Stręczyciel zamiast księcia

0
Woman victim of domestic violence and abuse

Syndrom „Pretty Woman” wśród młodych dziewcząt jest wciąż aktualny. Niejedna widzi się w roli Julii Roberts spotykającej na swej drodze współczesnego księcia, na dodatek przystojnego jak Richard Gere. Tylko, że zamiast bogatego kochanka natrafiają na handlarza, dla którego piękne dziewczyny to również towar, tyle że żywy. Ważne, aby mógł na nich jak najwięcej zarobić.

 Ostróda, 12 listopada 2013 roku. Policjanci kryminalni zatrzymują trzech podejrzanych w średnim wieku, którzy trafiają do aresztu. Podczas przeszukania ich domów, funkcjonariusze zabezpieczają komputery, płyty CV, aparaty fotograficzne i pendrivy, na których znajdują tysiące plików ze zdjęciami i filmami pornograficznymi.  Ich bohaterkami są dziewczyny z całej Polski.

To dowód, że podejrzani uprawiali niecny proceder.

Bezrobotni szantażyści

 Panowie z Ostródy podawali się za przedstawicieli legalnie działającej agencji modelek z Wielkopolski. Ogłaszali się na popularnych portalach społecznościowych, oferując przyszłym modelkom sesje zdjęciowe. Dziewczyny dawały się nabierać na lep sławy i chętnie zgłaszały licząc na karierę, może nie taką, jaką zrobiły Cindy Crawford, Anja Rubik czy Joanna Krupa, albo choć taką, jak uczestniczki programu Top Model.

staling-3
Panowie z Ostródy podawali się za przedstawicieli legalnie działającej agencji modelek

Rzeczywistość okazywała  się mało bajkowa. Podczas sesji zdjęciowych kandydatki na gwiazdy miały być gwałcone. Wszystko zaś skrupulatnie filmowano, aby potem szantażować niedoszłe modelki.

 Policjanci ustalili, że do kontaktów seksualnych z dziewczynami dochodziło po dosypaniu im do napoju jakiejś substancji.

Sprawa wyszła na jaw, kiedy pokrzywdzone kobiety zgłosiły się do komendy, podając, że pewien mężczyzna groził im upublicznieniem kompromitujących je filmów i fotografii. Sprawa została poszerzona o zarzuty gwałtu, w tym zbiorowego, za który grozi do 12 lat więzienia.

Sprawcami tych czynów okazali się bezrobotni mieszkańcy miasta nad jeziorem Drwęckim. Prokuratura Okręgowa w Elblągu już postawiła tym mężczyznom zarzut gwałtu na dziewczynach.

staling-2

W tle pojawiły się opowieści, jak to po ulicach Ostródy krążyli czarnym autem jacyś mężczyźni i próbowali zachęcać dziewczyny do pracy w agencji modelek.

Podróż za jeden uśmiech

 Ostróda, kilkanaście lat temu. Mariola, uczennica ostatniej klasy szkoły gastronomicznej, idzie na dyskotekę i spotyka niejakiego pana Edka. Mężczyzna prosi ją do tańca i pyta, czy chce wyjechać do pracy w Niemczech? Oferta jest ponętna, ale dziewczyna najpierw próbuje się dowiedzieć, co miałaby tam robić? Pan Edek zapewnia, że nic zdrożnego. Będzie sprzątała, bawiła dzieci. Ot, takie proste czynności. Mariola ma jednak dopiero 17 lat i w zasadzie potrzebna jest zgoda rodziców. Ale mężczyzna nie widzi większych przeszkód i obiecuje załatwić sprawę znacznie prościej.

Po kilku dniach spotykają się znowu. Edward L. dostarcza jej dwa paszporty na inne nazwiska, w których ma wkleić swoje zdjęcia. Jest już gotowa do wyjazdu. W domu mówi, że trafiła jej się znakomita okazja do zarobienia większych pieniędzy i nie będzie już musiała pracować jako prosta kucharka w miejscowej jadłodajni. Za kilka miesięcy wróci do domu z kiesą pełną niemieckich marek i wtedy koleżanki zobaczą.

Wszystko przebiega zgodnie z planem. Najpierw przebywa pod Iławą u niejakiego „Balangi”, który bez problemu przewozi ją przez granicę polsko-niemiecką. Potem dostarcza do Hanoweru, gdzie za 2 tysiące DM kupuje ją Robert K. Gdy Mariola dowiaduje się, że trafiła do burdelu, zaczyna stawiać opór.

Potem opowie polskiej policji, że biciem i szantażem zmuszano ją do nierządu. Za normalny stosunek klient płacił 50 marek, za francuską miłość – 70, zaś za oba naraz – ryczałtem 100 DM. Mariola wyliczyła, że zarobiła w sumie 3 tysiące marek, ale od sutenerów dostała tylko 800. Po pięciu dniach, w towarzystwie innej dziewczyny, udało jej się uciec i zgłosić do ambasady RP w Berlinie.

Lekcja francuskiego

Inne nie miały takiego szczęścia, a może zabrakło im determinacji. 22-letnia Grażyna była przedostatnim potomkiem, z trzynaściorga dzieci, rolniczego małżeństwa z zapadłej wsi pod Ostródą. Skończyła podstawówkę i z braku zajęcia wyjechała do miasta, gdzie zamieszkała u siostry. Ta załatwiła jej pracę w sklepie mięsnym, ale jej szef wyznał potem, że nie nadawała się do tej roboty. Nie radziła sobie i wyglądała, jakby marzyła o niebieskich migdałach.

Któregoś wieczora szła ulicą, gdy obok niej zatrzymał się samochód i jakiś przystojny pan zaprosił ją do środka. Nie wahała się długo. Mężczyzna przedstawił się jako Zbyszek i najpierw zagadał, jak leci. Zaczęła narzekać na swój los. Wtedy zaproponował jej dobrze płatną pracę w Niemczech. Grażyna spytała, co miałaby tam robić.

– To co inne dziewczyny w twoim wieku – odparł bezceremonialnie. Zrozumiała, o co chodzi, a kiedy pan Zbyszek wprost powiedział, że to zajęcie prostytutki, poprosiła o czas do namysłu.

Po dwóch dniach zastanawiania się,  wyraziła zgodę i wówczas pośrednik w handlu żywym towarem zawiózł ją w pobliże Iławy, do Janusza P. o ksywce „Balanga”. Ten zaś obiecał Grażynie, że w niemieckiej agencji towarzyskiej będzie zarabiała od tysiąca do dwóch tysięcy marek dziennie! Szybko przeliczyła to na złotówki i już nie miała wątpliwości. To majątek!

O paszport miała się nie martwić, a naganiaczom wystarczyło tylko zdjęcie.

Pośrednicy chcieli jednak najpierw sprawdzić przygotowanie kobiety do zawodu. Testy „zawodowe” przeszła w mieszkaniu Edwarda L., innego kolegi pana Zbyszka. Oto jej relacja spisana później w komendzie policji: „Edek wziął mnie do pokoju obok, gdzie chciał mi pokazać, na czym moja praca w Niemczech ma polegać. Najpierw robiliśmy to normalnie, potem na mnie nakrzyczał, bo nie chciałam nauczyć się kochać po francusku. W końcu zapytał, czy chcę jechać do Niemiec, czy nie? Odpowiedziałam, że tak. Wtedy on kazał mi się rozebrać, sam też się rozebrał i kazał mi uprawiać tę francuską miłość”.

Jednak nauka chyba nie szła zgodnie z oczekiwaniami nauczyciela, bo Edek przyprowadził inną dziewczynę, żeby pokazać, jak się prawidłowo kocha po francusku. Gdy skończyli, zademonstrowali styl „po bożemu”. Potem panowie odwozili Grażynę na stację, ale po drodze wstąpili do knajpy i wypili dla kurażu. A, że dalsza droga im się dłużyła, siedzący na tylnym siedzeniu Edward jeszcze raz kazał dziewczynie zrobić sobie „francuza”. Grażyna jednak zaczęła się opierać, wówczas pośrednik zagroził, że ją zabije i wyrzuci z samochodu. Gdy zatrzymali się w Ostródzie, następny kolega, podobno na siłę, sprawdzał zdolności seksualne kobiety.

Granicę przekroczyła z podrobionym  paszportem i w rezultacie trafiła do Sex-World-Eros w Hanowerze, gdzie przejął ją w swoje ręce Robert K. Później zeznawała, że zmusił ją do prostytucji w burdelu, choć – jak pamiętamy – wiedziała dokąd jedzie.

W agencji przebywała pięć miesięcy do chwili zatrzymania przez niemiecką policję w ramach zakrojonej na szeroką skalę akcji przeszukań domów publicznych w tym mieście. Grażyna przyznała się do uprawiania nierządu, twierdząc, że i tak chciała z tym skończyć. Deportowano ją do kraju, ale nie za prostytucję, a za posiadanie fałszywego paszportu. Kiedy wróciła do rodzinnego domu, zmyśliła bajeczkę, że na granicy złodzieje okradli ją i trzy inne dziewczyny, zabierając 50 tys. marek. Potem była sprawa, a one w obawie przed miejscowym światem przestępczym bały się zeznawać, dlatego wróciły do kraju.

Po jakimś czasie znów wyjechała do Niemiec, do pracy.

Ucieczka z burdelu

 Dwie inne dziewczyny, zatrzymane podczas wspomnianej akcji, pochodziły spod Elbląga. Nie były to niewinne panienki z dobrych domów, bo już wcześniej pracowały w jednej z iławskich agencji towarzyskich. Kiedy ta z braku klientów (?) ogłosiła upadłość, wówczas niejaki „Sokołek” przewiózł je do Hanoweru. Oczywiście na podrobionych paszportach, za co Jola miała zapłacić 200 zł, a Jagoda aż 700. Nie musiały od razu tych pieniędzy dawać, bo miały je odpracować na miejscu. Tak samo jak 2 tysiące marek, które Robert L. zapłacił iławskiemu pośrednikowi za dostarczenie „towaru”.

Oto późniejsza relacja Joli: „Początkowo myślałyśmy, że będziemy zarabiać po tysiąc marek dziennie, z potrąceniem dwustu marek czynszu za pokój. Tak nam przed wyjazdem obiecał „Sokołek”. Potem okazało się, że zarabiamy znacznie mniej”. Tego nie mogły mu darować. Zadzwoniły do niego z pretensjami, zapowiadając, że nie dostanie od nich żadnych pieniędzy. Ale pośrednik tylko się zaśmiał i odpowiedział, że je sobie odbierze, zwłaszcza, że za panienki wpłacił kaucję, co nie musiało być prawdą (dostał przecież kasę za dostarczenie dziewczyn).

Praca w iławskiej agencji towarzyskiej okazała się rajem wobec harówki w Hanowerze. Nie dość, że słabo płatnej, to jeszcze urągającej godności polskich panienek, cokolwiek by o nich nie myśleć. Jedne się przyzwyczajały lub nie miały wyjścia, inne próbowały uciekać. Tak jak Jagoda, szczupła 19-latka o kasztanowych włosach do ramion. Po pięciu miesiącach pobytu w agencji zgadała się z ostródzianką Mariolą i przy najbliższej okazji urwały się opiekunom, wyskakując z pociągu. Dotarły do polskiej ambasady w Berlinie, która przekazała informację w tej sprawie do kraju.

W efekcie hanowerska policja przeprowadziła akcję we wszystkich domach publicznych w mieście, przekazując zatrzymanych tam sutenerów i dziewczyny stronie polskiej.

Fabuła prosto z życia

 Szef agencji Robert K. okazał się „polskim Niemcem” pochodzącym z Bydgoszczy. Niemiecka policja ścigała go za posiadanie broni i narkotyków. Natomiast polska prokuratura postawiła mu zarzut czerpania korzyści z nierządu, a także gwałtu na białoruskiej panience, oraz usiłowanie zabójstwa jednej z dziewczyn. Od dwóch ostatnich zarzutów Sąd Okręgowy w Olsztynie uniewinnił go, skazując za pierwszy na 3,5 roku więzienia. Taki sam wyrok dostał Edward L., a o rok krótszy Zbigniew N. Jedną z pomocnic pośredników skazano na 1,5 roku pozbawienia wolności, ale w zawieszeniu. Janusz P., czyli „Balanga”,  był sądzony osobno w ostródzkim sądzie, gdzie został skazany na dwa lata „w zawiasach”, za to, że wraz z innymi ułatwiał uprawianie prostytucji nieletniej Marioli.

Dziewczyna o imieniu – nomen omen – Mariola jest także bohaterką polsko-luksemburskiego filmu „Mam na imię Justine”. Ona również chce się wyrwać z małego miasteczka i marzy o lepszym życiu, które ma zapewnić Artur, jej chłopak mieszkający w Niemczech. Po drodze do jego rodziców, zatrzymują się na nocleg w Berlinie. Tam pojawiają się kumple Artura, którym sprzedaje Mariolę do pracy w burdelu. Zanim zacznie nowe zajęcie, ma zostać do niego odpowiednio przygotowana.

Niewykluczone, że autorzy scenariusza zaczerpnęli fabułę prosto z życia. Bo takie ono jest. Niektóre dziewczyny istotnie były (są) wywożone podstępem do domów publicznych na Zachodzie. Część trafia tam z powodu swojej naiwności, ulegając złudnym obietnicom życia w sławie i luksusie. Ale jakiś procent z pełną świadomością godzi się uprawiać prostytucję, licząc na to, że kiedy się dorobi, zacznie rządzić w tym biznesie.

Tak czy tak, te dziewczyny traktowane są tylko jako towar. Żywy towar.

                                                             ***

Tamci sutenerzy już pewnie dawno odsiedzieli swoje, choć nie wiadomo, czy wrócili do tego procederu. Ale w ich miejsce znaleźli się nowi. Po nich przyjdą kolejni. I tak pewnie będzie zawsze, skoro w każdych warunkach można czerpać korzyść z najstarszego zawodu świata. A jak można, to się czerpie, bez względu na wyroki.

Marek Książek

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ