TAK ICH KOCHAŁ, ŻE AŻ ZABIŁ

0

Gdy do mieszkania weszli dziadkowie, ich oczom ukazały się leżące na podłodze ciała synowej i dwóch wnuków. Syn siedział w fotelu i krwawił. Wyglądało to tak, że zabił rodzinę, a potem sam usiłował popełnić samobójstwo. Wiele osób jednak nie wierzy w taką wersję zdarzeń.

Górnicza dzielnica Bykowina w Rudzie Śląskiej. Czteropiętrowy blok przy ul. Kopalnianej 20a stoi w szeregu innych, jemu podobnych.  To tu, na trzecim piętrze, rozegrała się rodzinna tragedia.

– Nic nie zapowiadało tragedii – mówi mi kobieta mieszkająca na drugim piętrze. – To była kochająca się, dobrze sytuowana rodzina. Małgosia mieszkała tu od 35 lat, jeszcze ze swoimi rodzicami. Pamiętam, jak miała osiem lat, jak biegała po podwórzu. Gdy wyszła za mąż za Piotra, on wprowadził się do niej.

Dobrane małżeństwo

Mieli dwa samochody i co roku wyjeżdżali z dziećmi na wczasy: – Dobrze im się powodziło – dodaje sąsiadka. Denerwuje się jednak, że o 44-letnim Piotrze K. gazety piszą, że leczył się psychiatrycznie w tutejszym szpitalu: – Dobrze ich znałam, może raz zgłosił się do szpitala po taką pomoc.

– To byli bardzo zakochani w sobie i swoich dzieciach ludzie. Nie mogę pojąć, co tam się stało, ale bardzo współczuję ich bliskim, bo musiał się tam wydarzyć niewyobrażalny dramat. Jeśli w tym domu się stało coś takiego, to znaczy, że w każdym może – zauważa inna z sąsiadek.

On był emerytowanym górnikiem. 43-letnia Małgorzata K. pracowała w Powiatowym Urzędzie Pracy w Rudzie Śląskiej: – Małgosia była kierownikiem działu ewidencji i świadczeń – pracownicy PUP są zdruzgotani – Po prostu był to bardzo uczciwy, pracowity i bardzo życzliwy, oddany ludziom człowiek.

kulik_3

Małgorzata i Piotr wydawali się być idealnym małżeństwem.

– Od ubiegłego roku wszystko się jednak zmieniło – twierdzą niektórzy sąsiedzi – Jak Piotr K. zachorował i stwierdzono u niego nowotwór płuc. Zoperowano go, ale operacja się nie udała, nastąpiły przerzuty. Nie wyglądał najlepiej.

– Nieraz obserwowałem z okna, jak wolno spacerował z żoną, trzymał ją pod rękę, był bardzo słaby – wspomina sąsiad z parteru.

Wtedy też małżonkowie sprzedali jeden samochód. Potrzebowali pieniędzy na leczenie Piotra. Każdy z mieszańców wie coś na temat rodziny K. Niektórzy sąsiedzi dodają, że przy takiej chorobie Piotr K. mógł się załamać i wpaść w depresję: – Nie wytrzymał tego, że ma raka, nie umiał sobie z tym poradzić. Mógł mieć przerzuty do mózgu i stąd ta tragedia.

–  Słyszałam, że na początku grudnia ubiegłego roku miał się zgłosić po pomoc psychiatryczną do szpitala miejskiego na Goduli. Ale już 13 grudnia wypisano go stamtąd do domu – informuje inna z sąsiadek – Dwa dni później, nad ranem, rozegrał się ten dramat w ich mieszkaniu.

 Nikt nic nie słyszał

 Sąsiedzi twierdzą, że w czasie tragedii  w bloku było cicho. Nikt nic nie słyszał, i nie widział. Choć ściany tu cienkie i zwykle słychać, co sąsiedzi robią w domu. Krzyki i płacz dzieci, musiały być przerażające. Nie da się przecież zamordować trzech osób bezszelestnie. To dziwne, że w budynku, w którym słychać, który program telewizyjny ogląda sąsiad, nikt nie usłyszał odgłosów zbrodni. A może nikt nie chciał usłyszeć?

Sąsiadka z trzeciego piętra, która mieszka na wprost mieszkania K. też nic nie słyszała: – Wstałam o 4. nad ranem, a kiedy o 6. wychodziłam do pracy, na naszym korytarzu było cicho, jak makiem zasiał. W całym bloku wszyscy jeszcze spali. Mieszkam tu od niedawna. Nie znałam specjalnie tej rodziny, zawsze kłanialiśmy się sobie na korytarzu. Sprawiali wrażenie grzecznych i ułożonych ludzi. Gdy tego dnia wróciłam z pracy, i zobaczyłam policjantów, zaniemówiłam. O wszystkim dowiedziałam się dopiero z mediów.

567112a0ba2a1_p
Tu doszlo do rodzinnej tragedii

Gdy 15 grudnia 2014 roku, o godzinie 7 nad ranem, przekręcając zamek w drzwiach na trzecim piętrze, do mieszkania weszli rodzice Piotra K. – aby jak zwykle zaprowadzić najmłodszego wnuka do przedszkola – ich oczom ukazał się przerażający widok. W kałuży krwi, z wieloma ranami kłutymi, leżała na podłodze ich synowa i ciała dwóch wnuków: 6-letniego Krzysztofa i 13-letniego Bartosza.

Ich syn Piotr, również zakrwawiony, siedział w fotelu z nożem w rękach. Ośrodek Interwencji Kryzysowej w Rudzie Śl. miał zaoferować im pomoc psychologiczną: – Nie mogę ujawnić, na czym polegała nasza pomoc – zastrzega Małgorzata Zegan, szefowa Ośrodka.

O zdarzeniu powiadomili nas rodzice Piotra K. – mówią rudzcy policjanci – Do przybycia rodziców Piotra K., mieszkanie było przez cały czas zamknięte od wewnątrz.

Ciała ofiar poddano sekcji, która potwierdziła liczne rany zadane nożem.

Policja i prokuratura wykluczyły działanie osób trzecich.

19 grudnia ubiegłego roku odbył się pogrzeb Małgorzaty K. oraz jej dwóch synów. Żegnało ich wielu mieszkańców miasta.

Na początku grudnia całą rodziną szli na niedzielną mszę do kościoła, a dziś leżą w piachu – jedna z sąsiadek ociera łzy.

Sto ciosów nożem

 Piotra K. odwieziono do Szpitala Miejskiego w Rudzie Śląskiej Goduli, do tego samego, do którego trafił na leczenie psychiatryczne kilkanaście dni wcześniej z powodu depresji.

Mężczyzna stał się głównym podejrzanym. Rudzka prokuratura oskarżyła go o zabójstwo trzech osób ze szczególnym okrucieństwem.

Nie wierzy w to sąsiad z parteru, który często obserwował Piotra K., spacerującego pod rękę z żoną: – Piotr  słaniał się niemal na nogach, nie miał siły chodzić, to jak mógł zabijać!

Po chwili sąsiad dodaje, że od znajomego policjanta dowiedział się, iż 6-letni Krzysztof miał otrzymać ponad 100 ciosów nożem: – To trzeba sporo siły, aby zadać taką ilość uderzeń.

Mężczyzna twierdzi, że Piotr K. miał problemy ze starszym synem, ale nie chce o nich opowiadać: – Może to ten starszy syn zabijał? – zastanawia się głośno. – No, ale przecież też zginął od ciosów noża – dodaje zaraz. Ale taka wersja pojawia się w wielu wypowiedziach mieszkańców Rudy Śląskiej.

– Może gdyby Piotr K. wtedy pozostał dłużej w tym szpitalu, to nie doszłoby do tej tragedii? – zastanawiają się sąsiedzi, którzy są przekonani, że to nieuleczalna choroba pchnęła zrozpaczonego człowieka do tak okrutnego czynu: – To było  rozszerzone samobójstwo – stwierdza jeden z sąsiadów. – On chciał wszystkich zabrać ze sobą. Po prostu tak ich tak kochał, że chciał być z nimi na tamtym świecie.

W Prokuraturze Okręgowej w Gliwicach studzą takie oceny: – W tym przypadku byłbym jednak ostrożny z ferowaniem podobnej opinii – dodaje Piotr Żak, rzecznik gliwickiej prokuratury.

– Cokolwiek więcej o zabójstwie będziemy mogli powiedzieć dopiero po definitywnym zamknięciu całej sprawy – dodaje nieco tajemniczo Małgorzata Wasielke-Podleszańska, zastępca Prokuratora Rejonowego w Rudzie Śląskiej.

 Niech nikt nie osądza

Na oddziale psychiatrycznym Miejskiego Szpitala w Rudzie lekarze nie chcą rozmawiać na temat Piotra K. Nie potwierdzą też, ani zaprzeczą, czy  w ogóle się u nich leczył psychiatrycznie. Zasłaniają się tajemnicą lekarską. Na ten temat również nie chce rozmawiać Agnieszka Kozak, wiceprezes tej placówki. Ona dla odmiany zasłania się tajemnicą trwającego śledztwa: – Postępowanie w toku – uzasadniała krótko. Dodaje jedynie, że wszystkie materiały związane ze śledztwem, zostały  przesłane do rudzkiej prokuratury rejonowej. Z czego można  wnioskować, że Piotr K. jednak leczył się psychiatrycznie w tym szpitalu.

Stan zdrowia Piotra K. poprawił się na tyle, że 23 grudnia sąd zdecydował o jego areszcie. Wówczas można go już było jako podejrzanego przesłuchać w rudzkim szpitalu.

– Nie sprawiał wrażenia zrozpaczonego – wyjaśnia prokurator Paweł Tomaka z rudzkiej prokuratury rejonowej. Piotr K. odpowiadał na pytania rzeczowo, chociaż nie był wylewny w tym, o czym mówił. I wydawał się zaskoczony tym, co zarzucała mu prokuratura. Nie przyznał się do zabójstwa żony i synów. Zasłaniał się niepamięcią. Powtarzał jedynie, że z najstarszym synem miał problemy wychowawcze, gdyż ten grał w różne gry komputerowe, a gdy zwracał mu uwagę, aby się uczył, to syn odnosił się do ojca arogancko.

– Pozostałe zeznania Piotra K. objęte są tajemnicą śledztwa – stwierdza prokurator.

Piotra K. skierowano do aresztu śledczego w Bytomiu, na oddział szpitalny: – Nie posiadamy chirurgii, i chociaż po zabiegu chirurgicznym Piotrowi K. nie groziło już niebezpieczeństwo, to jego stan zdrowia był na tyle poważny, że postanowiliśmy go przekazać do aresztu śledczego w Krakowie, na Montelupich, który dysponuje oddziałem chirurgicznym. Gdyż zapewniałby mu lepszą opiekę – wyjaśnia porucznik Artur Karkoszka, rzecznik prasowy bytomskiego aresztu śledczego.

Biegli psychiatrzy mieli poddać mężczyznę badaniom, czy jest poczytalny.

– W przeddzień Wigilii, Piotra K. przewieziono do krakowskiego szpitala więziennego – informuje prokurator Piotr Żak.

– Trafił na Montelupich o godzinie 18 – wyjaśnia major Tadeusz Wacławek, rzecznik Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Krakowie – Osadzono go na oddziale chirurgicznym, w celi wieloosobowej.

Z tego co mówił potem personel więzienny oddziału szpitalnego przy Montelupich, choć Piotr K. był osłabiony, to przez cały czas utrzymywano z nim kontakt. Rozmawiał. W nocy spał, a rano, w Wigilię, zjadł nawet śniadanie i przyjął leki.

– Po godzinie 8 poczuł się jednak gorzej – dodaje major Wacławek – Zasłabł. Stało się to nagle. Współwięzień z sali wezwał pielęgniarkę i oddziałową. Od razu przystąpiono do reanimacji.

Wezwano pogotowie, gdyż w krakowskim szpitalu więziennym nie mają oddziału intensywnej opieki medycznej.

– Zespół pogotowia przejął reanimację Piotra K. Bez skutku. Pacjent zmarł o godzinie 9.37, a ze wstępnych ustaleń wynika, iż przyczyną zgonu mogło być nagłe zatrzymanie krążenia.

Gdy w areszcie umiera więzień, pojawia się na miejscu prokurator.

– Wszczęliśmy śledztwo – mówi prokurator Bogusława Marcinkowska, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Krakowie – Ustalając przyczyny i wyjaśniając okoliczności śmierci Piotra K., zbadamy, czy przypadkiem nie doszło do błędu w sztuce lekarskiej, lub czy ktoś nie dopomógł Piotrowi K. w targnięciu się na życie. Wystąpiliśmy także o dokumentacje leczenia Piotra K. z Rudy Śl. oraz z krakowskiego aresztu śledczego. Jest już po sekcji zwłok, ale na jej wyniki trzeba będzie jednak poczekać kilka tygodni.

Również dyrektor aresztu przy Montelupich wszczął czynności wyjaśniające przyczyny zgonu Piotra K.: – To rutynowe działanie w podobnych sytuacjach – dodaje Tadeusz Wacławek.

Piotra K. nie zdążono w areszcie poddać badaniom psychiatrycznym.

Co na prawdę wydarzyło się w mieszkaniu przy ulicy Kopalnianej 20a w Rudzie Śląskiej? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy.

  – I czy, aby na pewno, Piotr K. zamordował własną rodzinę? Gdyby tak reagowali wszyscy śmiertelnie chorzy, to trup ścieliłby się  gęsto – nie dowierzają sąsiedzi – Nikt nie wie, co się wydarzyło, więc niech nikt nie osądza.

Roman Roessler

 Fot. Dziennik Zachodni

Fot. archiwum

Reporter nr 2/2016

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ