Odbierałem ucięte palce ofiar

0
934

 Rozmowa z Dariuszem Lorantym, byłym negocjatorem policyjnym, ekspertem ds. bezpieczeństwa

Pana zdaniem gang „obcinaczy palców” był najlepiej zorganizowaną grupą przestępczą w Europie. Na czym to polegało?

To media określały ten gang jako „obcinaczy placów”. Była to jedna z najlepiej zorganizowanych grup przestępczych w historii powojennej kryminalistyki. Mam pełną świadomość tego, co mówię, ponieważ byłem jednym z policjantów pracujących przeciwko tej grupie, a obecnie zajmuję się dydaktyką z zakresu przestępczości. Charakterystycznym elementem działania tego gangu był podział organizacyjny w zależności od  kompetencji. Polegający na tym, że w zależności od potrzeb i umiejętności, ludzie w gangu byli przydzielani do odpowiednich ról. Na przykład rozpoznanie i decyzja, kto dokonuje uprowadzenia, była zarezerwowana tylko dla bardzo wąskiej grupy. Czyli tych, którzy decydowali. Natomiast samego aktu porwania, fizycznego wzięcia człowieka, dokonywali ci przestępcy, którzy byli wybrani konkretnie tylko do tego zadania. Zdarzały się sytuacje, że na „robotę” byli ściągani z  dyskoteki, była sytuacja, że dwóch porywaczy przyjechało na porwanie oddzielnie, a wcześniej byli na tej samej imprezie w różnych towarzystwach.

Kolejnym elementem były miejsca przetrzymywania, które różniły się troszeczkę od dotychczasowych miejsc, gdzie podobne grupy porywaczy przetrzymywały ludzi. Bo wcześniej były to tak zwane lumpiarnie. Od czasu „obcinaczy palców” to się zmieniło, w ich przypadku miejsca przechowywania uprowadzonych były świadomie i celowo dobrane. Służyły do tego, aby rotacyjnie przemieszczać niektóre porwane osoby, z miejsca na miejsce. Były tam również osoby zajmujące się pilnowaniem. Tu był kolejny pododdział, „pilnowacz” miał za zadanie jedynie  dbać o to, aby osoba porwana dostawała podstawowe produkty potrzebne do przeżycia, natomiast on nie był od rozmów z osobą uprowadzoną.

Zapewne negocjacje z ramienia gangu prowadziły jeszcze inne osoby?

Tak, to było kolejnym elementem składowym tej grupy. W procesie negocjacji mogły uczestniczyć tylko konkretne osoby. Musiała to być osoba, która miała odpowiednie doświadczenie i umiejętności, która wykonywała jakby zlecenie. Bo proszę pamiętać, że porywacze też mają swoją taktykę prowadzenia rozmów, negocjacji. To nie jest tak, jak na filmach, że krzyczą i od razu straszą, to jest podzielone na kilka charakterystycznych etapów. Tak pracują profesjonaliści.

Ostatnim elementem ściśle nadzorowanym przez szefa grupy był sposób odbioru pieniędzy. No, ten odbiór pieniędzy był dosyć typowy dla bardzo wielu grup porywaczy, jednak było to podyktowane nie sztampowym działaniem, lecz warunkami, które są najlepsze do tego typu przekazania okupu.

Jaka była pana rola w sprawie rozpracowywania  gangu „obcinaczy palców”?

Pracowałem wówczas w Komendzie Stołecznej, po powrocie z jednostki antyterrorystycznej. Byłem najpierw ekspertem do spraw negocjacji a później kierownikiem grupy negocjatorów, nieetatowego zespołu. Dostawałem zawsze polecenie prowadzenia komunikacji czy też nadzorowania negocjacji, które były prowadzone pomiędzy porywaczami a bliskimi uprowadzonej osoby.  To były ofiary wtórne, gdyż ofiara pierwsza to jest osoba uprowadzona, a wtórna to jest jej rodzina. Moim zadaniem było, w uzgodnieniu z pracownikami operacyjnymi, prowadzić proces negocjacji. Ja informowałem pierwszy, dokumentowałem, wprowadzałem różne elementy, które zawsze były uzgadniane z prowadzącymi działania operacyjne policjantami. Także miałem pełną wiedzę na temat przebiegu działań, natomiast w kwestiach wykrywczych było to zarezerwowane dla chłopaków operacyjnych z Wydziału do spraw Terroru Kryminalnego i Zabójstw.

Miał pan kontakt z porywaczami? Obierał pan palce ofiar, jak to wyglądało?

Tak, w sumie były cztery palce od tej grupy, które osobiście odbierałem. Ta grupa przestępcza stosowała specyficzną i bardzo brutalną metodę argumentowania swoich wysokich żądań finansowych. Tą argumentacją było obcinanie palca ofierze. Odbywało to się poprzez przycinanie palca w stawie u palców rąk, następnie ten palec był wrzucony do butelki i we wskazanym miejscu, w tej butelce rodzina dostawała informację. Ja byłem najbliższym współpracownikiem bliskich porwanej osoby, przez 24 godziny na dobę byłem w kontakcie z rodziną. Moim zadaniem było, przy pewnym maskowaniu operacyjnym, udać się po ten palec. Nie będę ujawniał szczegółów, bo ciągle obowiązuje mnie tajemnica, nie tylko z tytułu toczącego się procesu, ale także z powodu podpisania deklaracji, wychodząc ze służby. Jednak chciałbym powiedzieć, że moje odbieranie tego palca odbywało się poprzez wprowadzenie mnie, w sposób operacyjny, w grono członków rodziny lub jako przyjaciela rodziny. Tak, żeby nie było to dziwne, że kobieta z kimś idzie odbierać palec. Fizycznie to znajdowało się zawsze, podrzucone w jakimś bardzo charakterystycznym miejscu, i zawsze to miejsce było poddane obserwacji przez grupę przestępczą. Był też sygnał, gdy oni wiedzieli, że ja fizycznie odbierałem ten palec. Dawali sygnał rodzinie, że widzą, że ktoś odbiera palec.

 Niektóre porwane osoby straciły nie tylko palce, ale i życie. Czy według pana możemy kiedyś poznać morderców Eweliny Bałdygi czy Harisha Hitange? 

Chciałbym powiedzieć, że po wielu latach coraz więcej spraw wychodzi i one nie wynikają już do końca z postępów techniki. Natomiast  udaje się je rozwiązać z zupełnie innego powodu. Pojawiają się nowe informacje, wychodzące ze środowiska przestępczego w ramach własnych rozliczeń. Ja ciągle uważam, że zarówno uprowadzenie Eweliny, jak i Tybetańczyka zostanie wyjaśnione. Być może zostaną również ujawnione miejsca, gdzie te osoby się znajdowały. Ale to już wynika z pracy operacyjnej, czyli agentury w środowisku przestępczym lub jakiegoś procesu, w którym jakaś osoba będzie chciała zaistnieć w przestrzeni publicznej. Będzie chciała uzyskać łagodniejszy wyrok w zupełnie innej sprawie i pójdzie na współpracę. Tak zwany mały świadek koronny, który może się  przyczynić do wyjaśnienia tych spraw. Albo będzie to klasyczny świadek koronny, który kogoś wsypie.

 Dlaczego „obcinacze palców” wpadli, mimo profesjonalnego przygotowania i działania?

Wydaje mi się, że tutaj zdecydował czynnik ludzki. Ta grupa nie wpadła z powodu wsypy świadka koronnego, natomiast było to  wynikiem żmudnej, ogromnej pracy policjantów z wydziału terroru kryminalnego, którzy zsumowali i zanalizowali wspólne cechy różnych zdarzeń przestępczych. W związku z uprowadzeniami właśnie. Gdzie powtórzyły się pewne elementy. Później była klasyczna gra operacyjna polegająca na wytypowaniu osób, które się powtarzały, przewijały się. No, i było to dosyć dobrze udokumentowane. Oczywiście, patrząc na wynik procesu sądowego, można mieć jakieś zastrzeżenia. Proszę jednak pamiętać, że uprowadzenie to jest taki rodzaj przestępstwa, które wymaga najbardziej złożonej pracy ze strony kryminalistów, wymagającej współpracy i umiejętności uporządkowania tej współpracy. Proszę pamiętać, że bardzo wielu pokrzywdzonych odmawiało współpracy z policją. Nie robili tego w sposób jawny, po prostu nie chcieli zeznawać oraz przekazywać informacji. Silne przeżycie i strach zniechęcały ich do współpracy. Proszę mieć świadomość, że nie wszystkie miejsca przebywania osób wskazano i udowodniono, oraz potwierdzono, że to właśnie te osoby tam przebywały. Proszę pamiętać, że grupa sprzątała bardzo uważnie każde miejsce, ale przypomina mi się jeden bardzo charakterystyczny element, którego nie udało im się uprzątnąć – krew ofiary na kaloryferze, a całość pomieszczenia była umyta. Były również ślady popiołu znalezione między szczelinami w podłodze drewnianej, świadczy to o tym, jak ogromny wkład włożyła policja stołeczna, próbując udokumentować poszczególne przestępstwa. Aby móc przyczynić się do oskarżenia grupy. Rozbicie tej grupy to przede wszystkim praca operacyjna paru chłopaków z terroru kryminalnego, dzielnych policjantów oraz szefów wydziału. Rzadko się zdarza w policji, aby  chwalić przełożonych, ci w terrorze w pełni na to zasłużyli. Wszyscy to świetni ludzie. Dziś, być może z powodu silnego stresu, rozjechały się wspólne relacje, ale z dumą twierdzę, że służyłem z najlepszymi.

Wywiad pochodzi z książki Janusza Szostaka „Byłam dziewczyna mafii” KSIĄŻKĄ TU DO KUPIENIA

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ