Lekarze z Bełchatowa zdecydowali się operować kobietę na podstawie dostarczonej przez „chorą” sfałszowanej dokumentacji medycznej. Wynikało z niej, że ma raka. Wycięto jej żołądek, śledzionę i fragment przełyku. Po operacji sprawą zajęła się prokuratura.

Proces o sfałszowanie dokumentacji medycznej Marty M. rozpoczął się w poniedziałek w Sądzie Rejonowym w Gliwicach. Sąd wyłączył jawność rozprawy. Lekarze zdecydowali się na przeprowadzenie operacji. Po wszystkim okazało się, że kobieta nie miała raka. Całą dokumentację zrobiła na podstawie wzorów druków znalezionych w Internecie. Kiedy sprawa wyszła na jaw, biegli lekarze stwierdzili u niej zespół Münchhausena polegający na wywoływaniu objawów choroby w celu hospitalizacji.

Kobieta przyznała się do sfałszowania dokumentacji medycznej, ale nie potrafiła wytłumaczyć swojego zachowania.

O tej sprawie pisaliśmy, jako pierwsi w kwietniu ubiegłego roku. Poniżej nasz reportaż na ten temat.

Marcie M. wycięto żołądek, gdyż miała mieć  nowotwór. Okazało się jednak, że żołądek był zdrowy, a skierowanie na zabieg zostało sfałszowane. Czy dziewczyna chciała schudnąć, i wybrała tak drastyczne rozwiązanie?

– Pod koniec ubiegłego roku zjawiła się u mnie kobieta z 22-letnią  córką. I oświadczyła, że jej córce w szpitalu wycięto cały żołądek – wspomina mecenas Małgorzata Łukasik z zespołu adwokackiego w Gliwicach

Matka Marty M. opowiadała, że u jej córki stwierdzono raka żołądka. Gdy córka otrzymała skierowanie do szpitala wojewódzkiego w Bełchatowie, tam ją całkowicie pozbawiono tego organu.

 –  I teraz córka praktycznie nie może już nic jeść – mówiła zdenerwowana kobieta –  A to, co może jeść i pić, wchłaniane jest do organizmu jedynie przez jelito. Teraz wiele składników odżywczych potrzebnych organizmowi, na skutek braku żołądka zostaje bezpowrotnie straconych. Córka bardzo cierpi. I jak ona ma żyć dalej, pani mecenas? – płakała.

Fałszywe badania

Marta M. w zespole adwokackim zachowywała się mniej nerwowo od swej matki. Siedziała spokojnie, przysłuchując się rozmowie. Gdy jej matka skończyła, obydwie dodały, że chciałyby, aby w ich imieniu pani mecenas założyła bełchatowskiemu szpitalowi sprawę cywilną o odszkodowanie. Ponieważ doniesienie na bełchatowski szpital o wycięciu zdrowego żołądka  kobiety założyły już w gliwickiej prokuraturze.

Ustalono, że będą się  kontaktowały z panią mecenas mailowo. Umówiły się jeszcze, że ten kontakt nastąpi dopiero w połowie stycznia 2017 roku, gdyż matka dziewczyny do tego czasu będzie przebywała za granicą. Zgłoszą się wtedy, aby ustalić dalszy plan działania.

Pani mecenas postanowiła zająć się sprawą, i zapytała, czy w tej sytuacji nie byłoby kobietom potrzebne medialne wsparcie, co też obydwie skwapliwie przyjęły, i na co się zgodziły.

– Najlepiej pod koniec stycznia z nami rozmawiać, gdy wrócę z zagranicy – dodała matka dziewczyny, i pozostawiła pani mecenas wszystkie dokumenty medyczne związane z przebiegiem choroby swego 22-letniego dziecka.

Nie czekając jeszcze na umówione spotkanie, w połowie stycznia 2017 roku, pani mecenas  przystąpiła w tej sprawie do działania.

– Ta historia wydawała się wprost niesamowita – wspomina Małgorzata  Łukasik.

Przejrzała dokładnie pozostawione przez matkę dokumenty choroby córki ze szpitala w Pyskowicach. Okazało się, że nazwisko lekarza w tej dokumentacji zgadza się z rzeczywistością. Ale już jego specjalizacja w pyskowickim szpitalu była zupełnie inna. Szpital w Pyskowicach miał również wysłać –  celem badań – wyniki Marty M. do ośrodka w Katowicach. W dokumentacji z tego ośrodka stwierdzono, że dziewczyna ma groźnego raka żołądka. Z tym, że fakt ten potwierdziła w dokumentacji osoba, która w tym katowickim ośrodku nigdy nie była zatrudniona.

– Dotarłam do protokołu pooperacyjnego Marty M. z bełchatowskiego szpitala – dodaje M. Łukasik.

Po chirurgicznym otwarciu na stole operacyjnym żołądka lekarze badali, dotykiem, jego tkanki. I pod ich palcami nie wykazywały one typowych zmian nowotworowych. Wydawały się zdrowymi, co też uwzględniono zaraz w pooperacyjnym protokole.  Ale skoro na skierowaniu do szpitala widniało jasno, że Marta M. ma groźnego raka, to przystąpiono do zabiegu.

Szpital się broni

 Bełchatowski szpital zainteresował się sprawą wówczas, gdy dowiedział się z gliwickiej prokuratury, że prowadzone jest przeciwko niemu śledztwo o wycięcie pacjentce zdrowego żołądka. Przyglądając więc wnikliwiej dokumentacji Marty M., oraz skierowaniu, z którym przybyła na operację do szpitala, lekarze z Bełchatowa stwierdzili to samo, co zauważyła pani mecenas.  Wysłali zatem wszystko w ręce bełchatowskiej prokuratury.

– Przesłaliśmy stosowną dokumentację ze szpitala do Gliwic, gdyż tamtejsza prokuratura zajmuje się całą sprawą – informuje Piotr Grochulski Prokurator Rejonowy w Bełchatowie.

Pełnomocnik dyrektora wojewódzkiego szpitala w Bełchatowie, Marek Walczak, wie o tym nieprzyjemnym dla szpitala zdarzeniu: – Szpital nie jest zobowiązany ponownie przeprowadzać badania, które już raz zostały wykonane. I w oparciu o które, skierowano Martę M. do naszej placówki. A skoro na skierowaniu widniało, że jest to groźny nowotwór, to lekarze przystąpili do zabiegu.

Może należałoby zmienić w takim razie procedury? Dla pewności badać również przed zabiegiem, aby uniknąć podobnych zdarzeń.

Pełnomocnikowi dyrektora wydaje się, że jedno badanie i skierowanie wydane przez kompetentną osobę, w takim przypadku przez specjalistę lekarza, w zupełności wystarczą.

– Ale tu mieliśmy chyba do czynienia z jakimś oszustwem? – dodaje.

Kto zatem skierował Martę M. na ten zabieg, i dlaczego młoda kobieta miałaby się pozbywać zdrowego żołądka? I to tak daleko od Pyskowic, bo aż w bełchatowskim szpitalu? 

Na te pytania pełnomocnik dyrektora szpitala, ani nikt inny w tej placówce, nie był w stanie odpowiedzieć.

– Dziś można się leczyć w całym kraju, nie ma rejonizacji – stwierdził – Co nie oznacza, że może warto by do takiej rejonizacji powrócić?

Kto za ten zabieg zapłaci, to kolejne pytanie.

Chciała schudnąć?

 W gliwickiej prokuraturze nie chcą rozmawiać na ten temat.

– Jeszcze nie na tym etapie śledztwa – zastrzega prokurator Joanna Smorczewska, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Gliwicach – Sprawa jest w toku. Prowadzona jest przeciwko szpitalowi oraz o sfałszowanie dokumentacji medycznej. Na tym etapie więcej nie mogę ujawnić. Bez wątpienia kwestia jest delikatna, gdyż Marta M. pozostała bez żołądka.

– Zawiodły procedury? – pytam

– Wszystko badamy – dodaje raz jeszcze prokurator Smorczewska.

Z końcem stycznia 2017 roku matka Marty M. wpadła podenerwowana do kancelarii mecenas Łukasik i zakomunikowała, że wszystko się zmieniło. Bowiem obie sprawy: cywilną  i karną poprowadzi już inny prawnik, z Katowic. Ponadto Marta M. nie chce już prasowych kontaktów w swej sprawie.

Mimo to postanowiłem porozmawiać z nią o tym, co się zdarzyło.

Marta M. jest po maturze i nigdzie nie pracuje. Mieszka z matką i ojcem w Pyskowicach, koło Gliwic. Jej matka często wyjeżdża do pracy  poza granice kraju.

Jedna z uliczek wokół rynku w Pyskowicach. Stoję przed mieszkaniem Marty M. Dzwonię. Żaluzje spuszczone, nikogo nie ma w domu.

1
Czy rzeczywiście, aby schudnąć Marta M. zdecydowała się pozbyć zdrowego żołądka i przedstawiła fałszywe wyniki badań? fot. FB

– Chyba gdzieś wyjechali – stwierdza jedna z sąsiadek – Trudno ich teraz zastać.

Gdy pytam o dziewczynę, uśmiecha się znacząco: – Ciężko powiedzieć, co się stało. Ludzie różnie gadają. Rodzice Marty pracują za granicą, a dziewczyna stale mieszka sama w domu. Może chciała zwrócić w ten sposób na siebie uwagę? A może chciała po prostu schudnąć? Jak ją widziałam ostatnio, zjechała chyba ze trzydzieści kilo…

Czy rzeczywiście, aby schudnąć Marta M. zdecydowała się pozbyć zdrowego żołądka i przedstawiła fałszywe wyniki badań? To zapewne ustali prokuratorskie śledztwo.

Nie zmieni to jednak faktu, że żołądka dziewczynie już nie da się przywrócić.

Roman Roessler