdążyła odpowiedzieć, Konrad wyznał, że sam się niechcący nabił na nóż. Wtedy ona dodała, że nie była świadkiem wypadku, gdyż wróciła do domu o północy.

Zabrali go na noszach. Zapewniała, że wkrótce dotrze za nim do szpitala, tylko się ubierze. Po odjeździe karetki postanowiła ogarnąć mieszkanie, zmyć krew z podłogi. Włączyła pralkę, w której już były brudne rzeczy; zamierzała w drugim rzucie wyprać zakrwawioną odzież i pościel. I wtedy zapukała do drzwi policja. Powiedzieli, że Konrad K. nie żyje, zmarł w karetce.

 Zmieniała wersje

 Podczas pierwszego przesłuchania Marta G. powtórzyła to, co już mówiła ratownikowi. Gdy 21 kwietnia wróciła do domu późno w nocy, jej narzeczony leżał na łóżku w zakrwawionym ubraniu. Myślała, że miał krwotok z nosa na skutek leków, które brał na rozrzedzenie krwi. Chciała go opatrzyć, ale się nie zgadzał, poczuła alkohol. W pokoju stały dwie foliowe torby z puszkami po piwie. Potem w nocy wymiotował; zawsze tak reagował, gdy za dużo wypił. O 6. rano zadzwonił na pogotowie.
Kobieta ponownie rozpytywana, zmieniła wersję wydarzeń. Otóż 21 kwietnia 2009 roku kończyło się kilkumiesięczne zwolnienie chorobowe Konrada, i z tego powodu zaprosił sąsiadów z bloku na grillowanie. W ogródku siedzieli do godziny 23. Mimo, że wypito wiele piw, gospodarzowi było za mało. Zarządził wyprawę po alkohol do pobliskiego baru. Był głuchy na sprzeciw Marty, która przypominała narzeczonemu, że nazajutrz musi się stawić w pracy. Powinien być w dobrej formie.
Po powrocie z baru pokłócili się. Najpierw o to, że on pije (gdy wyszła z łazienki, siedział w sypialni z puszką piwa, to już była siódma). Wykrzyczała mu, że się stacza, jak jego ojciec i brat, który przepił wszystko. Ich oboje czeka ten sam los. Potem kłócili się o pieniądze – była zdenerwowana, że przejadają 40 tysięcy złotych kredytu, który wzięła na planowane wesele. Gdy Konrad ją uderzył, pobiegła do kuchni po nóż, krzycząc, że przetnie sobie żyły.
On poszedł za nią. Płakała, krzyczała, że się go boi i żeby się do niej nie zbliżał. Wtedy Konrad złapał jej rękę z nożem, próbując go wyrwać. Nie pozwalała, więc ciągnęli ostre narzędzie we wszystkie strony.
– Po 10 minutach zabrakło mi sił – zeznawała kobieta – Konrad silniej pociągnął moją rękę i niechcący wbił sobie ostrze w klatkę piersiową. Na moich oczach jego ciemnozielona koszula polo zmieniła kolor na bordowy. Odruchowo wyrzuciłam zakrwawiony nóż do zlewu. Była 1 w nocy. Nie od razu się zorientowałam, co mu się stało.

– Dlaczego pani skłamała ratownikowi z pogotowia, że nie było pani w domu, gdy doszło do tragedii? – zapytał śledczy.

– Nie wiem, przestraszyłam się.

– A dlaczego nie pojechała pani z narzeczonym w karetce?

Bo byłam w koszuli nocnej i nie chciałam przeszkadzać lekarzowi. Ale zapytałam, gdzie jadą. Nie pomyślałam, że sytuacja jest bardzo poważna.

W czasie kolejnego przesłuchania śledczy dowiedział się, że to podejrzana wyrwała nóż z ręki narzeczonego, gdyż na wiadomość, że z nim zrywa, chciał się zabić. Miała powody, aby groźbę potraktować poważnie, Konrad K. już wcześniej się samookaleczał.

Marta G. jeszcze raz zmieniła swoją relację o nocnej awanturze w mieszkaniu po rozejściu się gości zaproszonych na grilla. Tym razem wypadki miały się potoczyć następująco: gdy Konrad ją uderzył, a to zdarzyło się po raz pierwszy – wpadła w histerię, chciała ze sobą skończyć. Krzyczała, że go nienawidzi, że jest nikim, damskim bokserem. Wtedy przewrócił ją na podłogę i usiadł na niej okrakiem, próbując ją unieruchomić. Wywinęła się, chwyciła nóż. Znów się mocowali, bo chciał jej wyrwać ostre narzędzie. Czuła, że omdlewa jej ręka, nie panuje nad nią, a on się zbliżał. I wtedy bezwiednie go ugodziła.

– Proszę opisać wszystkie swoje czynności, gdy została pani sama w mieszkaniu – zażądał przesłuchujący.

– Zabrałam się za sprzątanie. Wymyłam podłogę, włączyłam pralkę. Tam były inne brudne rzeczy, chciałam je najpierw uprać. A potem zakrwawione. Zmieniłam pościel, wyrzuciłam bandaże do torby. I wtedy odezwał się domofon, usłyszałam: policja.

Na zlecenie prokuratury kryminolog zrekonstruował przebieg tragicznego zdarzenia z nożem. Zdaniem biegłego z profesorskim tytułem, w rzeczywistości było inaczej, niż twierdziła Marta G. podczas wizji lokalnej. Konrad K. nie nadział się na kuchenny nóż w ręku narzeczonej. 25-centymetrowa rana w ciele ofiary, przebiegająca od góry ku dołowi wskazywała na celowo zadany cios.

– Jest niemożliwością – twierdził profesor – aby osoba trzymająca nóż w ręce, pociągnięta przez kogoś drugiego, wskutek omdlenia swej ręki samoistnie uderzyła od góry ostrzem w klatkę piersiową. I z taką siłą, że długi nóż wszedł aż do końca.

Po równi pochyłej

 26-letnia Marta G. była studentką czwartego roku prawa na UW w Warszawie. Aby zapłacić za płatne studia, dorabiała jako pomoc księgowej. Starszy od niej o rok, Konrad K. zakończył edukację na pierwszej klasie liceum. Został kelnerem w barze.

Znali się od 8 lat. Połączyło ich nie tylko uczucie, ale i osamotnienie. Ona po powtórnym zamążpójściu matki mieszkała z dziadkiem alkoholikiem, kilkakrotnie karanym za znęcanie się nad rodziną. Któregoś dnia wyrzucił ją, 15-letnią z domu. Wtedy przygarnął ją Konrad K., właśnie osierocony przez rodziców, mieszkający z siostrą. Gdy po latach chłopak za otrzymany spadek kupił mieszkanie w Radzyminie, wprowadzili się tam oboje. Nie przelewało im się, ale się kochali. Cztery miesiące przed tragiczną śmiercią Konrad zerwał ścięgna w nodze i poszedł na długie zwolnienie. Nie zarabiał, nie spłacał w banku kredytu – trafił do rejestru dłużników. Niezbyt go to martwiło, finanse były na głowie Marty. On nudząc się w domu, szukał kumpli do wypicia. Zdarzało się, że po libacji nie wracał na noc. Marta denerwowała się. Przepraszał, obiecywał, że już nie weźmie piwa do ust, ale nazajutrz o tym zapominał.

Sąsiedzi i znajomi tej pary, przesłuchiwani na okoliczność awantur w mieszkaniu Konrada K., jednomyślnie twierdzili, że była to burzliwa miłość. Impulsywna Marta, choć z wyglądu delikatna blondynka, potrafiła mocno podnieść głos, gdy coś ją zdenerwowało. Konrad – choć z natury luzak, taki wesoły kompan spod budki z piwem, nie pozwalał, aby mu kobieta chodziła po głowie. Ale jeśli zdarzyło się, że było u nich wieczorem w mieszkaniu za głośno, nazajutrz przepraszał sąsiadów.

Oskarżona o zabójstwo, została zbadana przez biegłych psychiatrów i psychologów. Nie rozpoznali choroby psychicznej. Ale stwierdzili, że u tej młodej, atrakcyjnej kobiety, pod prezentowaną fasadą pewności siebie kryła się osobowość niedojrzała, brak poczucia bezpieczeństwa. Traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa – stały lęk przed dziadkiem sadystą, nauczyły ją postrzegać świat i ludzi, jako zagrożenie.

Marta G., choć taka ambitna, konsekwentnie dążąca do skończenia studiów, nie radziła sobie ze stresem. Krzyk i płacz – formy zachowania stosowane w dzieciństwie – przeniosła do życia dorosłego.

Tragicznej nocy przestała wierzyć, że Konrad – wkrótce jej mąż, stanie się wreszcie odpowiedzialny. Niepohamowana skłonność narzeczonego do picia, nasunęła obrazy życia z dziadkiem alkoholikiem. No i ta podniesiona na nią ręka. Poczuła znajome zagrożenie.

– Nie mogłam uwierzyć – Marta G. zwierzała się psychologowi – że życie z Konradem toczy się w niewłaściwą stronę, przecież on był moim wybawicielem od okrucieństw w rodzinnym domu. Dostałam histerii i zanosząc się płaczem mówiłam straszne rzeczy, że go nienawidzę.

– To co się zdarzyło z udziałem oskarżonej – orzekli biegli – miało cechy reakcji lękowo – agresywnej i nastąpiło w stanie silnego wzburzenia. Ale nie w stanie afektu patologicznego, bo ten się charakteryzuje gwałtownym początkiem, przebiegiem nie adekwatnym do bodźca, a następnie wyłączeniem albo ograniczeniem zdolności myślenia. Marta G. do końca zachowała trzeźwość myślenia.

Był całym moim życiem
 Na rozprawie przed Sądem Okręgowym Warszawa Praga oskarżona mogła się już wylegitymować dyplomem studiów prawniczych. Nie przyznała się do zarzutu, że zabiła narzeczonego.

– Kochałam go najbardziej na świecie, był całym moim życiem, wszystkim. Oboje nie wiedzieliśmy, że rana jest tak poważna. Wyglądało na przecięcie skóry, on nie prosił, by wezwać pogotowie.

O tym, co złego działo się w jej związku z Konradem, nie mówiła nikomu. Nie potrafiłaby się komuś zwierzać. Myślała, że poradzi sobie sama. Tym bardziej, że narzeczony kiedy nie pił, był bardzo kochany.

– Wielokrotnie mi powtarzał, że nie wyobraża sobie życia beze mnie. Że gdyby tak się stało, zachlałby się i zaćpał na śmierć. Pamiętał, że to ja na początku naszej znajomości odciągnęłam go od narkotyków i kryminalnego towarzystwa. Tam, gdzie się urodził, był znany każdemu policjantowi. Dlatego namówiłam go, abyśmy się wyprowadzili do innej miejscowości w okolicy Warszawy.

Oskarżona miała zdecydowanego wroga na sali sądowej, w osobie siostry ofiary. Nie dość, że żądała 100 tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia, to jeszcze obwiniała niedoszłą szwagierkę o wszczynanie awantur w domu brata. Oskarżycielka posiłkowa kwestionowała wyjaśnienia Marty, że narzeczony już wcześniej dokonywał samouszkodzeń. Nie uważała też, że był uzależniony od alkoholu. Po prostu lubił piwo.

Ale znajomi tej pary widzieli, jak Marta G. wylewała do zlewu kupioną przez Konrada wódkę. Mąż jej matki, właśnie z powodu alkoholizmu Konrada odradzał pasierbicy wiązanie się z mężczyzną, który z puszką piwa w ręku godzinami szlifuje bruki.

W jego rodzinnej miejscowości – zeznawał ten świadek – wystarczyło zapytać meneli na ulicy o Konrada, każdy wiedział o kogo chodzi. Marta ciągle się o niego bała. On zresztą sam przyznawał, że po alkoholu coś w niego wstępuje. Radziłem, żeby rozładowywał emocje waląc głową w ścianę, to się uspokoi.

Agresywność ofiary po wypiciu potwierdzali inni świadkowie: – Kiedyś Marta siedziała w ogródku z książkami i uczyła się – opowiedziała sąsiadka – a on wrzeszczał na cały blok: „K…, wypier…to moje mieszkanie”. Potem się dowiedziałam, że rozzłościło go, bo nie miał na piwo. On w ogóle nie interesował się tym, że trzeba zapłacić czynsz, czy inne rachunki, to było na głowie Marty. W pizzerii zarabiał bardzo mało, bo migał się od roboty. Oszukiwał Martę, że jedzie do pracy, a szedł na miasto.

Stawili się świadkowie, którzy twierdzili przed sądem, że Konrad K. nie raz bił swoją dziewczynę gdy sobie popił, tylko ona się do tego nie przyznawała.

Sąd ustalił, że nie ma innego logicznego wytłumaczenia dla zachowania ofiary w chwili przyjazdu pogotowia (powiedział, że sam się niechcący dźgnął nożem), niż chęć zatajenia roli narzeczonej i uchronienie jej przed aresztowaniem. Gdyby bowiem rana powstała na skutek nieszczęśliwego wypadku, bądź celowego działania Konrada K., to ci dwoje nie mieliby powodu ukrywać tego przed ratownikami. Sąd nie uwierzył w wersję oskarżonej o samookaleczeniu się ofiary. Na początku śledztwa nie wspominała o próbach samobójczych narzeczonego. Dopiero później, gdy poznała wyniki sekcji, z których wynikało, że ofiara ma na ciele blizny nieznanego pochodzenia, przedstawiła taką wersję.

Sąd wykluczył też zaistnienie takiej sytuacji, że Konrad K. targnął się na życie, gdyż jego dziewczyna zagroziła podcięciem sobie żył czy też odejściem.

– Marta G. – orzekła sędzia Agnieszka Wilk nie sięgnęła po nóż, aby zrobić sobie krzywdę. To było silne rozładowanie emocji, które wybuchły w trakcie awantury, a narastały od dłuższego czasu.

Nie chciała zabić swego partnera, ale była świadoma konsekwencji uderzenia – ewentualnego zabójstwa. Tym bardziej, że na studiach uczyła się podstaw kryminalistyki.

Sąd Okręgowy Warszawa Praga skazał Martę G. na 8 lat więzienia. Powództwo cywilne siostry ofiary pozostało bez rozpoznania.

Adwokat oskarżycielki posiłkowej kwestionował w apelacji popełnienie zbrodniczego czynu w afekcie emocjonalnym. Twierdził, że trudno uwierzyć w wielkie uczucie Marty G. do narzeczonego, o czym skazana często mówiła na sali sadowej. To było na pokaz. Podobnie, jak składanie wieńców w kształcie serca na grobie ofiary. W rzeczywistości oskarżona chyba nie darzyła ofiary tak silnym uczuciem, skoro dwa lata po tragedii związała się z innym mężczyzną i ma z nim dziecko.

W czerwcu 2016  roku Sąd Apelacyjny obniżył wysokość kary do 5 lat pobytu w zakładzie karnym. Sąd uznał, że silne wzburzenie, jakiego doznała Marta G. owej tragicznej nocy, może stanowić szczególną okoliczność do zastosowania nadzwyczajnego złagodzenia kary.

Helena Kowalik

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ