Morderca trzecią osobę zabił po swojej śmierci

0
Przez myśl nie przeszło, że córka zabije się z tęsknoty za tatą po czterech latach – z płaczem mówi pani Monika

Ta historia zaczęła się w 2008 roku od rozwodu 32-letniego Jana Sz., potem był gwałt na byłej żonie, zabójstwo byłej szwagierki i jej konkubenta, szalona ucieczka zdesperowanego mordercy, policyjna obława zakończona śmiercią uzbrojonego bandyty. Niestety okrutny przestępca cztery lata później przyczynił się do kolejnej tragedii, życie odebrała sobie 12 -letnia córka jego ofiary, nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią ojca. Morderca, leżąc w grobie na cmentarzu, zabił kolejną osobę.

 

Morderca Jan Sz.

Jan Sz. nie był dobrym małżonkiem. Nadużywał alkoholu, często zmieniał pracę, nikt nie chciał już zatrudniać lenia i pijaka. Swoje frustracje rozładowywał więc w domu. Robił ciągle awantury, krzyczał na dziecko, w końcu zaczął podnosić rękę na żonę.

Zdesperowana kobieta postanowiła ułożyć sobie życie od nowa, nie było w nim miejsca dla damskiego boksera. Lekarskie obdukcje potwierdzające skatowanie, i zeznania rodziny oraz sąsiadów, z rozwodu uczyniły formalność. Sąd błyskawicznie orzekł rozwód z winy małżonka.

Zabił ich z zimną krwią

Wtedy Jan Sz. na chwilę otrzeźwiał, ale było już za późno. Awanturnik i pijak przypomniał sobie, że jednak kocha żonę i zależy mu na rodzinie. Prosił o przebaczenie, jednocześnie podczas krótkich spotkań z byłą żoną, ciągle potrafił być agresywny. Nie potrafił zapanować nad emocjami, w swojej chorej wyobraźni ubzdurał sobie, że nie potrafi żyć bez tej kobiety.

Nie mogąc przekonać jej do siebie w rozmowie, posunął się do przemocy, zgwałcił byłą małżonkę. Za ten czyn został skazany przez Sąd Rejonowy w Kościanie w grudniu 2009 roku na trzy lata więzienia, ale po ogłoszeniu wyroku wyszedł na wolność. Sąd podjął decyzję o zwolnieniu go z aresztu do czasu uprawomocnienia się tego wyroku. Zwolnienia tego nie oprotestował prokurator. Zażalenie wniosła jednak poszkodowana i Sąd Okręgowy w Poznaniu przywrócił areszt. Wydano nakaz zatrzymania skazanego, jednak Jan Sz. zniknął. Nie zamierzał dobrowolnie zgłosić się do więzienia, a policja nie potrafiła go odszukać i siłą dostarczyć za kraty.

Jan Sz. miał liczną rodzinę. Posiadał 8 braci, dlatego też ukrywanie się przychodziło mu bardzo łatwo, tym bardziej, że policja nie wykazała się zbyt dużą skutecznością. Wielu mieszkańców okolicznych wiosek widywało często uciekiniera. Była żona, w obawie o życie swoje i dziecka, poszukała schronienia u rodziny we Wrocławiu. W głowie przestępcy zrodził się plan zemsty, chodził po znajomych i wypytywał o byłą małżonkę. Koniecznie chciał się z nią spotkać. Nie mogąc zdobyć informacji prośbą, kolejny raz świadomie posunął się do przestępstwa. Z bronią w ręku wtargnął do domu byłej szwagierki. Karolina D. wraz ze swoim narzeczonym, Arkadiuszem K., prowadziła w Machcinie stadninę koni.

Z bronią w ręku wtargnął do domu byłej szwagierki

Celując do nich z broni zażądał podania adresu, gdzie przebywa jego była żona z dzieckiem. Napadnięci jednak milczeli, zdenerwowany odmową współpracy, przypomniał sobie dodatkowo, że obydwoje podczas rozprawy w sądzie zeznawali na jego niekorzyść. Z zimną krwią pociągnął za spust, zamordował dwie osoby i znowu przepadł w pobliskich lasach.

Morderca w potrzasku

Tym razem policja rozpoczęła prawdziwą obławę, setki policjantów przeczesywały teren, domy najbliższej rodziny objęto dyskretną obserwacją, do akcji włączono psy, nad lasami krążył helikopter z kamerą termowizyjną. Pobliskie wioski przypominały okres stanu wojennego, na każdym rogu stał wóz policyjny. Obława, prowadzona na wielką skalę, nie przynosiła jednak rezultatu, poszukiwany przez kolejne siedem dni wydawał się drwić z policji. Wynurzał się nagle pod sklepem spożywczym, kupował żywność i ponownie znikał.

W sklepie z alkoholem kupił wódkę i wypił spokojnie piwo na ławeczce, chwilkę porozmawiał z przerażoną sprzedawczynią. Spod kurtki wystawała lufa sportowego karabinka, z którego zabił dwie osoby. Kiedy policja przybyła na miejsce, znalazła tylko pustą butelkę po piwie. Mieszkańcy bali się wychodzić na ulice, nie czuli się bezpiecznie w swoich domach, strach było zaglądać do budynków gospodarczych, do szkoły przychodziło coraz mniej dzieci.

Co prawda w dzień jeszcze część mieszkańców miało odwagę pokazać się, w okolicy pełno było policji, pojawiły się wozy transmisyjne wielu telewizji, ale nocą wioski wydawały się niezamieszkałe. Czasem tylko cicho przemknął radiowóz. Po siedmiu dniach obławy, Jan Sz. w końcu popełnił błąd. Policja namierzyła go w Nowym Szczepankowie koło Śmigla – w stodole na terenie gospodarstwa jednego z jego braci. Jan Sz. skrył się w dobudówce do stodoły, na stryszku wypełnionym prasowaną słomą. Antyterroryści błyskawicznie otoczyli cały teren, nie zostawili mu szans do ucieczki.

 Przed wkroczeniem policji do akcji, złapany w potrzasku morderca strzelił do siebie. Znaleziony z raną postrzałową głowy jeszcze żył, nieprzytomnego bandytę do szpitala w Poznaniu zabrał helikopter. Od samego początku lekarze jego stan określali jako krytyczny, nie dawali szans na przeżycie, i rzeczywiście po kilku dniach przyszedł komunikat o jego śmierci.

Prokuratura przesłuchała brata mordercy, u którego się ukrywał. Ten jednak zeznawał, że nie miał pojęcia o obecności poszukiwanego na terenie jego gospodarstwa. Śmierć Jana Sz. znacznie utrudniła śledztwo, mające wyjaśnić, kto pomagał mu w tak skutecznym ukrywaniu się. Pewnie już nigdy nie dowiemy się, czy przeczekał tam wszystkie 7 dni obławy, czy też korzystał z innych kryjówek.

Przy nieprzytomnym poszukiwanym, znaleziono sportowy karabin 5,6 mm z lunetą i tłumikiem oraz rewolwer kaliber 9 mm. Skąd taki arsenał znalazł się w ręku mordercy, również nie udało się ustalić prokuraturze.

Zlekceważyli psychopatę

Wydaje się, że w całej tej sprawie, organa państwa zbyt lekceważąco podeszły do Jana Sz.  Potraktowano go jak zwykłego pijaczka zdolnego tylko do gwałtu, gdy tymczasem okazał się osobą o wyjątkowo psychopatycznej osobowości, zdolnej do największej zbrodni.

Poznańska prokuratura po pół roku umorzyła postępowanie o podwójne morderstwo w Machcinie z powodu śmierci sprawcy.

– Z wydanych opinii wynika, iż Karolina D. i Arkadiusz K., zmarli w wyniku postrzałów z karabinka kal. 5,6 mm. Z tej samej broni postrzelił się Jan Sz. Ustalono, iż na powierzchni języka spustowego zabezpieczonej broni, znajdują się ślady DNA o profilu zgodnym z profilem DNA Jana Sz. Bezpośrednią przyczyną zgonu pokrzywdzonych, były strzały z bliskiej odległości w głowę i klatkę piersiową. Na miejscu zdarzenia znaleziono ślady daktyloskopijne, biologiczne, zdeformowany pocisk i łuski. W toku śledztwa nie znaleziono innych osób, które mogły mieć motyw uzasadniający nastanie na życie pokrzywdzonych. Wobec tego, śledztwo w sprawie zabójstwa i posiadania bez wymaganego zezwolenia broni palnej i amunicji, zostało umorzone z uwagi na śmierć podejrzanego – poinformowała prokurator Magdalena Mazur-Prus.

Po śmierci mordercy, w sądzie, prokuraturze i w policji podjęto kontrole dotyczące postępowania w sprawie Jana Sz.

Prokurator, który nie zaskarżył decyzji sądu o uchyleniu aresztu wobec Jana Sz., został ukarany „wytykiem służbowym” przez rzecznika dyscyplinarnego Prokuratury Apelacyjnej w Poznaniu.

Kontrola przeprowadzona przez wydział wizytacyjny Sądu Okręgowego w Poznaniu, wykazała, że sędzia popełniła błąd przy ocenie stanu faktycznego. Nie stwierdzono natomiast, by dopuściła się obrazy przepisów prawa, co mogłoby skutkować odpowiedzialnością dyscyplinarną.

Kontrola w policji stwierdziła, że doszło do nieprawidłowości przy poszukiwaniach Jana Sz., po przywróceniu dla niego aresztu przez sąd.

Zabiła się z tęsknoty

Tragiczna historia mordercy i gwałciciela, po 4 latach przyniosła jeszcze jedną ofiarę. Zamordowany Arkadiusz K. miał córkę z poprzedniego związku, był z nią bardzo związany uczuciowo. Spotykał się z nią, kiedy tylko praca na to pozwalała. Maleńka Marysia uwielbiała przyjeżdżać do ojca, kochała konie, tak samo jak on. Niestety okrutny morderca zamordował jej ojca, gdy miała 8 lat. Przez następne 4 lata próbowała poradzić sobie sama, ale nie potrafiła zaakceptować okrutnej rzeczywistości. Tak bardzo tęskniła za ojcem, że postanowiła się zabić, aby spotkać się z nim. Miała zaledwie 12 lat.

Wróciła ze szkoły, chwilę posiedziała z matką w salonie, potem poszła do swojego pokoju.

Dziewczynka wzięła dwa paski od szlafroka. Starannie je związała w gruby supeł. Przerzuciła przez drewnianą belkę pod sufitem. Stanęła na krześle, sznur założyła sobie na szyję i zacisnęła. Szybkim ruchem kopnęła krzesło. Kiedy do pokoju Marysi wbiegł 13-letni brat, zaniepokojony hukiem upadającego mebla, Maria wisiała już pod sufitem. Mimo błyskawicznej akcji ratunkowej, dziewczynki nie udało się uratować.

Zrozpaczona matka, Monika Trefoń nie ma wątpliwości, co skłoniło córkę do desperackiego kroku.

– Nie otrzymaliśmy wtedy żadnego wsparcia psychologicznego. Nikt nie potrafił pomóc moim dzieciom, które po stracie ojca przeżyły traumę. Przez myśl nie przeszło, że córka zabije się z tęsknoty za tatą po czterech latach – z płaczem mówi pani Monika.

Dziewczynka uczyła się dobrze, była bardzo lubiana przez rówieśników, chętnie angażowała się w dodatkowe zajęcia szkolne. Sprawą śmierci dziewczynki zajęła się prokuratura w Lesznie.

Jan Sz. z zimną krwią zamordował dwie osoby, po czym popełnił samobójstwo. Dawno już zwiędły wieńce pogrzebowe na jego grobie, gdy życie przez niego straciła kolejna osoba. Choć ma na sumieniu śmierć trzech osób, nigdy nie usłyszy wyroku skazującego na sali sądowej.

Przemysław Graf

 

 

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ