Otworzyłam drugi rozdział

0

 Z Iwoną Kindą, mamą zaginionej w lipcu 2010 roku Iwony Wieczorek, rozmawia Janusz Szostak

 Często ma pani kontakt z policjantami zajmującymi się sprawą zaginięcia pani córki?

Policja ostatnio nie kontaktuje się zupełnie ze mną. Przez ostatni rok nic. Ja dzwoniłam do nich, to było około 20 maja tego roku. Zapytałam wtedy, czy coś się dzieje, a oni powiedzieli, że gdyby coś było ważnego, to się sami odezwą.

Ma pani żal do policji?

To, że ktoś zamordował Iwonę, to mogę nawet, choć z trudem,  zrozumieć. Może to jest głupie, że ja tak mówię, ale nie potrafię zrozumieć sytuacji, w której utrudnia mi się uzyskanie wiedzy na temat tego, co się z nią stało. Nie pracuje się tak, jak powinno się pracować, policja tego nie robi. Ja nie wiem, z kim tam mam do czynienia w tym momencie. Nie wiem, kto u nich odpowiada teraz za sprawę zaginięcia Iwony.

Dlaczego zlikwidowała pani salon fryzjerski w Sopocie?

Było kilka powodów. Po pierwsze nie jest fajnie, gdy zbliża się sezon i przyjeżdżają babcie z wnuczkami, które traktowały to miejsce niczym ogród zoologiczny. Tam w oknie przez wiele lat wisiał plakat ze zdjęciem zaginionej Iwony. To był ruchliwy punkt, przechodziło obok niego bardzo dużo ludzi. Niektórzy z nich wchodzili do środka.  Przyszła kiedyś kobieta z może dziesięcioletnią córką i mówi tak do niej: „Zobacz córcia, jak będziesz nieposłuszna, to skończysz tak, jak ta dziewczyna na zdjęciu”. Tak było nie jeden raz. Albo przychodzi do mnie klientka, taka nadęta warszawianka, i od drzwi pyta, a ja byłam w salonie: „No, wy to na pewno znacie tę fryzjerkę, co jej córka zaginęła”. I gada, jak to można puścić dziecko w nocy na dyskotekę. Wtedy jedna z moich fryzjerek odezwała się, żeby nie oceniała innych, jeśli nie wie, jaka była sytuacja. Mimo że zawsze jestem miłą osobą, bo tego wymaga mój zawód, to tę kobietę wyrzuciłam z salonu. Wiele było takich historii.

Niektórym nie wystarczały jednak same słowa.

Nieco później miałam zbitą szybę w oknie salonu, jakieś włamanie było. Wtedy zaprosiłam właściciela lokalu, żeby mu pokazać, iż wymieniłam szybę na antywłamaniową i poprosiłam go o odliczenie tego od czynszu. On mi powiedział, że czynsz, to mi może co najwyżej podnieść, i podniósł mi czynsz. Odpowiedziałam, że nie mogę pracować tylko na czynsz, który i tak był ogromny, bo to było w sezonie jakieś  osiem – dziewięć tysięcy  złotych. A on mi mówi tak: „Przecież pani nie musi pracować, bo telewizja pani płaci”. Wiele osób myśli, że ja zarabiam na tej tragedii, że ja na tych wystąpieniach w mediach robię jakieś grube pieniądze. Oni w ogóle nie biorą pod uwagę, że cierpię, że staram się dowiedzieć prawdy, a to przecież kosztuje mnie wiele nerwów i stresu.

Dziennikarze też panią odwiedzali w salonie w Sopocie?

Na początku bardzo często. W nowym salonie na Zaspie też się czasami pojawiają. Był tam na przykład Sylwester Latkowski, z którym rozmawiałam trzy minuty, a on z tego stworzył jakąś dziwną historię gangsterską. Powiedziałam wtedy, że chciałabym być żoną jakiegoś gangstera, to może by mi się coś takiego nie przydarzyło.

A on powiązał pani rodzinę z „Tygrysem”, legendarnym trójmiejskim gangsterem. Zna go pani?

Zupełnie nie wiem, o kogo chodzi. Pan Latkowski w ogóle ma bujną fantazję.

Łączył między innymi pani córkę z Mariusem O. i aferą Amber Gold.

No właśnie, on systematycznie oczernia mnie i moją córkę.

Czy często śni się pani Iwona?

Ona praktycznie mi się nie śni. Raz przyszła do mnie we śnie, miała może z dziesięć  lat, wyglądała, jak taki mały aniołek. Powiedziała do mnie: „Nie płacz. Ty nie płacz, ja jestem, ale ja już nigdy do ciebie nie wrócę”. Jak ja się wtedy zdenerwowałam. To był jedyny taki sen, pamiętam go bardzo dobrze. Ona nie śniła mi się nigdy jako dorosła. Zawsze, choć bardzo rzadko, śni mi się jako mała dziewczynka.

Iwona była bardzo do pani podobna. Czuję, że była między wami bardzo silna więź. 

Myślę, że nie miała przede mną tajemnic, i ja także jej się zwierzałam. Mnie Iwona zawsze strasznie fascynowała, bo ona była taką osobą pełną życia. Zwykle było jej wszędzie pełno. Od samego początku, jak tylko stawiała swoje pierwsze kroki, zawsze była taka absorbująca i przy tym bardzo kochana. Iwona była duszą towarzystwa.

Jak zachowywały się koleżanki Iwony po jej zaginięciu?

Niestety, jak jest fajnie, to jest fajnie. Ale gdy coś się dzieje złego, to każdy się odwraca od problemu. Gdy zaginęła, to niemal wszystkie odwróciły się od tej sprawy. Przez jakiś miesiąc, przez może trzy tygodnie dzwoniły do mnie, a później już nie. Być może ich to przytłaczało, bo to było głośne medialnie zaginięcie. Każdy się ich pytał: a co ty zrobiłeś z Iwoną, a weź się przyznaj i temu podobne historie. Znajomi Iwony nie mieli swojego życia.

Czy pani córka wsiadłaby do samochodu z kimś obcym?

To niemożliwe, Iwona nie wsiadłaby do nikogo obcego do samochodu.  Na pewno nie dałaby się namówić do tego. Ja, jako matka wiem takie rzeczy najlepiej, wiem jaka ona była harda, uparta, i że broniła swojego zdania. Ja też lubiłam imprezy, też chodziłam na bosaka, młodość ma swoje prawa. W życiu bym nie pomyślała, że jak ja skądś wychodzę i idę do domu wkurzona, to może mi się coś stać. Żyje się tymi emocjami. Poza tym, skoro Iwona była taka wkurzona, to i poszła w takich emocjach do domu. Nawet gdyby ktoś obcy ją zaczepił, to ona by wybuchła, powiedziałaby trzy ostre zdania i na tym by się skończyło.

Czy jest realne, że  pani córka uciekła z domu?

Uważam, że Iwona by nie uciekła. Ja już wielokrotnie mówiłam, że jeśli Iwona chciałaby się wyprowadzić, to by mi powiedziała o tym. Gdzie chciała pojechać, tam zawsze pojechała. Ona dostała się na studia, do Wyższej Szkoły Marynarki na stosunki międzynarodowe. Bo chciała zawsze podróżować, zobaczyć świat. Gdy tylko miała możliwość, to wysyłałam ją na kolonie i na wakacje. Jak skończyła dziewięć lat, to pojechała na pierwsze kolonie do Danii. Zawsze zależało mi, aby była samodzielna. Ona doskonale potrafiła odnaleźć się w obcym mieście. Na wakacjach nigdy jej nic się nie stało. Nie  pomyślałabym, że może coś się jej przydarzyć pod samym domem. Zawsze się starałam, żeby gdzieś pojechała. Przed zaginięciem była w Czarnogórze. Jej się to bardzo podobało i ona chciała skończyć te studia i podróżować. Chciała mieć też dobrą pracę i chodziła na kurs prawa jazdy. W tym czasie zbliżał się jej egzamin, miała do niego dwa tygodnie. Taki scenariusz, że ona uciekła z domu, jest nierealny.

Iwona w tym okresie była bardzo szczęśliwa. Mówiła, że to będą jej najdłuższe wakacje, że będzie się bawić, podróżować.

Mogła jednak być porwana do domu publicznego, na przykład w Niemczech, takie scenariusze pojawiały się. 

Wersja z domem publicznym również nie jest prawdopodobna. Jeśli by nawet coś takiego się stało, to z takich usług przecież korzystają też Polacy. Ktoś by ją rozpoznał i dał znać. Ja bardzo często dostawałam zresztą SMS-y, niekiedy w środku nocy, że na przykład porwali ją i sprzedali na  organy. Jakieś totalne bzdury.

To, kto to zrobił według pani?

Ta sprawa jest oczywista, to zrobił ktoś znajomy.

Ten fragment rozmowy pochodzi z książki Janusz Szostaka „Co się stało z Iwoną Wieczorek”, która ukaże się 28 listopad tego roku.   Już teraz do kupienia na empik.com TU DO KUPIENIA

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ