Ostatnie wakacje Kasi

0
1867
Strong hand strangling beautiful scared woman

Kasia P., studentka ze Świebodzina w lubuskiem, jest normalną, wesołą dziewczyną. Właśnie dowiedziała się, że dostała się na studia. To jej ostatnie wakacje, zanim z indeksem będzie walczyć o jak najlepsze oceny. Wybiera się nad morze. Tak przynajmniej mówi w domu. Jednak naprawdę pojawia się na drugim końcu Polski, w Tatrach. Szukając przygody znajduje śmierć. To jednak nie wypadek.

6 sierpnia, 2003 roku. Dolina Chochołowska, przed południem. Władysław Klimczak, znany fotografik z Krakowa jest na spacerze ze swoim psem Brutusem. Zwierzak nagle wbiega pod mostek i zaczyna ujadać. Krakowianin woła go, ale pies nie reaguje. Postanawia więc sprawdzić, co się stało. Wtedy dostrzega kilka reklamówek z jakimiś rzeczami. W środku jest m.in. paszport i zawiadomienie o przyjęciu na studia. To rzeczy Katarzyny P.

W notesie był telefon do matki dziewczyny. Fotografik dzwoni do niej, opowiadając o znalezisku. Wtedy słyszy, że dziewczyna od 9 dni nie daje znaku życia, a jej telefon milczy.

Jak kamień w wodę

– Gdy dostaliśmy zgłoszenie o zaginięciu studentki, zabezpieczyliśmy miejsce znalezienia tych rzeczy i przeszukaliśmy najbliższe otoczenie – opowiada Andrzej Rokita, ówczesny szef zakopiańskiej policji, później krakowskiej policji, a na końcu zastępca Komendanta Głównego Policji. – Nie wiedzieliśmy, co się mogło stać z dziewczyną. Równie dobrze ktoś mógł jej plecak ukraść i po opróżnieniu porzucić akurat w tym miejscu, a sama studentka mogła gdzieś podróżować po Polsce.

Zakopiańska policja nie daje się wywieść w pole. Ma świadomość, że rzeczy poszukiwanej dziewczyny nie mogły się same zapakować do reklamówek i same ukryć pod mostkiem. Nie było plecaka i nie było komórki.

Ze znalezionych notatek wynikało, że dziewczyna nawiązała w Internecie znajomość z kimś, kto przedstawiał się jako „Dobry Duch”. To dla niej była ważna, emocjonalna znajomość. Ostatecznie okazało się, że był to fałszywy trop.

Śledczy sprawdzają, czy dziewczyna była rzeczywiście w górach. Szybko to się potwierdza, bo wśród rzeczy znalezionych przez psa jest bilet na autobus PKS z Krakowa do Zakopanego z datą 29 lipca. Jest też „Dziennik Bałtycki” z 27 lipca, co oznacza, że studentka wtedy rzeczywiście była nad morzem. Potem nagle przyjechała w Tatry. Tylko po co?

Wielkie poszukiwania

Policjanci wyruszają w teren. Odwiedzają pensjonaty, prywatne kwatery, schroniska. Przynosi to efekt. W schronisku w Dolinie Chochołowskiej rozpoznają studentkę na zdjęciu. Okazuje się, że w nocy z 30 na 31 lipca tutaj nocowała. Nie miała zbyt dużo pieniędzy. Dlatego musiała spać w sali wieloosobowej.

– Ustaliliśmy, że na sali nocowało kilku mężczyzn – ustalenia śledztwa relacjonuje Andrzej Rokita – Zaczęliśmy sprawdzać ich kolejno, aby dowiedzieć się, z kim mamy do czynienia. Tu był ważny każdy szczegół. Wśród tych mężczyzn mógł być ktoś, kto wiedział, co się stało z poszukiwaną dziewczyną.

– Tak doszliśmy do Pawła H. (36 l.) z Białegostoku – opowiada Zbigniew Pluta, z sekcji kryminalnej zakopiańskiej policji Nie zajęło nam dużo czasu, aby ustalić, że to gwałciciel, który po prawie siedmiu latach odsiadki niedawno opuścił więzienie. Nagle pojawia się tu, gdzie zaginęła ta dziewczyna. Może przypadek, a może nie. Ponadto był poszukiwany przez jeden z komisariatów w Białymstoku, w sprawie podejrzenia o gwałt. Wszystko zaczęło się układać w całość.

Zakopiański trop

Policja stara się krok po kroku odtworzyć pobyt Katarzyny P. w Zakopanem. To może być sposób na ustalenie, co się z nią stało. Złe przeczucia narastają. Podczas przeczesywania Doliny Chochołowskiej, odnajdywane są kolejne rzeczy zaginionej  – but, kosmetyki. Nie ma tylko najważniejszego – jej samej.

– Wszyscy jej szukali – relacjonuje młodszy inspektor Dariusz Nowak, ówczesny rzecznik krakowskiej policji – Nasi policjanci, strażacy, ratownicy TOPR. Były psy i helikopter z kamerą termowizyjną. Czarnym szlakiem doszli do szałasu po drodze rozpytując baców. Mimo, że zrobiliśmy trzy tury, nie znaleźliśmy ciała studentki. Po prostu nic, jak kamień w wodę. Za to udało się ustalić, że 29 lipca baca widział dziewczynę z jakimś mężczyzną w szałasie pasterskim w Dolinie Kościeliskiej.

Baca nakazuje im opuścić szałas. Chociaż to się wyraźnie nie podoba mężczyźnie, wychodzą z szałasu i idą gdzieś przed siebie.

Śledczy badają też, czy to internetowy „Dobry Duch”, z którym kontaktowała się studentka. Tak się w sieci przedstawia ten, z którym porozumiewała się dziewczyna. Badają numery, na jakie wydzwaniała.

Okazuje się, że telefon należy do mieszkańca Słupska. Tyle tylko, że on nic nie wie o sprawie i jakimś „Dobrym Duchu”. Krewna korzystając z jego numeru na czacie podała się za mężczyznę, właśnie za „Dobrego Ducha”. To Justyna, studentka polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Potem tłumaczy się policji, gdy dowiaduje się o co chodzi, że gdy omyłkowo dostała sms-a od Kaśki, zrobiło się jej żal. Wtedy postanowiła, że zostanie „Dobrym Duchem”. Co się stało z zaginioną, nie ma żadnego pojęcia. Nawet jej na oczy nie widziała.

Udawał ratownika

Policja ustala, na jakie numery dzwoniono z telefonu poszukiwanej studentki.

– To było kilka rozmów, po kilka godzin każda – kulisy śledztwa relacjonuje Krzysztof Stawarz, z sekcji kryminalnej zakopiańskiej komendy – Stopniowo dowiadywaliśmy się coraz więcej. Wiedzieliśmy, że to mieszkanka Leszna o bardzo rzadkim imieniu. Dowiedzieliśmy się też, że gdy była w górach, na jednym ze szlaków, poznała mężczyznę, który przedstawiał się jako Paweł, i że jest ratownikiem górskim. Imię się zgadzało z ustalonym przez nas Pawłem H. O Katarzynie P. nigdy ponoć nie słyszała. Tak zapewniała, wyraźnie wystraszona.

Z każdą minutą kobieta przypominała sobie coraz więcej szczegółów – że Paweł dużo opowiadał o Tatrach i o sobie. Przedstawiał siebie nie tylko jako ratownika, ale też strażnika przyrody. I jeszcze jeden ważny szczegół – na lewym ramieniu miał wytatuowanego skorpiona, a na prawym tygrysa. Chwalił się też, że ma dom na Gubałówce. Na pytanie o widoczne zadrapania na szyi i twarzy, tłumaczy, że to pozostałość po ostatniej akcji ratowniczej, gdy wybrał się pomóc przyjacielowi

1 sierpnia Paweł nieoczekiwanie pojawił się w jej mieszkaniu w Lesznie. Był bardzo miły i szarmancki. Zaskoczona jego wizytą, przyjmuje go do siebie na kilka dni. 6 sierpnia „ratownik” wyjeżdża do Poznania. Kobieta wcześniej dostaje w prezencie od niego aparat fotograficzny i pióro. Jak się później okazuje, to własność Katarzyny P.

ta-bestia

Polowanie i super blef

Policja jest coraz bardziej pewna, że to właściwy człowiek.

– Tylko jak go złapać – głowią się funkcjonariusze. Publikacja zdobytego zdjęcia Pawła H. mogła pomóc, ale też mogła sprawić, że ucieknie on za granicę. Pierwsza opcja zwycięża. Śledczy uznają, że nie ma nic do stracenia.

14 sierpnia prokuratura wydaje list gończy za Pawłem H., a jego zdjęcie pojawia się w Internecie. Efekt jest natychmiastowy, bo już po paru godzinach nadchodzi informacja, że poszukiwany mężczyzna jest w Koninie. Czujny mieszkaniec tego miasta rozpoznaje Pawła H. w Internecie, drukuje jego zdjęcie i idzie na policję. Poszukiwany mężczyzna zostaje zatrzymany, gdy wychodzi ze sklepu. Jest totalnie zaskoczony. Udaje, że nie wie, o co chodzi. Pytanie, dlaczego przedstawia się w Koninie jako Adam J. i opowiada, że jest w drodze z Zakopanego do Lichenia?

Zakopiańscy policjanci jadą po niego. Rozpoczyna się prawdziwa wojna nerwów. Bez ciała studentki, cała sprawa może upaść. Paweł H. dostaje od funkcjonariuszy szklankę wody i papierosa. Czegoś takiego się nie spodziewa. Zmęczony i rozmiękczany przesłuchaniem, recydywista słabnie psychicznie.

– W końcu się poddaje, gdy mu mówimy, że wiemy, gdzie jest ciało studentki, że mamy jej zwłoki – Andrzej Rokita doskonale pamięta te nerwowe chwile – To był nasz super blef.

Paweł H. po kilku godzinach przesłuchania godzi się na wyjazd do Doliny Chochołowskiej. Przez kilkadziesiąt minut prowadzi policjantów czarnym szlakiem turystycznym wiodącym z Doliny Chochołowskiej do Kościeliskiej i sam wskazuje miejsce ukrycia zwłok w ustronnym miejscu – w przekonaniu, że policja już wcześniej o tym wszystkim wie. Nie ma pojęcia, że jest prowadzony na pasku i kładzie głowę pod topór. Ostatecznie przyznaje się do zbrodni.

Bez jego „pomocy” pewnie nigdy nie udałoby się odnaleźć ciała Katarzyny P.

Scenariusz śmierci

On sam opowiada, że 29 lipca 2003 roku Katarzyna P. przyjechała do Zakopanego. Przed dworcem PKS jeden z naganiaczy, do którego sama podchodzi, oferuje jej załatwienie noclegu. To właśnie Paweł H. Idą razem. Gdy góral z Olczy odmawia noclegu, zaskoczona przez deszcz, dziewczyna spędza z Pawłem H. noc w szałasie pasterskim w Dolinie Kościeliskiej. Przegania ich jeden z pasterzy.

 Kolejną noc – z 30 na 31 lipca – spędzają w schronisku w Dolinie Chochołowskiej. Rano razem wychodzą. Po drodze trafiają do szałasu pasterskiego. Tutaj zamierzają odpocząć. To kres drogi i życia studentki. Nagle na nią się rzuca. Dusi, gdy bezbronna dziewczyna traci przytomność, gwałci ją, po czym dobija, uderzając głową o podłogę. Zwłoki wywleka z szałasu i ukrywa w ustronnym miejscu. Jakiś czas później, część rzeczy ofiary pakuje do reklamówek i ukrywa pod mostem. Z Zakopanego wyjeżdża tak zwaną okazją. Za przysługę i podwiezienie do Rabki daje kierowcy telefon komórkowy zrabowany Katarzynie P. Przebiegły, wcześniej niszczy kartę SIM.

27 stycznia 2005 roku Sąd Okręgowy w Białymstoku skazał Pawła H. na dożywocie za zgwałcenie i zabójstwo Katarzyny P., a także za gwałt oraz wykorzystywanie nieletnich dziewcząt, które zwabiał do swego mieszkania w Białymstoku.

Sprawiedliwości stało się zadość tylko dlatego, że ten wyrachowany przestępca popełnił wiele fałszywych kroków – schował rzeczy zamordowanej pod mostem, w schronisku zameldował się pod prawdziwym nazwiskiem i esemesował do swojej nowej znajomej ze zrabowanego telefonu.

 Jedno jest najważniejsze – już nigdy nikomu nie wyrządzi żadnej krzywdy.

Mirosław Koźmin

fot. Policja

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ