Pomiot gangsterskiej kultury

0
129
Opisywałem na łamach Reportera wiele spraw kryminalnych, zwłaszcza procesów z PRL-u rodem. Zawsze własnymi słowami. Teraz przyszło mi do głowy, by zapoznać Państwa z językiem relacji sądowych z wczesnego okresu Polski Ludowej. Może się mylę, ale ten język warto przypomnieć.
Proponowany Czytelnikowi eksperyment polega na tym, że poniższą relację skompilowałem z kilku tekstów zamieszczonych w Życiu Warszawy z przełomu lat 1951/1952, a dotyczących procesu szajki mocno przygłupich młodych ludzi, nazwanych – dla podniesienia grozy – gangsterską bandą terrorystyczno-rabunkową. Każde zdanie, każde słowo pochodzi z Życia Warszawy. W tekście jest zaledwie kilka moich niezbędnych (jak mi się zdaje).

Tytuł tekstu te z zaczerpnąłem z Życia Warszawy (nr 295/1951). Zachowuję oryginalną pisownię, także błędy gramatyczne, nie mówiąc o logicznych. Także śródtytuły  pochodzą z artykułów w Życiu Warszawy. Teksty na ten temat nie były podpisane imieniem i nazwiskiem autorów, lecz tylko inicjałami bądź wcale.
22 października władze Bezpieczeństwa Publicznego zlikwidowały szajkę gangsterów, którzy dokonywali ma terenie Warszawy i okolic szeregu napadów terrorystyczno-rabunkowych. W skład szajki wchodzili uczniowie średniej szkoły technicznej: 20-letni Zbigniew Burmajster (w niektórych tekstach pisano o Burmeistrze, w jeszcze innych o Burmaistrze – przyp. P.A.) ps. „Gangster-Jankowski”, 22-letni Hieronim Wysocki, młody 20-letni urzędnik Wojciech Grochulski ps. „Czarny” oraz student Uniwerstetu. Warszawskiego 19-letni Zbigniew Ciołek, ps. „Witold Rowecki”.
Wychowankowie „Głosu Ameryki”
 Młodzi gangsterzy wywodzą się ze specyficznego środowiska t.zw. „bikiniarzy” – hołdujących zasadom „amerykańskiego stylu życia”. Kształtując swój światopogląd na wrogich antypolskich audycjach „Głosu Ameryki”, BBC itp., przesiąkli oni ideologią faszystowską, która pchnęła ich na drogę kradzieży i krańcowej demoralizacji. Członkowie szajki, wchłaniając łgarstwa z audycji amerykańskich i materiałów amerykańskiego Ośrodka Informacyjnego w Warszawie, którego byli częstymi gośćmi, łączyli ślepy kult „amerykanizmu” oraz nienawiść do Polski Ludowej i jej ustroju z praktyką pospolitego bandytyzmu i rabunku dla własnej korzyści.
Gangsterska szajka terrorem i grabieżą usiłowała siać niepokój wśród ludności i podrywać jej zaufanie do władz bądź to występując jako członkowie podziemnej organizacji ROAK (Ruch Oporu Armii Krajowej – przyp. P.A.), bądź też w prowokacyjny sposób podając się za funkcjonariuszy państwowych. Członkowie szajki, której przewodził Burmajster, w okresie od kwietnia br. (1951 – P.A.) do chwili zatrzymania dokonali ponad 20 napadów terrorystyczno-rabunkowych.
Młodzi gangsterzy, pozbawieni wszelkich hamulców moralnych, rozpoczęli swoją bandycką działalność napadem na sklep WSS przy ul. Grochowskiej (prawobrzeżna Warszawa), w którym po sterroryzowaniu bronią pracowniczek sklepu, obrabowali kasę.
W tym samym czasie Burmajster przygotował napad na mieszkanie znajomego swego ojca, prof. P. Olszewskiego. Młodzi bandyci sterroryzowali prof. Olszewskiego, grożąc pistoletem, po czym ograbili go z pieniędzy.
Szajka specjalizowała się w dokonywaniu napadów na osoby spośród inteligencji pracującej, jak lekarzy, adwokatów itp. m.in. w czerwcu Burmajster i Wysocki dokonali napadu na mieszkanie dr H. Schoenmana. Od sterroryzowanego lekarza zażądali 5.000 zł. Ponieważ napadnięty nie posiadał żądanej sumy, bandyci zabrali mu 500 złotych.

We wrześniu i październiku  gangsterom – podającym się za funkcjonariuszy państwowych – udało się dostać do mieszkania prof. Akad. Medycznej dr A. Dobrzańskiego, którego obrabowali z pieniędzy i biżuterii oraz – dr A. Gruzy, któremu zrabowali 6.000 zł., jako okup za niezabranie posiadanych przez niego wartościowych przedmiotów.
W początkach października Burmajster, pod wpływem audycji „Głosu Ameryki”, w której szkalowano autorkę nowowydanej w Polsce książki p.t. „Historia Polski”, prof. Janinę Schӧnbrenner (wraz z Gryzeldą Missalową napisała z tzw. pozycji marksistowskich, czyli sowieckich, paszkwilanckie dziełko – przyp. P.A.) – dokonał wraz z Wysockim i Grochulskim napadu na jej mieszkanie. Wdarłszy się do mieszkania, bandyci wystąpili jako członkowie ROAK, oświadczając, że organizacja ta „skazała” prof. Schӧnbrenner za napisanie historii Polski na „kontrybucję” w wysokości 50.000 zł. Po sterroryzowaniu prof. Schӧnbrenner bronią, bandyci zrabowali jej 6.500 zł. oraz kilka czeków.
– Cała Ameryka mówi o niej – powiedział gangster-Burmajster. – Nie ma dla niej kary, zabierzemy jej pieniądze, a 20 tys. podrzemy i rzucimy jej pod nogi – niech zna amerykańskiego pana. W efekcie gangsterski rozsądek jednak zwyciężył i pieniędzy postanowiono pod  nogi nie rzucać.
Ale nie ogromne bogactwo łupów, które zagrabiła szajka, ani nie osoby poszkodowanych ludzi o nazwiskach dobrze znanych w środowiskach lekarskich i naukowych, ani nawet nie pikantne szczegóły bandziorskich hulanek z wychowankami pensji sióstr Nazaretanek, stanowią w tej sprawie szczegóły najistotniejsze. Najistotniejsze to – atmosfera i środowisko, które wyhodowało i zrodziło sądzoną zbrodnię.
Trzej młodzi gangsterzy, zasiadający na ławie oskarżonych, reprezentują młodzieńców, na określenie których żywy język polski stworzył jakże wymowne pojęcie „bikiniarzy” lub „bażantów”. Młodzi gangsterzy bez żenady opowiadają o początkach swej kariery.
Zaczęło się w Amerykańskim Ośrodku Informacyjnym (USIS). Szef bandy – pseudo „Gangster” i jego najbliższy zausznik, obaj uczniowie technikum teletechnicznego, podczas wakacji poszli na film amerykański do „Ośrodka”. Część programu stanowiła średniometrażówka o życiu amerykańskich studentów. Samochody, pijatyki, wesołe dziewczęta – babariba-dans. Spodobało się bażantom. Stali się częstymi gośćmi „Ośrodka”. Czytelnia dostarczyła im lektury tygodników, na których kartach roznegliżowane dziwki amerykańskie rozsiadały się w samochodach, a gangsterzy robili milionowe fortuny i zasiadali w fotelach senatorów.
 „Bikiniarze” zaczęli więc pijać wódkę a la cocktail i snobować się na coca cola – wsłuchiwali się uważnie w Głos Ameryki i BiBiSi oraz poczęli zastanawiać się, skąd by tu wziąć grubszą gotówkę na taki właśnie styl życia. Na amerykański. Bo przecież raz człowiek żyje i śmierć frajerom. Fryzjer, który włosy układa w kunsztowną „plerezę”, w „mandolinę” lub w „jaskółkę”, nie robi tego za darmo. Zamsze na wysokiej podeszwie też mają swoją cenę. Szanujący się bażant spodnie nosi obcisłe i jak to nakazuje kosmopolityczna moda w miarę przykrótkie. Taksówki, bo pieszo chodzić nie wypada, też kosztują, a równocześnie audycje Londynu i Waszyngtonu niezmordowanie szczują przeciw Polsce. Chęć zdobycia pieniędzy na drodze bandytyzmu i chęć, coraz bardziej świadoma chęć, wrogiej politycznie akcji antyludowej szybko znajdą wspólne łożysko.
Bandytyzm – oto ich polityka
 Na stole sędziowskim, który przypomina ladę jubilerskiego składu komisowego, leżą liczne kosztowności: monety, zegarki, bransolety zrabowane poszkodowanym, obok stoją radioodbiorniki z adapterami, teczki, buty i temu podobne nabytki, stanowiące lokatę zrabowanej gotówki. Na stole sędziowskim leży również pistolet, przy pomocy którego terroryzowano ofiary.
„Działalność rabunkowa lepiej opłacała nam się od działalności politycznej” – zeznał herszt Burmaister (zapewne wyjaśnił; zeznaje świadek, oskarżony wyjaśnia, wtedy też tak było – P.A.).
„Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nasza działalność rabunkowa ma również charakter polityczny, gdyż wywołuje atmosferę zamętu, terroru i niepokoju w środowisku inteligencji” – powiedział w swych wyjaśnieniach oskarżony Groculski.
Przed stołem sędziowskim przewinął się korowód świadków, poszkodowanych, którzy naświetlili drobiazgowo okoliczności przestępstw. W świetle zeznań oskarżonych i zeznań świadków zidentyfikować można było wyraźnie, jaka to atmosfera zrodziła zbrodnie tych młodych ludzi i w jakim to inkubatorze lęgły się te kukułcze jaja, ten pomiot gangsterskiej kultury.
Szczęściem dla naszego społeczeństwa możliwości oddziaływania tzw. amerykańskiego stylu życia są u nas ograniczone. Film gangsterski, kryminalne brukowce, pornograficzna lektura dostępne były jedynie w tzw. Ośrodku Informacyjnym Ambasady Amerykańskiej. Tam natomiast, gdzie powódź tej „kultury” płynie niczym nieograniczona – w zmarshallizowanych (od Planu Marshalla, czyli systemu pomocy USA dla zrujnowanej wojną Europy; Polska i inne kraje tzw. obozu socjalistycznego na polecenie Stalina odrzuciły plan z obrzydzeniem) Włoszech, Francji, Niemczech Zach. – tam młodociany gangsteryzm, wzrastający na bezrobociu i nędzy mas, jest zjawiskiem codziennym i powszechnym.
Maleńką próbkę tego, co wyhodować może kultura „bikiniarzy”, mamy przed sobą na sali Rejonowego Sądu Wojskowego w Warszawie. Ofiary na własnej skórze poznać mogły skutki zachodniej propagandy na garstkę młodych zbirów.
Miliony naszej młodzieży, twórczo współbudującej potężne obiekty własnej i narodowej przyszłości z obrzydzeniem patrzą na tę zwyrodniałą szajkę młodych gangsterów. Mieli oni wszystkie możliwości dla zdobycia wiedzy i zawodu – Polska otworzyła przed nimi najwspanialsze perspektywy. Dwóch studiowało na uczelni teletechnicznej, jeden zmarnował z własnej winy studia medyczne, czwarty uczęszczał na fakultet chemii. To nie brak możliwości, brak środków, lecz wroga propaganda i wrogie Polsce Ludowej środowisko pchnęło ich na drogę zbrodni przeciwko społeczeństwu i państwu. A zaczęło się – przypomnijmy raz jeszcze – od wizyty w Ośrodku Amerykańskim, a skończyło się jedynie na rabunku, gdyż realizację planowanych morderstw udaremniła akcja władz.
Tak oto od rzemyczka do koniczka i od koniczka do gangsterstwa wiodła droga, która „niewinnie” zaczęła się od małpowania kosmopolitycznych form fryzury, tańca i stylu życia a’la Bikini – a skończyło się na ławie oskarżonych.
Bikiniarze pierwsza subkultura
Tu koniec kompilacji cytatów z Życia Warszawy. Aby zachować konwencję, będą i dalsze. Ponadto, skoro tekst jest nietypowy, to i wprowadzenia pozwolę sobie umieścić na końcu.
 A więc: bikiniarze. Kim byli, czego chcieli, dlaczego tak bardzo nienawidziła ich Ludowa? Odpowiem cytatami z Dziennika 1954 Leopolda Tyrmanda (słynnego autora słynnego Złego), w opracowaniu H. Dasko (Warszawa, 1999) oraz socjologa Macieja Chłopka (Bikiniarze. Pierwsza polska subkultura, Warszawa 2005). Najpierw Tyrmand przedstawi sylwetkę bikiniarza, importowanego pod koniec lat czterdziestych XX wieku wprost z imperialistycznego Zachodu.
„Wąziutkie spodnie, fryzura spiętrzona, tak zwana plereza, buty na fantastycznie grubej słoninie (gumie, kauczuku – P.A.). Kolorowe, bardzo widoczne spod kolorowych nogawek skarpetki, dziwaczna marynarka z fantasmagorycznego materiału, straszliwie wysoki kołnierzyk koszuli. (…) Polski bikiniarz był śmieszny i biedniutki, szył sobie marynarki u rodzimych krawców, których zamęczał swoimi pomysłami, i obcinał rogi koszul kupowanych w domach towarowych. Był zabawny, ale bez groteskowej mocy swych francuskich czy skandynawskich kolegów, budził raczej współczucie i lekką odrazę, ale i pewien szacunek. Albowiem na tle szarego, zapuszczonego, niechlujnego, nędznego tłumu polskich miast stanowił protest i wyzwanie rzucone w twarz urzędowej szarości i brzydocie”.
Maciej Chłopek: „Bikiniarze uczynili ze swego ubioru manifestację nonkonformizmu i oporu wobec rzeczywistości. Karykaturalne formy, jakiemu nadali, miały na celu sprowokowanie uwagi społeczeństwa. W społeczeństwie masowym w okresie stalinizmu wszelkie przejawy indywidualizmu spotykały się z ostrą krytyką ze strony rządzących i dużej części społeczeństwa”.
Znowu Tyrmand: „Prasa marksistowska przyjęła walkę chętnie i wytoczyła przeciw garstce bikiniarzy działa najcięższego kalibru. Padły oskarżenia o dywersję, o agenturę, o krzewienie imperialistycznej degeneracji, o amerykański styl życia. Uczniowie szkół technicznych i rzemieślnicy ślusarscy okazali się nagle ideologiczną piątą kolumną, związano ich z chuligaństwem i alkoholizmem, ze szpiegostwem i zbrodnią”.
W takiej atmosferze musiał zapaść wyrok surowy, ale ten przeszedł wszelkie oczekiwania. Dwie kary śmierci: dla Burmajstra i Wysockiego; dla pozostałej dwójki 15 i 12 lat więzienia. Bez możliwości odwołania od wyroku sądu wojskowego I instancji. Po czym, najwidoczniej, sama władza komunistyczna uznała, że za mocno przegięła, gdyż ówczesny prezydent Polski Ludowej, Bolesław Bierut, przychylił się prośby o łaskę, wskutek czego szubienice dla głównych sprawców zamieniono na dożywocia.
Piotr Ambroziewicz

 

 

 

 

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ