Walentynki w kolorze krwi

0
1933

 Gdy wyprowadzała się od niego, nie sądziła, że najbliższe Walentynki okażą się ostatnimi w jej życiu. Właśnie tego dnia Michał zwabił Hanię do swojego mieszkania i dwa razy ugodził śmiertelnie nożem. Potem wyszedł na miasto. Gdy wrócił z kasyna, powiesił się przy jej zwłokach.

 – Nie potrafimy dojść do siebie, to wszystko jest straszne. Spadło na nas, jak grom z jasnego nieba – mówi  Jan Zakrzewski, ojciec  zamordowanej dwudziestosiedmiolatki.

Rozmawiam z nim w mieszkaniu rodziców Hanny Zakrzewskiej,  przy ulicy Mostowej w Tychach.  Matki dziewczyny –  pani Haliny nie ma w domu:  – Ciągle gdzieś jeździ w sprawie tej tragedii. Wczoraj była na policji, dziś w prokuraturze… I stale tylko pytają o Hanię i Michała – dodaje z rozpaczą w głosie pan Jan.

Mężczyzna nie pamięta dokładnie, kiedy Hania i Michał się poznali, ale kojarzy, że było to chyba ze dwa lata temu, na jakiejś zabawie. Hanna nie zawsze o wszystkim informowała rodziców. Była już przecież dorosła, miała swoje życie. Mimo tego, oni ciągle interesowali się tym, co robiła.

W końcu Michał P. pojawił się u nich w domu. Pan Jan nie był nim zachwycony: – Właściwie to taki mruk był z niego. Zawsze jakoś tak dziwnie wpatrywał się tylko w Hanię. Jakby  wokół nie było żadnych innych osób.

Zakrzewski podkreśla, że Michał P. to był wybór córki. W końcu oświadczyła rodzicom, że jest jej chłopakiem. Zaczęli się spotykać. Coraz regularniej i częściej. Nie było dnia, żeby się nie widywali.

Pewnego razu Michał przyznał się Hani, że ma córkę i jest żonaty. Jednak. Zaraz jednak dodał, że jego sprawa rozwodowa jest w toku i że mieszka już osobno.

W końcu państwo Zakrzewscy poznali też rodziców chłopaka.

– Mieszkają za Mikołowem, w Łaziskach. Przyjemni ludzie, nie powiem. Nawet zaprzyjaźniłem się z jego ojcem – podkreśla pan Jan. Mieli przecież zostać jedną rodziną.

 Siniaki początkiem dramatu

Jaki był Michał P.? Dobrze zarabiał, pracował w znanym przedsiębiorstwie z branży energetycznej, i był szaleńczo zazdrosny o Hanię.

Pan Jan przypomina sobie, że kiedy był z córką i Michałem na jakiejś zabawie, ten miał do niego pretensje, że zatańczył z Hanią – Potem jeszcze czynił jej wymówki, że tańczyła ze mną, swym ojcem.

Rodzice Michała powtarzali, że po ślubie, gdy pojawi się dziecko, ich syn na pewno się zmieni.

Chyba dobrze, że jest teraz taki zazdrosny, bo to oznacza, że kocha Hanię – dodawali, gdy Zakrzewscy mieli wątpliwości co do jego zachowania. Jednak zamiast poprawy, można było dostrzec, że dzieje się coraz gorzej. – Zauważyliśmy z żoną, że córka ma sińce na twarzy i pod oczami, a ona na to, że to nic takiego, że to ze zmęczenia, bo ciężko pracuje.

Sine ślady pojawiały się jednak nadal. Nie tylko na twarzy, ale również na szyi i na rękach. Koleżanki z pracy też zauważały sińce na jej ciele i podejrzewały, że to sprawka Michała P.

– Ale ona, jak to ona, milczała i nic więcej na ten temat nie chciała powiedzieć – przyznaje ojciec kobiety.

W końcu w ogóle przestała opowiadać o swoim partnerze, aż do chwili, gdy mniej więcej rok temu oświadczyła, że zamieszka z Michałem w wynajętym przez niego dwupoziomowym mieszkaniu, w tyskim apartamentowcu przy ul. Orzeszkowej. Okoliczni mieszkańcy uważają, że to budynek nie dla każdego i że przeznaczony jest wyłącznie dla elit: – To są drogie mieszkania – twierdzą.

 Jednak Michała jako kierownika Wydziału Efektywności Inwestycji było na to stać, dobrze zarabiał. Dla Hanny, z zawodu kosmetyczki, była to doskonała lokalizacja, miała stąd bliżej do pracy. Mieszkanie mieściło się zaledwie kilkaset metrów od salonu kosmetycznego, w którym była zatrudniona.

Jednak mężczyzna cały czas powtarzał jej, że niepotrzebnie pracuje, bo to co ona zarobi, jest śmieszne: – Bez dużych pieniędzy jesteś niczym – dodawał. Według niego mogłaby siedzieć w domu, bo z jego pensji wystarczy im na wszystko.

W mieszkaniu młodych ludzi kilka razy dochodziło do zakłócania ciszy nocnej. Sierżant Agnieszka Semik, rzecznik tyskiej policji sprawdza dokumentację: – Pierwszy raz mieliśmy do czynienia z panią Hanną w październiku 2013 roku, kiedy w związku z zakłóceniem ciszy nocnej, zostaliśmy wezwani do apartamentowca.

Hanna Zakrzewska została wtedy pouczona o przestrzeganiu ciszy i przyjęła to pouczenie bez zastrzeżeń. Nie wiadomo tylko, czy powodem zakłócania ciszy nocnej w tym budynku było głośne zachowanie przyjaciół pary, czy też policję wezwano z powodu domowej awantury.

– W tamtym okresie do pani Hanny i Michała P. było jeszcze jedno wezwanie, ale kiedy policjanci się tam pojawili, było już cicho – dodaje Agnieszka Semik.

W końcu córka przyznała, że jej przeprowadzka do Michała P. była zbyt pochopną decyzją – mówi ojciec kobiety, ale jak wtedy stwierdziła, nadal kochała Michała. Miała zamiar tylko nad nim trochę popracować, aby się zmienił.

Zazdrość zmienia się w obsesję

Stale powtarzająca się chorobliwa zazdrość mężczyzny i jego pijaństwo, zabijały związek: – On ciągle tylko mówił o pieniądzach i o seksie z córką. Tak, jakby ją osaczał – wspomina jej ojciec.

Natomiast jedna z koleżanek Hani opowiada: – Bił z zazdrości. Mógł ją nawet gwałcić… Wystarczyło, aby ktoś w towarzystwie dłużej przyglądał się Hani, a ona nie daj Bóg odwzajemniła się spojrzeniem, i awantura gotowa. Wtedy od razu ze złości sięgał po kieliszek i podnosił pięści do bicia. Później ją przepraszał, obiecywał,  że się poprawi i tak w kółko. Ona już tego nie wytrzymywała. Jednak kiedy mówiłyśmy jej, żeby go zostawiła, że to zły człowiek, że jej nie szanuje, odpowiadała, że pomimo tego da mu jeszcze jedną szansę na poprawę. Taka poprawa jednak nigdy nie nastąpiła.

– Gdzieś pod koniec ubiegłego roku Hania zapytała, czy może do nas wrócić – opowiada pan Jan – i tak też zrobiła, chociaż, jak sądzi Zakrzewski, nie do końca jeszcze była przekonana co do słuszności tej decyzji: – Ciągle się wahała, ale wtedy rzeczywiście wydawało się, że ma już dość tego człowieka.

Partner córki jednak nie odpuszczał.

– 22 grudnia ubiegłego roku otrzymaliśmy zgłoszenie do rodziny Zakrzewskich na ul. Mostową, ponieważ  pod ich domem awanturował się Michał P. – czyta w swych notatkach rzecznik prasowy tyskiej policji.

– Wtedy kolejny raz przyjechał pod nasz dom i wrzeszczał, że nie ruszy się stąd, póki Hania z nim nie porozmawia – wspomina tamten dzień pan Jan. Kiedy podjechała policja, awanturujący się mężczyzna przestraszył się i odjechał. Państwo Zakrzewscy nie chcieli zgłaszać sprawy o nękanie i skończyło się jedynie na policyjnej interwencji i upomnieniu.

Nie minęły dwa dni, kiedy Michał P. znowu pojawił się przed ich domem.

– To była Wigilia. Prosił, czy może ją z nami spędzić, gdyż jego rodzice gdzieś wyjechali, a on nie chciał być sam w takim dniu – tak o ubiegłorocznej Wigilii opowiada ojciec Hani – Dziś wiem, że kłamał, ale wtedy zrobiło mi się go żal i przyjęliśmy Michała pod nasz dach, dopuszczając do naszego wigilijnego stołu. Hania milczała, a on tylko ciągle się jej przyglądał. Rozmawiałem z nim. Radziłem, żeby zgłosił się do koła anonimowych alkoholików, a on na to, że to dobry pomysł, że się zastanowi, że może tak zrobi… Nawet dałem mu prezent pod choinkę – wodę po goleniu. Nic innego nie miałem pod ręką. Zaskoczył nas. Zaraz po Wigilii odjechał.

Hania nie chciała wracać do Michała. Tak przynajmniej powtarzała rodzicom i swoim znajomym.

Po jakimś czasie znowu odwiedził jej rodzinny dom. Raz nawet musiał interweniować Adam – starszy brat Hani. Po tym zdarzeniu, mężczyzna zaczął nachodzić Hanię w jej zakładzie kosmetycznym. Tam miał bliżej. Gdy się awanturował, zawsze był pod wpływem alkoholu. Groził, żeby od niego nie odchodziła. Przeszkadzał jej koleżankom w pracy, przerażał klientów…

– Córka podejrzewała nawet, że Michał musiał w salonie kosmetycznym założyć jakiś podsłuch, albo jeździł za nią z jakąś aparaturą podsłuchową, bo zaraz wiedział o wszystkim, co mówiła o nim w pracy i w naszym domu. Doszło do tego, że Hania z moją żoną pisały sobie, co obie o nim sądzą na kartkach. Tak na wszelki wypadek, żeby przypadkiem Michał nie usłyszał. Ten z kolei słał mojej córce tysiące sms-ów różnej treści. To był obłęd, a on to chory człowiek.

Później jak zwykle, chciał za wszystko przepraszać. – Już nie mogłyśmy tego wytrzymać – mówi jedna z koleżanek kobiety.

– 27 stycznia tego roku, po godzinie 22 do zakładu kosmetycznego Hanny, róg ulicy Orzeszkowej i Armii Krajowej, przyjechała wezwana przez pracownice zakładu kosmetycznego policja – relacjonuje Agnieszka Semik – Po naszej interwencji Michał P. przestał się awanturować i wrócił do domu.

Nie wszczęto dalszego postępowania, ponieważ Hanna Zakrzewska sobie tego nie życzyła.

Kilka dni później, do zakładu kosmetycznego ponownie wezwano policję, ale kiedy przyjechali, nikogo już tam nie było.

Zwiastuny tragedii

Pewnego dnia Hanna sama pojawiła się w komendzie. Miało to miejsce 13 stycznia tego roku.

– Nie była to jednak z jej strony wizyta dotycząca skargi na postępowanie Michała P. – mówi rzecznik tyskiej policji – Przyszła po poradę odnośnie kwestii finansowych. Dlaczego przyszła z tym do nas, a nie do prawnika? Trudno powiedzieć. W każdym razie pytała, co ma zrobić, gdyż Michał P. zażądał od niej jakiś rozliczeń pieniężnych. Nasz funkcjonariusz, z dwudziestoletnim stażem w policji, od razu się zorientował, że coś jest nie tak. Zapytał więc panią Hannę, czy wszystko u niej w porządku? Czy nie potrzebna jej jakaś pomoc? Odpowiedziała, że nie, że chciała się tylko zapytać. Policjant wręczył jej więc wizytówkę i powiedział, że jeżeli będzie potrzebowała pomocy, to ma się z nim skontaktować.

– W domu nadal podejrzewaliśmy, że Hania chyba nie do końca zerwała kontakt z Michałem – podkreśla ojciec kobiety – Miała dobre serce…

Do kolejnej awantury doszło tym razem przed apartamentowcem. Nie wiadomo, w jaki sposób Hanna Zakrzewska się tam znalazła. Czy przyszła sama, czy spotkała się z mężczyzną w jego mieszkaniu, a potem stamtąd wyszła? Michał P. wpadł w szał, był pijany, w konsekwencji zniszczył jeden z zaparkowanych przy ul. Orzeszkowej samochodów.

– Wezwał nas na interwencję właściciel tego zniszczonego pojazdu – relacjonuje rzecznik prasowy tyskiej policji.

Kiedy pod budynek podjechali funkcjonariusze, Michał P. był już mocno wstawiony. Próbował przekupić policjantów, każdemu wręczając po dwa tysiące złotych. Spisali go i na kilka godzin osadzili w areszcie. Alkomat potwierdził spożycie sporej dawki alkoholu.

– Po tej awanturze, pani Hanna zadzwoniła pod numer telefonu, jaki otrzymała na policyjnej wizytówce  i  opowiedziała policjantowi o tym  zdarzeniu – dodaje Agnieszka Semik – Informowała nas o tym, chociaż siłą rzeczy policja wiedziała już o zachowaniu Michała P. Kiedy policjant ponownie zapytał, czy nie trzeba jej jakiejś pomocy, czy nie czuje się zagrożona, odparła, że nie.

Z czasem sytuacja stała się już tak stresująca, że kobieta zaczęła w końcu korzystać z pomocy terapeuty.

W ostatnim tygodniu stycznia doszło do jeszcze jednego zdarzenia. Pani Hanna przyszła na komendę ze swoim bratem – Adamem i w holu oświadczyła policjantowi, że nie może się dogadać z byłym partnerem w kwestiach finansowych.

Z relacji tego policjanta wynikało, że podczas jednej z ostatnich rozmów Zakrzewskiej z Michałem P., pojawił się jej brat i wtrącił się do ich wymiany zdań na temat rozliczeń. Natarczywy mężczyzna przestraszył się i natychmiast odjechał. Kobieta udała się wtedy na komendę, ponieważ bała się, że były partner będzie ją w tej sprawie prześladował.

Podczas jej wizyty z bratem na komendzie, w holu policyjnego budynku zjawił się niespodziewanie Michał P. Jeszcze raz w trójkę o czymś rozmawiali, coś uzgadniali, jednak kiedy policjant chciał każde z nich przesłuchać na osobności i spisać, brat pani Hanny oświadczył, że nie trzeba, że już się dogadali. Po czym cała trójka opuściła hol budynku komendy.

Zbrodnia bez śladów walki

 – W Walentynki córka miała się spotkać z bratem i z przyjaciółmi – pan Jan wspomina tamten dramatyczny dzień – Mieli pójść razem do kina, a później jeszcze odwiedzić przyjaciół. Z powodu Michała, Hania była bardzo przygnębiona, chcieliśmy jej wszyscy pomóc, podtrzymać na duchu. Jednak tego dnia, przez nikogo nie przymuszana poszła do tego apartamentowca, ale przecież musiała się z nim najpierw umówić. Musiał ją tam czymś zwabić. Nie wyobrażam sobie tego inaczej. Tydzień wcześniej wręczył jej prezent. Może córka poszła mu go zwrócić? Moja żona jakby coś wtedy przeczuwała i kiedy Hania nie wracała do domu, nie można się było z nią skontaktować, zadzwoniła do rodziców Michała i na drugi dzień rano weszliśmy razem do jego mieszkania.

– Nie było tam śladów jakiejkolwiek walki – dodaje ojciec Hani – Córka leżała w pokoju. W splecione na piersiach dłonie miała włożone wspólne zdjęcie pary. Była martwa. Michał wisiał w holu mieszkania. 

Jak wykazała sekcja zwłok, Michał P. zadał Hannie Zakrzewskiej dwa ciosy kuchennym nożem. Jeden głębokości 13 centymetrów, drugi 15 centymetrów. Oba były śmiertelne. Uszkodzone zostały wątroba i płuca.

Michał P. jednak nie od razu popełnił samobójstwo – dodaje Agnieszka Semik.

Jeszcze tego wieczoru widziany był w jednym z tyskich kasyn. Jak mówili ci, którzy go widzieli, miał sporo wypić.

Powiesił się dopiero później, po powrocie do domu, na balustradzie antresoli, na stryczku zrobionym z dwóch pasków – skórzanego od spodni oraz od szlafroka.

Od mieszkańców apartamentowca słyszę: – Tak, niewątpliwie wydarzyła się tragedia.

Wtedy jednak nikt nic nie zauważył, nie dochodziły stamtąd żadne krzyki. Nikt ponoć nie wołał o pomoc.

Pracodawca nie chce się wypowiadać o swoim byłym już pracowniku: – Nie jesteśmy uprawnieni do przekazywania jakichkolwiek informacji na jego temat – informuje Patrycja Hamera – Pierzchała, rzecznik prasowy firmy, w której pracował Michał P.

Policja była bezczynna?

 Za śmierć Hanny Zakrzewskiej dostaje się tyskiej policji. – Ta zamordowana kobieta pojawiała się przecież na komendzie, i nic nie zrobiono, by jej pomóc? – pyta jeden z przechodniów, spotkany przeze mnie przy komisariacie. Rodzina Zakrzewskich chce nawet oskarżyć policję o brak reakcji.

Z całą pewnością Hanna Zakrzewska doskonale wiedziała, jak zgodnie z prawem pozbyć się natręta i jak postępować w tego rodzaju przypadkach. To właśnie na zgłoszenie pani Hanny w 2013 roku, jednej z osób w jej rodzinie sąd zakazał zbliżania się do niej i do jej matki – wyjaśnia Agnieszka Semik, nie podając jednak szczegółów, o kogo chodziło w tamtej sprawie. Rzeczniczka prasowa tyskiej policji dodaje również, że w trakcie prowadzonego śledztwa okazało się, iż tuż przed Walentynkami zapłakana Hanna Zakrzewska oświadczyła jednej ze swych przyjaciółek, że jest już zmęczona tą sytuacją z Michałem P., że nie daje rady i wszystko zgłosi na policję.

Okazało się również, że Michał P. nie bił pierwszy raz. Był już za to karany. Za znęcanie się nad żoną miał od lipca ubiegłego roku niebieską kartę na policji. Prześladował ją nadal, nawet będąc już w uczuciowym związku z Hanną Zakrzewską. Ta z kolei nie zgłaszała znęcania się nad nią, więc policja nie miała obowiązku sprawdzać pod tym kątem Michała P.

Sprawę bada jeszcze tyska prokuratura.

W trakcie uroczystości pogrzebowych, ksiądz proboszcz Stefan Nowak z kościoła św. Jadwigi Śląskiej w Tychach, podczas wygłoszonej homilii przypomniał, jaką szlachetną osobą była Hanna. Znał ją dobrze. Chrzcił ją i przygotowywał do pierwszej komunii, a potem do bierzmowania. Wspomina ją jako osobę, która potrafiła zjednywać sobie ludzi, a jej śmierć to tragedia, która dotknęła całe miasto.

 Roman Roessler

 

 

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ