Dobrowolnie, ale nie z własnej woli

0
1480

Dobrowolnie, ale nie z własnej woli – to słowa jasnowidza. Jednego z kilku, których w sprawie tajemniczego zniknięcia córki odwiedziła pani Genowefa wraz z nieżyjącym już mężem Franciszkiem.

– Jak to rozumieć? – pytałam w 2016 roku  81-letnią panią Genowefę, matkę zaginionej przed 9 laty Bożeny Świderskiej z Tychów.

– Jeśli powiem pani „wsiadaj do tego auta, albo cię zabiję”, i pokażę pani  nóż, to nie wsiądzie pani?

– Raczej wsiądę – odpowiadam.

Czy w podobny sposób 52-letnia wtedy Bożena Świderska opuściła przed laty swoje ustabilizowane życie – pełne miłości, rodzinnego ciepła, poczucia bezpieczeństwa oraz szczerych, oddanych, długoletnich przyjaciół?

Czy zrobiła to pod wpływem przemocy, czyjegoś bezwzględnego okrucieństwa, strachu? Bo chyba nikt, kto znał ją dobrze nie wierzy, że odeszła z własnego wyboru. Pozostawiając ukochanych rodziców, męża, którego bez wątpienia również szczerze kochała, dobrze płatną i pewną pracę w wyuczonym zawodzie,  mnóstwo przyjaciół od przysłowiowej piaskownicy, którzy wraz z jej matką do dziś nie ustają w poszukiwaniach.

Ojciec Bożeny zmarł na raka trzustki trzy lata po jej  zaginięciu. Odszedł ze świata w wieku 82 lat. Nie doczekawszy się  powrotu swej jedynaczki, ani żadnych konkretnych wiadomości o niej.

Czy zatem dać wiarę, że nie żyje? Zapomnieć? Tym samym dać dowód, że istnieje zbrodnia doskonała?

Mąż zaginionej, niespełna w rok od tych tajemniczych wydarzeń, założył nową rodzinę – ściślej wszedł w nowy związek – został ojcem. Matka Bożeny, pełniąc obowiązki kuratora sądowego zaginionej córki, zaproponowała mu rozwód, który prawnie jest w tej sytuacji możliwy przy ich wspólnym udziale. Odmówił. Zatem jak wyobraża sobie swoje dalsze życie po powrocie żony, w który mimo wszystko wiele osób wierzy.

Przerwane szczęście

 Bożena Świderska ukończyła Akademię Ekonomiczną w Katowicach, wydział ekonomii. Ponadto biegle znała języki angielski i rosyjski, w dzieciństwie uczęszczała na prywatne lekcje gry na pianinie. Zanim wyszła za mąż, wraz z przyjaciółmi wiele podróżowała po świecie. Zawsze jednak wracała do rodzinnego domu i miasta, gdzie miała swój punkt oparcia w  rodzinie i przyjaciołach. Można by powiedzieć że do pełni szczęścia brakowało jej jedynie dzieci z mężem, którego znała na długo przed ślubem. Straciła jedyną ciążę, nie pozostawiając tym samym swoim rodzicom żadnych wnuków. Mimo to cała rodzina pielęgnowała łączące ich głębokie więzi poprzez codzienny kontakt Bożeny z rodzicami. Choćby telefoniczny oraz częste odwiedziny, wspólne wyjazdy.

Taki właśnie rodzinny wyjazd nad morze w sierpniu 2009 roku poprzedza zaginięcie kobiety. 30 sierpnia 2009 roku państwo Świderscy wraz z rodzicami Bożeny wracają do Tychów z urlopu w Ustce. Nazajutrz córka i zięć pojawiają się u starszych państwa na obiedzie. Bożena wspomina o umówionej na popołudnie wizycie u osiedlowej fryzjerki. Następnego dnia, czyli 1 września ma przecież wrócić do pracy, w planach ma przyjęcie nowej pracownicy, chce prezentować się elegancko, dobrze wypaść.

Ostatni kontakt mamy z córką to wieczorny telefon Pani Genowefy około godziny 20.00, kiedy jedynaczka mówi jej, że ogląda w domu serial  „Barwy szczęścia”

Kto zatem później rozmazał jej osobiste kolory szczęścia? Jakie wydarzenia rozegrały się w przeciągu kilkunastu godzin po filmie? Tego nie wie nikt.

 

Urwany trop

1 września 2009 roku, to data zaginięcia Bożeny Świderskiej. Miała wtedy rzekomo wyjść z domu około 6. i wsiąść do autobusu linii 4 jadącego do Katowic. Miała wysiąść na przystanku Katowice Kostuchna, wejść na znajdujący się nieopodal przystanku most i stamtąd łapać tzw. okazję w kierunku katowickich Piotrowic, gdzie pracowała.

Wcześniej nie robiła tajemnicy przed bliskimi, że często właśnie tak dojeżdża do pracy – zatrzymując „okazję”. Nie zawsze bowiem udawało jej się zdążyć na jadący bezpośrednio przez Katowice Piotrowice tyski autobus miejski nr 36. Mąż zeznał, iż słyszał jedynie przez sen, jak żona pośpiesznie wychodzi do pracy. Natomiast później nie udało się ustalić ani jednego świadka, widzącego zaginioną Bożenę w autobusie zarówno linii 4, jak i 36. Tymi autobusami dojeżdżała od lat, zatem doskonale znali ją z widzenia zarówno pasażerowie, jak i kierowcy. Na przystanku, na którym miała rzekomo wysiąść, by potem zatrzymywać autostop, i na pobliskim moście – w żadnym z tych miejsc – owego poranka 1 września 2009 roku, również nie była przez nikogo widziana.

Czy za tym do dziś niewyjaśnionym zniknięciem może stać przypadkowa osoba, jadąca wtedy samochodem lub kręcąca się w pobliżu? Czy ubrana stosunkowo zachowawczo w długą, ciemną sukienkę 52-letnia dojrzała kobieta była w stanie pobudzić, sprowokować jakiegoś dewianta seksualnego, który niespodziewanie pojawił się na jej drodze? Z podobnych względów mało prawdopodobnym pozostaje fakt, że padła ofiarą handlu ludźmi. Jaki miałoby sens porwanie, jeśli nikt nie skontaktował się z rodziną w sprawie okupu. Bożena nie miała długów, przeciwnie, posiadała oszczędności. Czy przypadkowy zabójca, działający spontanicznie i bez planu, mógł aż tak skutecznie ukryć zwłoki swej ofiary, że na ich ślad nie natrafiono do dziś. Pomimo licznych poszukiwań na tym terenie i w pobliżu. Owe poszukiwania były wynikiem samodzielnej inicjatywy rodziny i przyjaciół zaginionej, a także wynajętej przez nich firmy ochroniarskiej.

Dalsze śledztwo wykazało, że na kilka miesięcy przed zaginięciem Bożena była obiektem wyraźnego męskiego zainteresowania w postaci otrzymywanych wiadomości sms z komplementami i propozycjami spotkań, co jednoznacznie ignorowała. Szybko ustalono, że nadawcą tych wiadomości jest dalszy sąsiad tyszanki. Mężczyznę przesłuchano, jednak nie znaleziono żadnych dowodów, świadczących, że mógłby mieć coś wspólnego z zaginięciem swojej nieodwzajemnionej sympatii.

 

Są zgodni, że żyje

 Wychowani i żyjący w wierze katolickiej rodzice Bożeny – kilkanaście dni po jej zniknięciu – decydują się na pierwszą wizytę u wspomnianego już jasnowidza. Jest to wbrew ich przekonaniom, nigdy wcześniej nie pochwalali, ani tym bardziej nie wierzyli w tego typu działania, jednak cel, jakim stało się dla nich wyjaśnienie, co stało się z ukochaną córką, uświęca w ich przypadku chyba wszystkie środki.

Jasnowidz, do którego się udają, jednoznacznie podważa stwierdzenie jakoby Bożena po raz ostatni wyszła z domu o poranku 1 września 2009 roku. Utrzymuje, że stało się to dzień wcześniej, późnym wieczorem, gdy było ciemno. Ponadto mówi rodzicom, że ich córka została uderzona w głowę ciężkim przedmiotem, a następnie wsiadła do ciemnego samochodu. Dobrowolnie, lecz nie z własnej woli. Na koniec staruszkowie dostają od jasnowidza informację, że ich zaginiona jedynaczka żyje, tylko znajduje się w stanie głębokiej nieświadomości, kompletnie nie potrafi się odnaleźć.

Genowefa i Franciszek odwiedzają wkrótce dwie inne osoby zajmujące się jasnowidzeniem i bioenergoterapią. W obu miejscach kolejne, niezależnie od siebie osoby mówią im dokładnie to samo. I wszyscy twierdzą zgodnie, że Bożena żyje. Gdzie wobec tego skierować poszukiwania, jak natrafić na jej ślad,  jeśli nagle pojawiła się tak duża nadzieja na odnalezienie?

Mija czas, rodzina wysyła setki listów do schronisk, ośrodków dla bezdomnych, przyklasztornych domów opieki. Kuzyn – pracodawca Bożeny przez dwa lata po zaginięciu opłaca jej składki pracownicze ZUS, rodzice płacą za jej ubezpieczenie w prywatnej firmie. Wszyscy wierzą, że Bożena żyje, i z utęsknieniem czekają na jej powrót do domu, nieważne w jakim stanie, oby tylko wróciła, oni zadbają o wszystko inne.

Matka, mąż i ciotka występują w programie telewizyjnym „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Wkrótce potem regionalna telewizja podejmuje się realizacji i emisji reportażu o zaginionej mieszkance Śląska.

Po śmierci męża pani Genowefa kontaktuje się z Michałem Fajbusiewiczem. Wiosną 2015 roku występuje w jego programie, gdzie zapewnia, iż nie przestanie szukać córki, wspomina także o ogromnym wsparciu ze strony dalszej rodziny i przyjaciół Bożeny.

Zdjęcie Bożeny Świderskiej wysyłałam koleżance mieszkającej obecnie za granicą, gdzie uczy się zawodu bioenergoterapeuty. W odpowiedzi czytam:  „Od razu to poczułam, przyszło do mnie, że ma problem z głową. Widziałam wokół niej wiejskie starsze kobiety, jak się nad nią nachylają. Ona teraz może mieć inne imię…”. Pytam, czy żyje? Koleżanka odpisuje: „Udało mi się połączyć z nią energetycznie. Żyje.

Nie pozostaje nic innego, jak wierzyć. W Boga, który widzi, ile osób kocha Bożenę i już 9 lat czeka na jej powrót, w ludzi naznaczonych Jego palcem, czujących i wiedzących więcej. I wreszcie w to, że pewnego dnia Bożena Świderska wróci do domu dobrowolnie i z własnej woli.

Apolonia Sikorska

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ