Sprawa Iwony Wieczorek ma pod górkę

0
Z Markiem Dyjaszem, byłym dyrektorem Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji i byłym szefem Wydziału Zabójstw Komendy Stołecznej Policji o sprawie Iwony Wieczorek rozmawia Janusz Szostak.
Jesienią 2011 roku był pan dyrektorem Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji. Co sprawiło, że wówczas zajął się pan sprawą zaginięcia Iwony Wieczorek?
Przypuszczam, że środki masowego przekazu ‒ w tym głównie telewizja ‒ spowodowały, że trochę inaczej spojrzeliśmy na tę sprawę. Stwierdziliśmy, że musimy wspomóc komendę wojewódzką. Wtedy też ściągnęliśmy akta do analizy. Zajęli się nimi analityk z Biura Wywiadu Kryminalnego i ode mnie policjant z tzw. grupy generałów.
Był to Marek Siewert, który pracował jeszcze przy sprawie generała Papały?
Tak, dlatego ściągnąłem go z emerytury. On czytał te materiały. Powstała z tego analiza, może nie wytyczne, ale wskazówki – co zrobić, na co zwrócić uwagę. Tam to zostało przedstawione. Najbardziej istotny wątek stanowiło towarzystwo zaginionej dziewczyny. Także ci młodzi ludzie, z którymi była na działce, gdzie razem spożywali alkohol przed pójściem do klubu. Ale też jej były chłopak i jego koledzy. Wskazanie było takie, żeby nawiązać kontakt z tym środowiskiem i przesłuchać ich raz jeszcze. Bowiem wydawało się, że nie mówili do końca prawdy.
Co stało się dalej z waszymi wskazówkami?
Gdy analiza została sporządzona i powstały wytyczne, pojechaliśmy do Gdańska we czterech: dyrektor wywiadu, Siewert, ja i analityk z Biura Wywiadu Kryminalnego. Rozmawialiśmy wtedy z zastępcą komendanta wojewódzkiego policji w Gdańsku oraz z naczelnikiem Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej. Wspólnie ustaliliśmy, że powinni pogłębić śledztwo, zdecydować się na powiadomienie prokuratury oraz zainteresować ich nowymi wątkami odkrytymi w czasie wykonywania analizy. No i w konsekwencji miało nastąpić zatrzymanie do wyjaśnień tych znajomych Iwony Wieczorek, by skonfrontować ich wcześniejsze zeznania. Bowiem – jak się okazało – były w nich luki, pewne nieprawidłowości i sprzeczności. Skupiliśmy się właśnie na tym kierunku. Nie wiem, jak długo to trwało – pół roku, może siedem miesięcy. W końcu zaproponowany przez nas plan działania doszedł do skutku. Pojechał wtedy Siewert z analitykiem, ale chyba nie do końca zrobili to, co zamierzali. Bowiem wszyscy z zatrzymanych zostali wypuszczeni.
Zdaje się, że niefortunnie wybrano moment realizacji, gdyż wówczas odbywało się w Polsce, także w Gdańsku, Euro 2012 i wielu policjantów zajętych było zapewnieniem bezpieczeństwa na tej imprezie. W zasadzie żadne wnioski z tej analizy nie zostały w pełni zrealizowane.
Tego do końca nie wiem, ale mogę tylko przypuszczać, bowiem nie miałem dostępu do wszystkich materiałów. W sierpniu 2012 roku zostałem już emerytem. Skoro, jak wiadomo, nie wyjaśniono tej sprawy, to chyba można było zrobić więcej.

W jednym z wywiadów przed laty mówił pan: „Ciągle słyszałem o jakichś przeszkodach. Nie rozumiem tego, cała Polska interesuje się tą sprawą, są nowe istotne wnioski – i nic”. Co to były za przeszkody?
Tak, to prawda. Ciągle było coś nie tak: albo prokurator nie wyrażał zgody, albo sytuacja procesowa była niekorzystna. Nie wiem, czy to była prawda, czy oni sami mnożyli sobie problemy. Trudno mi w tej chwili powiedzieć. Ale rzeczywiście działo się tak, że za każdym razem coś było nie w porządku, trzeba było wręcz się dopraszać o informacje. Tak było wówczas, gdy jeszcze pracowałem w policji. Chociaż oni w Gdańsku mówili, że się tym zajmują. Mam nadzieję, że nie markowali swoich działań. No, ale summa summarum sprawa nie wyszła. Nie posunęli się do przodu nawet o krok.
Co pańskim zdaniem okazało się największym błędem w śledztwie?
Na początku źle było prowadzone. Zbyt długo szli wersją o zaginięciu dziewczyny. W związku z tym zaprzepaszczono wiele śladów kryminalistycznych, których nie dało się odnaleźć po latach. Choćby wtedy, gdy proponowaliśmy im pewne działania, na przykład by zrobić oględziny domku, gdzie miała miejsce impreza przed dyskoteką – tam też było wszystko wyczyszczone.
Co pan sądzi o przeszukiwaniu przez policję co kilka lat parku Reagana?
Szukanie po latach ponownie w tych samych miejscach jest dla mnie sygnałem, że albo coś zrobiono źle, albo śledczy rozszerzają rejon poszukiwania, gdyż nie mają pewności, że wszystko zrobili dobrze.
Odnoszę wrażenie, że ktoś tam czuwa, że komuś zależy, aby zaginięcie Iwony nie wyjaśniło się. Co pan o tym myśli?
Z każdym miesiącem i rokiem coraz trudniej wyjaśnić tę sprawę. Może niektórzy policjanci boją się odpowiedzialności, że czegoś tam nie zrobili, boją się zarzutów o niedopełnienie obowiązków służbowych – i z tego powodu mogą robić różne rzeczy. Nikogo tutaj nie posądzam i nie oceniam. Od początku ta sprawa miała pod górkę – i nadal tak jest. Pewne czynności robione są po prostu po omacku.
Były tam dziwne związki policjantów z tymi młodymi ludźmi, także z Iwoną. Wiedział pan o tym?
To wyszło już po moim odejściu ze służby. Tylko o tym gdzieś tam od kogoś słyszałem. Szczegółów jednak nie znam.
Czy – pańskim zdaniem – ta sprawa ma szansę na rozwiązanie?
Jest jeszcze trochę czasu na jej rozwikłanie i mam nadzieję, że to w końcu wyjdzie, że nastąpi jakiś przełom. Może znajdzie się nowy świadek. Na razie śledczy stoją w martwym punkcie. Im więcej czasu mija od wydarzenia, tym ilość pracy związanej ze śledztwem maleje. Mam nadzieję, że jednak wciąż nad tym pracują. Czasami potrzebny jest ułamek szczęścia, że wyjdzie w ogóle cokolwiek.
Jak pan sądzi, dlaczego odsunięto od zajmowania się tą sprawą Marka Siewerta? Przecież on miał bardzo celne uwagi dotyczące zaginięcia Iwony Wieczorek. Dotyczyło to choćby chłopaka Iwony, który ewidentnie kłamał. Należało te jego wskazówki sprawdzić – i być może sprawa dawno byłaby już zamknięta. Nie zrobiono tego jednak.
Nie wiem, dlaczego tak się stało. Nie mam pojęcia. To było już po moim odejściu z policji, zatem nie znam szczegółów, jak to się zadziało. O tym, że już nie zajmował się tym przypadkiem, wiem tylko z jego opowieści. Nie wiem, na jakiej zasadzie odbyło się jego odsunięcie od sprawy Iwony Wieczorek. W każdym razie otrzymał polecenie niezajmowania się jej zaginięciem i po paru miesiącach został zwolniony, zwłaszcza że przecież pracował już wówczas dla policji jako emeryt. To naprawdę doskonały fachowiec. Chłopak ma głowę na karku i duży potencjał.
Wywiad pochodzi z książki Janusz Szostaka „Co się stało z Iwoną Wieczorek”, która dostępna jest w księgarniach i empikach oraz TU DO KUPIENIA

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ