Spalił rodzinę dla 100 tysięcy złotych

0
1311

Ostateczna jest już kara dożywocia dla Dariusza P. skazanego za podpalenie domu w Jastrzębiu-Zdroju i zabicie w ten sposób żony i czworga dzieci. W środę Sąd Najwyższy oddalił kasację obrońcy skazanego. O warunkowe zwolnienie P. będzie mógł ubiegać się dopiero w 2049 roku. Będzie miał wówczas 77 lat.

Do pożaru domu jednorodzinnego doszło 10 maja 2013 r. tuż przed godz. 2 w nocy. Zginęła w nim żona i czworo dzieci P., ocalał jedynie najstarszy syn. Jak ustalili biegli nie było śladów włamania do domu, a powierzchnia pożaru była niewielka – ok. 15 m kw. Ogień pojawił się na piętrze, paliły się część schodów i szafa.

Na miejscu zginęła 18-letnia najstarsza córka P., a czteroletnia – w trakcie udzielania jej pomocy. Później  szpitalach w Jastrzębiu Zdroju i Cieszynie zmarli kolejno: 10-letni chłopiec i 40-letnia matka dzieci oraz 13-letnia dziewczynka. Cała piątka pochowana jest w jednym grobie na cmentarzu w Jastrzębiu Zdroju.

Dariusz P. został zatrzymany i aresztowany w marcu 2014 r. Gliwicka prokuratura zarzuciła mu zabójstwo pięciu osób oraz usiłowanie zabójstwa szóstej.

 Podczas śledztwa okazało się, że nie był to pierwszy pożar w tym domu. Wcześniej ogień pojawił się od zwarcia instalacji elektrycznej. – Wówczas Dariusz P. uzyskał odszkodowanie od ubezpieczyciela, około 100 tysięcy złotych – informowała Karina Spruś z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.

Mężczyzna nie przyznał się do podpalenia domu. Poddano go obserwacji psychiatrycznej. Wyniki okazały się dla niego miażdżące.

– Biegli stwierdzili, że jest klasycznym psychopatą, osobą zupełnie pozbawioną uczuć wyższych, nastawioną na realizowanie swoich celów, swoich przyjemności, kompletnie nieodczuwającą empatii. Wszystkie polisy ubezpieczeniowe miały opcję wypłaty podwójnej kwoty w sytuacji nieszczęśliwego wypadku, w przypadku pożaru – mówiła prokurator Spruś.

 Pierwszy wyrok w tej sprawie zapadł w grudniu 2016 r. przed rybnickim wydziałem Sądu Okręgowego w Gliwicach. Sąd nie miał wątpliwości, że podłożył nocą ogień w kilku miejscach. Aby ogień mógł się łatwo rozprzestrzeniać, ułożył rząd poduszek zdjętych z mebli ogrodowych. Aby zasugerować przypadkowy pożar, przeciął kabel zasilający, a obok przewodu położył martwą mysz. Nie miała ona jednak głowy, na co zwrócili uwagę biegli.

Sąd uznał, że P. zabił, bo chciał uzyskać pieniądze z ubezpieczenia i uwolnić się od rodziny. Skazał P. na dożywocie.

Sąd Apelacyjny w Katowicach ustalenia te podtrzymał i również orzekł karę dożywocia.

Kasację do Sądu Najwyższego wniósł obrońca Dariusza P. Wskazywał w niej m.in. na konieczność przeprowadzenia w sprawie dodatkowej opinii biegłych z zakresu pożarnictwa i zbadanie – jego zdaniem należycie nie rozważanej dotychczas – hipotezy pożaru w wyniku zwarcia instalacji elektrycznej.

Jednak w środę Sąd Najwyższy kasację oddalił. Kara dożywocia się faktem.

– Nie można podzielić poglądu, że sąd apelacyjny ocenił zarzuty w sprawie w sposób dowolny i pobieżny – uzasadniła oddalenie kasacji sędzia SN Małgorzata Gierszon. Dodała, że już przy pierwszych oględzinach miejsca tragedii dokonanych jeszcze w dniu pożaru, przeprowadzający te oględziny specjaliści nie mieli wątpliwości, że doszło do podpalenia.

Na mocy prawomocnego wyroku Sądu Apelacyjnego w Katowicach sprzed roku o warunkowe zwolnienie skazany będzie mógł ubiegać się najwcześniej po 35 latach, czyli w 2049 r. Będzie miał wtedy 77 lat.

Źródło PAP

Poniżej reportaż  Romana Roesslera z 2014 roku

SZATAN W LUDZKIM CIELE

Udawał miłość, rozpacz, wiarę. Latami ukrywał – za maską kochającego i bogobojnego ojca rodziny – swoje prawdziwe, okrutne oblicze. Okazał się bezwzględnym mordercą, pozbawionym litości dla własnych dzieci i żony. Zabił ich z zimną krwią.

42 -letni Dariusz P. 10 maja 2013 roku – w Ruptawie pod Jastrzębiem -Zdrojem – zamordował swą żonę, 40-letnią Joannę, oraz czwórkę własnych dzieci: 4 -letnią Agnieszkę, 10 -letniego Marcina, 13 -letnią Małgosię i 18 -letnią Justynę. Przeżył 17 -letni Wojciech. Dariusz P. jest bardzo religijny.

Był szafarzem w kościele, podczas mszy podawał komunię. Pod koniec marca tego roku Prokuratora Okręgowa w Gliwicach postawiła mu zarzut zabójstwa pięciu osób. Zrobił to poprzez celowe podpalenie domu. Ma także zarzut usiłowania zabójstwa piątej osoby, syna. Dariusz P. nie przyznaje się do winy. Prokuratura twierdzi, że dysponuje niepodważalnymi dowodami. Motywem zbrodni miały być pieniądze uzyskane z ubezpieczenia członków rodziny. Potrzebne mu były, aby wyjść z długów.

Zabić bliskich

 O tym pożarze mówiła cała Polska. Wszyscy współczuli Dariuszowi P. Zginęła niemal cała jego rodzina, z wyjątkiem najstarszego syna, Wojciecha.

To właśnie Wojtka, tamtej majowej nocy, około pierwszej obudziły krzyki siostry Gosi z piętra niżej, oraz starszej siostry Justyny – zza ściany. Chłopak na piętrze zobaczył kłęby dymu. Najpierw dzwonił do ojca, ale telefon komórkowy Dariusza P. milczał. Potem dopiero powiadomił straż pożarną w Jastrzębiu – Zdroju.

– Gdy podjeżdżaliśmy, machał do nas z najwyższego okna na poddaszu – mówił Edward Deberny, komendant Państwowej Straży Pożarnej w Jastrzębiu Zdroju. – I to było jedyne otwarte okno w tej willi. Pozostałe były zamknięte, jak w jakimś bunkrze. Stał w nim, wskazując nam dojazd do posesji. Coś do nas wołał, kiedy podjeżdżaliśmy. Miał szczęście, spał na poddaszu i to go uratowało.

Jednak nie od razu sześć zastępów strażaków mogło przystąpić do akcji: – Antywłamaniowe drzwi do domu zamknięto od zewnątrz na przysłowiowych sześć spustów, jakby nikogo w domu nie było – mówili po akcji strażacy – Antywłamaniowe żaluzje w oknach, w tę majową noc, też szczelnie domknięto, jakby się obawiano dopływu świeżego powietrza do środka.

Strażacy musieli niszczyć wszystkie przeszkody. A to trwało.

Bez wątpienia, jak podkreślano, zabezpieczenia te spowodowały dodatkową zwłokę i uniemożliwiły ratunek pięciu osób. Temperatura w na piętrze w ciągu 160 sekund sięgnęła 200 stopni Celsjusza.

Na miejsce pożaru Dariusz P. przyjechał dopiero po pół godzinie. Tłumaczył się, że w jego oddalonym od domu o ponad 10 kilometrów warsztacie w Pawłowicach, maszyny zagłuszały cichy sygnał komórki. Sygnał ściszył jeszcze w domu, aby jakiś przypadkowy telefon nie przeszkodził jego najmłodszej córce. Tuż przed wyjazdem do pracy usypiał ją bowiem. Posadził jeszcze na nocniczku, a potem na dobranoc przeczytał jej bajkę. Przykrył kocykiem, ale mu powiedziała, aby tego nie robił, bo jej gorąco.

– Tamtej nocy przed wyjściem do pracy ucałowałem jeszcze małżonkę.

Miał sporo do roboty. Kilka dni wcześniej skaleczył palce i dopiero tamtej nocy mógł odrobić zaległości. Potem zapomniał przywrócić normalną głośność sygnału i dlatego nie słyszał dzwoniącego Wojtka. Gdy w końcu odebrał komórkę, od razu wskoczył do samochodu i przyjechał.

Wojtek siedział w wozie strażackim. Z rozwalonych okien domu unosiły się kłęby dymu. W środku paliła się powierzchnia około 15 metrów kwadratowych.

Wynoszono nieprzytomnego Marcina. I wtedy Dariusz P. zasłabł. Padł na ziemię. Zemdlał. Musiano go cucić. Widział zwłoki.

– Dwójkę martwych moich małych dzieci – opowiadał, gdy doszedł do siebie.

wsciekl-sie-bo-myslal-ze-rodzina-nie-splonela_18573860
Wyglądali wówczas na szczęśliwą rodzinę. Nikt z nich nie przypuszczał, że spożywają posiłek ze swoim mordercą. Od lewej: Justyna (†18 l.), Małgosia (†13 l.), Wojtek (18 l.), Agnieszka (†4 l.), ojciec morderca Dariusz P. (42 l.), żona Joanna (†40 l.), Marcin (†10 l.) To zdjęcie pochodzi z albumu rodziny P. Takich fotografii jest wiele. Dariusz P. zamieszczał na nich zabawne dymki.

Był zrozpaczony, tak przynajmniej się wszystkim zdawało. Karetki z jego najbliższymi mijały się. Jeździł po szpitalach, biegał po szpitalnych korytarzach. Na wszystko jednak było za późno. Dwóch córek już nie było. Pozostałym zdążył jeszcze nakreślić palcem znak krzyżyka na czole.

Błogosławił już ze spokojem. Opanowany. Widział żonę, jeszcze żyła.

– Gdyby nie te zabezpieczenia, może wkroczylibyśmy wcześniej do środka i udałoby się choć kogoś z nich uratować – powtarzają jastrzębscy strażacy – A może nawet wszystkich.

Z powodu zatrucia tlenkiem węgla, zginęła na miejscu Justyna, najstarsza córka Dariusza P. Najmłodsza, Agnieszka – zmarła w trakcie udzielania pomocy. Nie udało się uratować dziesięcioletniego Marcina i matki dzieci. Zmarli na intensywnej opiece medycznej jastrzębskiego szpitala. Najdłużej walczyła o życie Małgosia. Po kilku dniach, zmarła w cieszyńskim szpitalu.

– Przy takim stopniu zatrucia tlenkiem węgla, nie było szans na uratowanie kogokolwiek – potwierdzali lekarze.

Niczym Hiob

 Dariusz P. rozpaczał. Ale jakoś inaczej, jak mówią jego sąsiedzi: – Ze spokojem jakimś takim.

Porównywał siebie do biblijnego Hioba: – Taki już mój los, kiedy Pan zabiera bliskich. Tam będą mieli jednak lepiej.

dariusz_p
Trzy tygodnie przed pożarem – w kilku towarzystwach ubezpieczeniowych – wykupił dodatkowe polisy na sumę miliona złotych, na wypadek zgonu Joanny w wyniku nieszczęśliwego wypadku

Był o to spokojny. I wierzył już inaczej. Wiedział, że jego bliscy uczestniczą już w tym, w co wierzyli przez całe życie na ziemi: – Są zbawieni – mówił. Sam ma sumienie czyste. Nic nie ma sobie do zarzucenia. Jednak będzie żyć z wyrzutem, że czegoś nie dopilnował. Ale nie z własnej winy: – Bóg mi świadkiem.

Miał tylko w jednym pretensje do Boga, i mówił o tym nieco zawile: – Że dopuścił do pewnych rzeczy, które się w ogóle wydarzyły…

Sąsiedzi podziwiali opanowanie Dariusza P.

– Jest pogodzony z losem – dodawali inni – To człowiek wielkiej wiary!

– Na tragedię tę nie inaczej trzeba spojrzeć, jak tylko w świetle wiary – powiedział poruszony dramatem rodziny, obecny na ceremonii pogrzebowej metropolita katowicki abp Wiktor Skworc.

W kościele na katafalkach przed ołtarzem spoczywało pięć trumien. Jedna brązowa, w której leżały zwłoki matki, Joanny, i cztery jasne, z dziećmi. Białe róże położono na jasnych trumnach. Czerwone róże zdobiły wieko trumny matki. Podczas mszy ks. Bogusław Zalewski, proboszcz parafii Niepokalanego Serca Marii Panny, odczytał list, który wcześniej napisał Dariusz P. Żegnał się w ten sposób z rodziną słowami Ewangelii. Zaczynał się list słowami: „Dziękujemy Bogu i sobie, za to, że uczynił nas zdolnego do kochania”.

– Po spuszczeniu do grobu trumny Asi, a potem Justyny, kiedy przyszła kolej na Małgosię, przeszedł po mnie taki dreszcz – wspominał Dariusz P. – Jakbym stąpał po przewodzie wysokiego napięcia. I poczułem, jakbym dostał nagle łaskę od nich. Tam z nieba. Albo od samego Pana Jezusa. I już wiedziałem, że sobie tutaj poradzę.

Gdy po pogrzebie na cmentarzu składano mu kondolencje, on pocieszał innych. Z podziwem komentowano takie jego zachowanie: – Jaka moc w nim, siła jakaś dziwna.

Byli zgraną i poukładaną rodziną. On codziennie rano odprowadzał najmłodszą Agusię do przedszkola. Potem wypijał z żoną poranną kawę. Załatwiali wspólnie różne sprawy, sprawunki. Woził dzieci do lekarza.

– Szanowałem Joannę, w życiu nie krzyknąłem na nią, ręki nie podniosłem – mówił ten kat rodziny.

– W małżeństwie nie przekracza się pewnych granic – tak powtarzał często i dodawał – Tak jak ja, powinien zachowywać się każdy mężczyzna.

Po tym, jak zabił bliskich, powiedział: Nic lepszego nie mogło mnie spotkać w życiu, jak taka rodzina, którą miałem. Przecudne dla mnie doświadczenie.

 Zaplanował zbrodnię

 Najpierw brano pod uwagę, że pozostawione włączone żelazko mogło być przyczyną pożaru. Potem Dariusz P. sugerował, że mogło dojść do zwarcia instalacji. Znalazł nawet martwą mysz z kawałkiem kabla w pyszczku. Jego zdaniem, miała przegryźć przewody elektryczne na piętrze. Jednak strażacy wykluczyli tę wersję.

Biegli w zakresie pożarnictwa stwierdzili w końcu, że pożar powstał na skutek podpalenia, i że było sześć miejsc w domu, w których podłożono ogień. Położenie ciała, nieprzytomnej wtedy żony Dariusza P., gdy ją odnaleźli strażacy, wskazywało, iż uchwyciła za paski żaluzji. Bez skutku jednak, nie mogła ich podnieść i otworzyć okna.

W willi nie było też śladów włamania. Bez wątpienia podpalacz chciał, aby wszyscy w środku spłonęli żywcem.

Prokuratura Rejonowa w Jastrzębiu – Zdroju wszczęła śledztwo w sprawie.

Wizja lokalna na miejscu zbrodni

Lokalne władze nadal wspomagały Dariusza P. Z synem, Wojtkiem, otrzymał od miasta mieszkanie, do spalonej willi już nie wrócili. Dariusz P. przyjeżdżał na miejsce jedynie po odbiór korespondencji. Sąsiadom mówił, że ma za dużo wspomnień z tego miejsca, i że wyburzy dom. Prosił o finansowe wsparcie. W parafii zorganizowano dla niego zbiórkę pieniędzy. Zebrano kilka tysięcy złotych. W mediach podawał numer konta, na które instytucje i pojedyncze osoby słały pieniądze.

I nagle, niespodziewanie zmienił zeznania. Nie obwiniał już o zwarcie przewodów myszy. Mówił, że otrzymywał anonimowe sms-y, w których miano mu grozić podpaleniem domu. Pokazywał je policji. Jak również te, w których podpalacz miał się przyznać do tej zbrodni. W końcu domniemany podpalacz miał żałować swego czynu i nawet zaproponował Dariuszowi P. finansowe zadośćuczynienie za śmierć jego żony i dzieci. Na co Dariusz P. przystał. Podpalacz miał wpłacić na konto Dariuszowi P. ponad 7 tys. zł, co też uczynił, i Dariusz P. pokazywał policji tę wpłatę.

Policja namierzała komórkę domniemanego podpalacza, ale jego telefon milczał i nie logował się w sieci.

– Wiedzieliśmy już, że coś kręci – przyznawali prowadzący śledztwo.

Okazało się również, iż w momencie pożaru Dariusza P. nie było w oddalonym o kilkanaście kilometrów od domu warsztacie, jak wcześniej sugerował policji.

– W chwili pożaru jego telefon logował się w stacji, w pobliżu jego domu.

Policja nie miała już wątpliwości, on cały czas obstawał jednak przy swoim:

– Nie miałem nic wspólnego z pożarem – zarzekał się.

W tym czasie sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa w Gliwicach.

Pomysł z piekła rodem

Nie zdając sobie z tego sprawy, Dariusz P. znalazł się pod obserwacją.

W miarę posuwania się śledztwa odkrywano, że jego zakład meblarski miał znaczne długi. Sięgały prawie 3,5 mln. zł. Zalegał również Urzędowi Skarbowemu. Nie spłacał zobowiązań bankom i osobom prywatnym. Jego willi nie mogli zająć komornicy. Znajdowała się w Funduszu Alimentacyjnym, jako finansowe zabezpieczenie dzieci Dariusza P. Wszystko, co kupował z żoną było na raty. Spirala zadłużenia jego rodziny rosła. Zakładane przez niego kolejne firmy stolarskie, bądź budowlane, nie przynosiły zysków i plajtowały. A zarobki żony, jako katechetki, nie były wielkie.

Wtedy zapewne wpadł na ten pomysł z piekła rodem.

Trzy tygodnie przed pożarem – w kilku towarzystwach ubezpieczeniowych – wykupił dodatkowe polisy na sumę miliona złotych, na wypadek zgonu Joanny w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Ubezpieczyciele byli zdziwieni, że nie interesowały go polisy na wypadek choroby, ani naturalnej śmierci żony.

– Tylko takie wyjątkowe właśnie – wyjaśniał jeden z ubezpieczycieli – Jakby przewidywał, kiedy taka śmierć ma nastąpić. W takiej polisie dwukrotnie wzrasta wysokość odszkodowania.

Na policji wyjaśniał, że jeżeli chodzi o życie, to mieli z żoną takie wzajemne ubezpieczenia, na wypadek śmierci któregoś z nich: – I to był pomysł żony – podkreślał.

Po pożarze Dariusz P. pobrał 40 tys. zł odszkodowania za standardowe ubezpieczenie swych dzieci. Kiedy wystąpił do ubezpieczycieli o polisy opiewające na jego żonę, usłyszał, że decyzja o wypłacie nastąpi dopiero po wynikach prowadzonego przez prokuraturę śledztwa.

Ubezpieczony był także dom Dariusza P. Od kradzieży, na 10 tys. zł, oraz od pożaru, na 300 tys. zł.

Nie pierwszy był to pożar jego willi. Wskutek zwarcia w instalacji wideo domofonu, płonęła już w styczniu 2011 roku. Za tamten pożar zgarnął blisko 200 tys. zł. Nikt nie był wtedy poszkodowany. Jakiś czas temu chciał wyłudzić 200 tys. zł. Zgłosił na policji kradzież pieniędzy, które miał przy sobie, gdy jechał samochodem. Przez otwarte okno w wozie miała wlecieć cegłówka i trafić go w głowę. Miał stracić nawet przytomność, a samochód miał się stoczyć do pobliskiego rowu. Kiedy się ocknął, pieniędzy już nie było. Jednak nie miał na głowie obrażeń po uderzeniu. Karoseria auta też nie była tknięta, nawet draśnięta. Sprawę umorzono. Nic nie otrzymał.

z_prawej_dariusz_p
Dariusz P. ( z prawej) udaje rozpacz na pogrzebie swoich ofiar

Wyjaśniały się dalsze kłamstwa Dariusza P. Przyczyna śmierci myszy – która miała być powodem pożaru – była mechaniczna i nastąpiła znacznie wcześniej. Zaś gryzoń został podrzucony na miejsce pożaru.

Również sms-y, jak się okazało, Dariusz P. wysyłał sam do siebie. Zbadał ten fakt biegły lingwista, analizując treść wysyłanych do niego sms-ów i odpowiedzi na nie. Jak również treść wzruszającego listu Dariusza P. do żony, odczytanego w trakcie pogrzebu.

– Pisała je ta sama osoba – nie było wątpliwości.

Po rewizji przeprowadzonej w zakładzie meblarskim Dariusza P., odnalazł się schowany tam telefon komórkowy. Z niego słał do siebie sms-y. W jednym z opolskich banków rozpoznano Dariusza P. Przy okienku wzbudzał zdziwienie. Z jednego swojego konta, wysyłał pieniądze na drugie własne. Po drodze do Opola, i z powrotem, jego wóz rejestrowały kamery monitoringu drogowego i miejskiego.

– Nie chcę się katować, niczego to nie zmieni, nie zwróci mi najbliższych – mówił tuż przed aresztowaniem Dariusz P. – Że jestem podejrzany, jako współmałżonek? Nie jest w stanie mnie to wyprowadzić z równowagi. Byliśmy normalną, szanującą się, kochającą rodziną. Brakuje mi ich. Nie mam do nikogo żalu – powtarzał jak mantrę.

Dusza towarzystwa

 27 marca 2014 roku Dariusza P. aresztowano na trzy miesiące. Skutego wyprowadzano z bloku: – Jestem niewinny – bronił się.

– Nie przyznał się do przedstawianych mu zarzutów – mówi prokurator Michał Szułczyński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.

– Kochałem swoją rodzinę – Dariusz P. odpowiadał na oskarżenia prokuratury.

– Miałem motyw – przyznawał, wspominając o swych długach. – Ale nie zabiłem. Wykluczam też udział innych osób – powtarzał, pytany o szczegóły.

Przyznał się natomiast w prokuraturze, że leczył się psychiatrycznie, a jego rodzina nie miała o tym pojęcia. Prowadzono już przeciwko niemu śledztwa, ale w sprawach gospodarczych. Biegli orzekli wtedy, że jest niepoczytalny. Nadal mógł jednak prowadzić działalność gospodarczą.

Na początku w Jastrzębiu – Zdroju nie dawano wiary, aby mógł zamordować swoją rodzinę. Absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, zaangażowany w Ruch Światło – Życie. Nagrywał modlitwy, tworzył albumy rodzinne – „Jezu kochamy Cię”, kręcił filmy z rodziną. Z Ruchem Światło – Życie była związana jego żona. Jego dziesięcioletni syn był ministrantem, starsza córka działała w Stowarzyszeniu Dzieci Maryi.

Po śmierci żony i dzieci, też przygotował o nich film.

– Chcę myśleć, że to pomyłka – po aresztowaniu Dariusza P. wyznał ksiądz Zalewski. – Nie sposób wytłumaczyć tego, co się stało.

Duchowny obserwował zachowanie Dariusza P. Widział, jak biegał po szpitalu. Gdzie indziej leżała żona, gdzie indziej jego dzieci. Dariusz P. klęczał i płakał nad czteroletnią, umierającą córką.

– Przecież nie można tego tak udawać…

Sąsiad Dariusza P., Karol Witosz, widział, jak kręciła się po Ruptowie policja: – Wypytywali, innych sąsiadów również, myśmy pytali księdza, odpowiadał, że to niemożliwe, aby w sprawę zamieszany był Dariusz P.

– Nieporozumienie jakieś, chyba – mówili inni mieszkańcy Ruptowa – Prokuratura musiała się pomylić.

– To nie może być… – z niedowierzaniem mówił brat Joanny, Krzysztof Chromy. Jak mówił, Dariusz P. był zawsze wesoły, wprost tryskał humorem Prawdziwa dusza towarzystwa. Ostatnio jednak chodził jakiś dziwny, jakby struty i zamyślony. Siadał gdzieś daleko w kuchni, i patrzył tak dziwnie w dal.

 Niepoczytalny zwyrodnialec

 Nie wszyscy jednak w Ruptowej mieli o Dariuszu P. dobre zdanie. Szczególnie ci, którym był coś winien. Kooperanci w biznesie, którym nie płacił.

Gdy tylko zapadał zmierzch, w jego willi opuszczano wszystkie żaluzje.

– Jakby nie chciał, by mu ktoś zaglądał do środka – komentowali niektórzy.

O jego udziale w pożarze mówiło się już latem ubiegłego roku:

– Że to on podpalił, i mówili nawet, że go już zamknęli, a ja go ciągle widywałem w kościele, jak rozdawał ludziom komunie – wspomina Piotr Hołówka, dyrektor szkoły nr 17 w Ruptowie, do której uczęszczała dwójka dzieci Dariusza P.

Widywano go nie tylko w kościele, ale także z kobietami, kochankami.

– I to nie raz, w okolicznych knajpach – słyszę od mieszkańców – Tak było jeszcze za życia Joanny.

Dariusz P. miał trzy kochanki. Trzecią, 40 -letnią mieszkankę Oświęcimia, Renatę P., wdowę z czwórką dzieci, poznał na pielgrzymce do Częstochowy po śmierci żony. Zdążył się nawet z nią – na trzy tygodnie przed aresztowaniem – zaręczyć.

– Jeszcze w trakcie żałoby po śmierci Joanny i dzieci! – oburzano się w okolicy.

– Taka porządna z niej kobieta, z dziećmi – mówił publicznie o narzeczonej Dariusz P. Opowiadał, że zżył się z Renatą i z jej dziećmi. – Najmłodszej córce Renaty czytam bajki – chwalił się.

– Szykował się do kolejnego skoku – mówią w Ruptowie bez ogródek.

U Renaty zamieszkał z synem Wojtkiem. Ten zaaprobował nową narzeczoną ojca, chociaż w weekendy wolał pozostawać w bursie u Ojców Salezjanów w Oświęcimiu, gdzie kończy szkołę. Wojtek unika kontaktów z rodziną matki. Zaprzyjaźnił się natomiast z córką swojej niedoszłej macochy.

Dariusz P. miał przestrzegać swego syna, Wojtka, że jak go będą rozpytywać policjanci, i prokuratura, aby nic im nie mówił. O czym nie miał mówić Wojtek? Tego prokuratura jeszcze nie wie.

pogrzeb

– Będzie badana poczytalność podejrzanego – informuje rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gliwicach – Będą potrzebne opinie biegłych. Dariuszowi P. grozi dożywocie.

Dariuszem P. już zajmowała się prokuratura, gdy wziął w leasing 3 mobilne myjnie samochodowe oraz przenośny odkurzacz. Urządzenia o wartości około 85 tys. zł szybko sprzedał a rat nie spłacał rat. Śledztwo w tej sprawie zostało jednak umorzone. Bowiem mężczyzna został uznany przez biegłego za niepoczytalnego.

W podobny sposób zakończyło się inne postępowanie. Dariusz P. był podejrzewany o działanie na szkodę swoich wierzycieli. Pokrzywdzone były dwie firmy. Tu także – ze względu na jego niepoczytalność śledztwo umorzono.

– W więzieniu nie darują mu zabicia dzieci – powiadają ci, którzy niejedno przeżyli za kratami.

W charakterze świadka gliwicka prokuratura przesłuchała już Renatę P. z Oświęcimia.

– Rodzina Joanny, żony Dariusza P., chce całej prawdy, choćby najgorszej – podkreśla Bartosz Sapota z Fundacji Dura Lex, pełnomocnik rodziny.

Fot. Dziennik Zachodni

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ