ZMOWA MILCZENIA

0
5892

U podnóża 30-metrowego klifu, na plaży niedaleko Los Angeles. znaleziono 17 września 2002 roku ciało 19-letniego Kamila Szybińskiego z Wesołej pod Warszawą. Chłopak właśnie otrzymał stypendium i rozpoczął studia w Marymount Collage w Kalifornii. Wersja o samobójczej śmierci po 16 latach wydaje się ciągle mało przekonująca.

2

Ojciec Krzysztof, inżynier, specjalista od telefonii komórkowej, matka Elżbieta, stewardesa, zrobili wszystko, aby zapewnić Kamilowi najlepsze wykształcenie. Posłali go do podstawówki przy ambasadzie USA w Warszawie, rozwijali w nim pasje sportowe. W wieku 19 lat znał już biegle 3 języki, poza angielskim również hiszpański i francuski.

Był bardzo znaną postacią w środowisku uprawiającym jazdę na rolkach i to tę najtrudniejszą, bo w wersji akrobatycznej. Dość napisać, że Kamil „Snoopy” Szybiński zdobył tytuł mistrza Polski w tej dyscyplinie. Uprawiał też sztuki walki, kochał podróże, a poza tym wszystkim – co rzadko się przy takim nagromadzeniu talentów zdarza – był wesołym, skromnym chłopakiem, nastawionym życzliwie do innych.

I nagle to młode życie zostało przerwane.

Tajemniczy helikopter

17 września 2002 roku, spacerujący po plaży w rejonie Inspiration Point w pobliżu Los Angeles, Charles Edward Mulhearn znalazł ciało Kamila. Było około godziny 11.00. Kilka minut wcześniej jego uwagę przykuł krążący nad plażą helikopter, który po chwili błyskawicznie odleciał.

Pierwsza sekcja zwłok ustaliła, iż młody Polak zginął w wyniku upadku z dużej wysokości. Na pytanie, jak to możliwe, aby wykonać skok w powietrzu na odległość aż 15 metrów, bo tyle od podnóża góry leżało ciało chłopaka, nigdy nie uzyskano odpowiedzi. Jest to fizycznie niemożliwe, mimo to amerykańscy śledczy nawet nie próbowali zainteresować się tym faktem. Uznali, że było to samobójstwo, bo Kamil od jakiegoś czasu chodził do psychiatry i przyjmował „Zoloft”, lek o podobnym działaniu, co popularny antydepresant „Prozac”. Przed swoją śmiercią był też w konflikcie z niektórymi kolegami z akademika.

To wystarczyło, żeby sprawę szybko zamknąć i o niej zapomnieć.

Co ukrywa policja?

Rozmawiam z Krzysztofem Szybińskim po prawie 10 latach od naszego pierwszego spotkania. On i jego żona nigdy nie uwierzyli w samobójczą śmierć syna.

– Próbowałem ponownie uzyskać zdjęcia Kamila z miejsca tragedii. Proszę sobie wyobrazić, że podobnie jak w 2002 roku, tak i teraz znowu mi odmówiono. Jakbym trafił na mur niechęci. Jakby komuś szczególnie zależało, żeby do sprawy nie wracać. Taki miejscowy układ policjantów, urzędników i zamożnych Amerykanów, których dzieci uczyły się z moim synem. Udało mi się co prawda umieścić w collegu tablicę pamiątkową poświęconą Kamilowi, ale tylko ja wiem, ile mnie to zachodu i nerwów kosztowało – wspomina z goryczą.

Dwa lata po śmierci Kamila odwiedził Polskę jego kolega. – Spotkaliśmy się przy grobie. Był bardzo wzruszony. Ale wie pan co, przez całe to nasze spotkanie na cmentarzu, miałem takie silne przekonanie, że ten chłopak chce mi coś wyznać, że bije się z myślami, że z jakiegoś powodu sumienie nie daje mu spokoju. Niestety, zabrakło mi wtedy odwagi, żeby go zachęcić do zwierzeń. Do dziś mam o to do siebie pretensję – mówi Szybiński i głos mu się łamie.

Osaczony i zastraszany

Do pokoju Kamila w miasteczku akademickim, 26 sierpnia 2002 roku około godziny 23.00 wtargnęła grupa chłopców i dziewcząt. Antenę od telefonu komórkowego usiłowali mu włożyć w odbyt. Kamil wyrwał się i wybiegł z pokoju, aby zadzwonić do ojca. Podążył za nim rosły nastolatek, Amerykanin, aby go pobić. Po kilku sekundach, to jednak on leżał na ziemi.

– Kamil jest cool – powiedzieli wtedy świadkowie wydarzenia. Niewiele to jednak zmieniło. Chłopak dalej sygnalizuje ojcu jakiś nieokreślony konflikt ze środowiskiem, w którym przebywa. Na pytania, o co właściwie chodzi, mówi, że „najlepiej powie mu to bezpośrednio”. Ojciec wyczuwa w rozmowach z synem duży problem i obawę o coś: – Tato, oni mi dokuczają i przeszkadzają się uczyć. Potrafią rozmawiać tylko o kobietach i samochodach…

W tej sytuacji rodzice piszą list do Liz Lisan, doradcy szkolnego. Ona i jej mąż znają się z Kamilem od 2001 roku. Chłopak spędza u nich weekendy. Krzysztof postanawia polecieć do USA na tydzień i omówić sprawy syna w jego szkole. Termin przyjazdu ojca zostaje ustalony na 14 września.

Tato, przyjedź

W dniu wyjazdu Krzysztofa z Polski Kamil telefonuje: – Tato, chciałbym abyś przyjechał za kilka dni…

Postanawiają, że spotkają się tydzień później. Weekend z 13 na 16 września Kamil spędza u państwa Lizan. Nieoczekiwanie w rozmowie telefonicznej w dniu 16 września stwierdza: – Tato, to nie była moja decyzja o odłożeniu twego przyjazdu…

– A czyja?

– Powiem ci na miejscu…

Umawiają się, że spotkają się zatem 20 lub 21 września. Tego samego dnia ojciec rozmawia z Kamilem jeszcze kilkakrotnie informując go o wysłanej przez matkę paczce, która dotrze prawdopodobnie 17 września oraz o 200 dolarach wysłanych przez córkę jego przyjaciela z Dayton. Precyzują też w tych rozmowach, jaki rodzaj wyczynowych rolek ma przywieźć Kamilowi, bo chłopak chce zaprezentować kolegom swoje umiejętności.

Ostatnia rozmowa

Ostatnia rozmowa ojca z synem odbywa się 17 września około godziny 16.19 według czasu Los Angeles. Kamil mówi, że nie może spać, gdyż w jego akademiku trwa właśnie impreza i jest bardzo głośno. (Potem jego koledzy twierdzili, że oglądali telewizję).

Umówił się z ojcem, że zadzwoni za godzinę. Kiedy w umówionym czasie nie było telefonu, Krzysztof wielokrotnie próbował się z nim kontaktować, ale bez skutku. Ostatni telefon wykonuje około godziny 10.00 na drugi dzień, chcąc – jak wspomina – obudzić syna na zajęcia. Ciągle jednak nikt nie odbiera telefonu.

Dalsze informacje są oparte na skąpych faktach uzyskanych od policji, prywatnego detektywa i od dyrekcji collegu. Podobno Kamil był widziany w pokoju akademickim jeszcze około godziny 19.30… O godzinie 20.30 był widziany przez Chrisa Lee. Podobno widziała go też Liz Dedrick przed 20.00 i to w okolicy miejsca tragedii… Podobno, podobno, podobno…

18 września przypadkowy przechodzień zainteresował się helikopterem wykonującym manewry tuż nad ziemią. Zwabiony tym widokiem, turysta poszedł w tym kierunku. Ale helikopter odlatuje…

Błędy w śledztwie

Z prawniczej analizy informacji w sprawie śmierci syna, jaką zamówili Szybińscy, wynika – delikatnie mówiąc – iż śledztwo było prowadzone wyjątkowo niestarannie

„(…) Na podstawie dotychczas zebranych informacji nie można ustalić, co robił Kamil rano w dniu śmierci, jak i o której dotarł do szkoły, ani w jaki sposób i o której dotarł do Inspiration Point. Jest bardzo prawdopodobne, że zarówno do szkoły, jak i do Inspiration Point, Kamil został podwieziony samochodem. Nie ustalono, kto z kolegów i koleżanek Kamila dysponuje samochodem. Nie ustalono także, gdzie oni przebywali w przypuszczalnym czasie śmierci Kamila. Nie ustalono załogi helikoptera, która w krytycznym czasie wykonywała lot nad Inspiration Point i nie przesłuchano jej. Brak jest jednoznacznych danych z ustaleń sekcji zwłok. W czasie pierwszej sekcji nie stwierdzono żadnych obrażeń na ciele Kamila nie związanych z upadkiem z wysokości. Podczas drugiej sekcji (wykonanej w II połowie października) stwierdzono obrażenia nogi, obrażenia pod pachą oraz narządu wewnętrznego (…)” – czytamy w dokumencie.

Wiem i nie powiem

W analizie założono trzy wersje tego, co naprawdę mogło się wydarzyć. W pierwszej – zgon nastąpił na skutek samobójstwa, w drugiej – na skutek nieszczęśliwego wypadku. Trzecia wersja wspomina o morderstwie.

Prawnik przygotowujący analizę uznał dwie pierwsze wersje śmierci Kamila Szybińskiego za mało prawdopodobne. Ofiara była wysportowana, miała wyćwiczony refleks, szybką ocenę odległości, zmysł równowagi. Nieszczęśliwy wypadek nie wchodził zatem w grę. Samobójstwo, jako nieprawdopodobne, wykluczył zarówno psycholog szkolny, jak i psychiatra, u którego Kamil się leczył. Nie zostawił poza tym listu pożegnalnego.

Za przyjęciem wersji o zabójstwie przemawia m.in. fakt dwukrotnego przeprowadzenia sekcji zwłok i nowe wnioski w protokole posekcyjnym, poważne rozbieżności w zeznaniach kolegów Kamila, niemożność ustalenia czasu przemieszczania się chłopaka w poszczególne miejsca krytycznego dnia, a także fakt wykonania dwóch tajemniczych telefonów do mieszkania babci Kamila już po jego śmierci. Osoby, która dzwoniła, nigdy nie odnaleziono, ba, policja nawet nie zadała sobie trudu, żeby ją namierzyć.

Jeden z funkcjonariuszy, z którym rozmawiał Krzysztof Szybiński, stwierdził tylko: „mam w tej sprawie swoją opinię, ale nic nie powiem”. Szybiński odniósł wrażenie, że policjant czegoś się boi.

– Na poziomie miednicy Kamil miał dziurę w ciele, jakby ktoś go nadział na włócznię, albo podobną broń – dodaje cicho ojciec Kamila, który nadal wierzy, że uda mu się przerwać zmowę milczenia i wyjaśni przyczynę śmierci syna.

Arkadiusz Panasiuk

fot. archiwum Krzysztof Szybiński

 

 

 

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ