Jak w PRL handlowano dziećmi

0
536
Anita urodziła się w domu położnej 8 maja 1961 roku Fot. archiwum Anity J.

Wystarczył podpis położnej na jednym sfałszowanym dokumencie, aby kobieta mogła zostać matką. Nie było potrzeby zachodzenia w ciążę, znoszenia bólu związanego z porodem. Przydatny był gruby portfel i znajomości. To nie zagraniczna historia. To przykłady złamanych ludzkich serc, do których doszło w Łodzi.

Lata 60. minionego stulecia. Wówczas w szwach pękały też porodówki. Stale wzrastała liczba rodzących się dzieci, kraj stawał na nogi po wojnie. Były też inne problemy, o których wstydzono się mówić głośno. Problemy przemilczane, nieznane i w ocenie wielu niemożliwe. Nie wyobrażano sobie tego, że zdrowy mężczyzna i zdrowa kobieta nie mogą spłodzić dziecka. Bezdzietne małżeństwo było czymś, co rzucało się w oczy. A co, jeśli kobieta naprawdę chciała mieć dzieciątko? W epoce bez in vitro, bez leczenia takich schorzeń?

 Drugi biznes położnej

8 maja 1961 roku na świat przychodzi dziewczynka. Rodzi się w prywatnym mieszkaniu na ulicy Poziomkowej w Łodzi. Jednak jej biologiczna matka znika jeszcze tego samego dnia. Dzieciątko zostaje z położną, która karmi ją mlekiem przygotowanym z proszku i wody, co na tamte czasy było ogromnym luksusem.

W tym samym czasie w Zamościu młoda Krystyna J. od kilku miesięcy udaje ciążę. Wypycha brzuch i pokazuje się sąsiadom, kupuje dziecięce ciuszki, szykuje pieluchy i przygotowuje się do rzekomego porodu. Chociaż wie doskonale, że dziecko przywiezie z Łodzi. Po co cała ta maskarada i osiedlowy teatrzyk? Wszystko przez bezpłodność. Plan był doskonały i prawda nie ujrzała światła dziennego przez prawie pół wieku. Teraz wychodzi na jaw.

Henryka M. z zawodu była położną, jej mąż pracował w wojsku. Na pozór przykładna, socjalistyczna rodzina. Mundurowy i pracownica szpitala. Poważani wśród sąsiadów, dobrze sytuowani i ułożeni. Uchodzili w tamtych czasach za elitę. Jednak to, co działo się za ścianami ich mieszkania, dziś bez wątpienia każdy prokurator nazwałby przestępstwem.

Anita J. jako dziecko trafiła do obcej rodziny / Fot. archiwum Anity J.
Anita J. jako dziecko trafiła do obcej rodziny / Fot. archiwum Anity J.

Scenariusz jej dochodowego i tajemniczego biznesu wyglądał najprawdopodobniej tak: do nieco ponad 30-letniej położnej zgłaszały się młode pary z pytaniem i prośbą usunięcia nieplanowanej ciąży.

W Łodzi przybywało napływowej ludności – powstawały uczelnie, rozwijały się prężnie działające przedsiębiorstwa i przemysł. A te tworzyły relacje męsko-damskie, i przypadkowy seks zakończony ciążą. Położna zachęcała młodych, aby w zamian za drobne wynagrodzenie donosiły ciąży. Ona odbierała poród i zabierała dziecko. Później szukała klienta.

– A o takiego nie było trudno – dowiedzieliśmy się od jednej z emerytowanych położnych. – Kobiety nie mogły zajść w ciążę, a pragnęły być matkami. Wystarczyło odpowiednio „wyczuć klimat” – twierdzi nasza informatorka.

W mojej historii mogło się tak wydarzyć – podejrzewa pani Anita, która urodziła się w domu położnej 8 maja 1961 roku. – Moja matka mnie kupiła – mówi mieszkanka Zamościa i jest tego pewna. Jej matka – choć powinna być zwana adopcyjną – potwierdziła ten fakt.

Cena milczenia

Nie jestem pierwszym kupionym dzieckiem w mojej rodzinie. Wcześniej siostra matki w ten sam sposób „urodziła” dwójkę dzieci. Pierwsze z nich zmarło po kilku miesiącach, drugie po półtorej roku na zapalenie opon mózgowych – zaczyna snuć swoją historię pani Anita.

Przez pierwszy tydzień życia mieszkałam u położnej. Gdy ta upewniła się, że jestem zdrowa, skontaktowała się z moją rodziną. A ta pojechała po mnie do oddalonej o 400 kilometrów Łodzi. Tam w obecności adopcyjnych rodziców wystawiła fałszywe zaświadczenie o porodzie, na podstawie którego wydano akt urodzenia – opowiada.

Młode małżeństwo z Zamościa musiało uzbierać sporą sumę, jak na tamtejsze czasy. Siostra adopcyjnej matki pożyczała jej pieniądze, aby ta mogła zapłacić nieuczciwej położnej. W zamian milczała i w nielegalny sposób spełniała marzenia.

W poszukiwaniu prawdy

Pani Anita od początku wiedziała, że coś jest nie tak: – Całe życie czułam, że nie pasuję do tej rodziny. Z wyglądu byłam podobna do adopcyjnego ojca. Wypisz wymaluj on. I charakter mieliśmy niemalże identyczny. Obydwoje cholerycy. Mimo to coś nie dawało mi spokoju – twierdzi. Dopiero już jako dorosła kobieta dowiedziała się prawdy od swojej siostry ciotecznej. Jej matka Genowefa Kaleta z Łodzi na łożu śmierci wyznała jej prawdę o tym, że ta nie jest jej córką. Opowiedziała też historię pani Anity – prawie identyczną.

„Mam 53 lata. Dowiedziałam się prawdy, że nie jestem biologiczną córką moich rodziców. Podobno pochodzę z Łodzi lub okolic. Powiedziano mi, że moja mama miała na imię Grażyna i była bardzo młoda, oddając mnie mojej cioci, która nazywała się Genowefa Kaleta. Nie mam żadnej nadziei. Za dużo upłynęło lat, ale jeżeli ktoś skojarzy jakieś podobieństwo, to bardzo proszę o jakąkolwiek wiadomość” – czytamy w opublikowanym internetowym ogłoszeniu pani Katarzyny Kalety.

Obie panie zwróciły się do Urzędów Stanu Cywilnego o wydanie zupełnych odpisów aktów urodzenia. Tam znalazły wspólny mianownik – nazwisko położnej. Przez różne instytucje szukały adresu do położnej, aby ta powiedziała im prawdę o biologicznych rodzicach. Bezskutecznie. Kobieta nie wyraziła zgody na przekazanie adresu, jednakże po pewnym czasie sama się skontaktowała z kobietami. Mimo skończonych 87 lat, przyjechała z Warszawy do Zamościa.

 Katarzyna Kaleta została oddała przez matkę położnej/ Fot. archiwum Katarzyny Kalety
Katarzyna Kaleta została oddała przez matkę położnej/ Fot. archiwum Katarzyny Kalety

– Nie chciała się przyznać, śmiała się nam w oczy i mówiła, że to jednorazowe zdarzenie – opowiadają kobiety. A fakty są nieco inne. Do jednej rodziny w Zamościu trafiło kilkoro dzieci. Skąd problem w dotarciu do biologicznych rodziców?

– Położna ze względu na swoje bezpieczeństwo bała się podać ich danych – twierdzą kobiety.

Innego zdania jest Magdalena Wieczorek z kancelarii prawnej specjalizującej się w pomocy prawnej przy poszukiwaniach swoich bliskich i krewnych.

Zakładając to, że położna dopuściła się przestępstwa w 1961 roku, należy zauważyć, że dziś jej nic za to nie grozi. Ono się przedawniło, a karalność ustała – mówi. Często nasza praca polega na tym, aby nakłonić taką osobę do wyjawienia prawdy dla osoby zainteresowanej. Chodzi tu o aspekt moralny i naprawienia szkody – dodaje Magdalena Wieczorek, która jednocześnie jest administratorką internetowej strony „Odnajdziemy Twoją rodzinę”.

Jednorazowy incydent?

Skontaktowaliśmy się z położną. Zgodziła się na rozmowę telefoniczną. Przedstawiła zupełnie inną wersję zdarzeń. Byłam na dyżurze domowym, wezwano mnie do porodu. Podczas niego młoda kobieta dostała ataku schizofrenii – wspomina położna. Jej partner wezwał karetkę, gdy dziecko przyszło na świat. Oni zniknęli, a ja zostałam sama z dzieckiem. Co miałam zrobić? Wyrzucić je do wychodka? – pyta. – Dziś się zastanawiam, czy to nie była gra ze strony biologicznej matki – dodaje po chwili.

Czy miałam wyrzucić je do wychodka? – pyta dziś była położna/ / Fot. archiwum Katarzyny Kalety
Czy miałam wyrzucić je do wychodka? – pyta dziś była położna/ / Fot. archiwum Katarzyny Kalety

Zastanawiający jest fakt, w jaki sposób położna Henryka M. znalazła tak szybko rodzinę adopcyjną.

– O sprawie powiedziałam koleżance z bloku operacyjnego, i to ona skontaktowała mnie z ludźmi z Zamościa. Tak potoczyła się ta historia – kończy położna, plącząc się w swoich wypowiedziach.

Pytamy 87-letnią kobietę o jej spotkanie z panią Anitą.

– Pojechałam do Zamościa do pani Anity. Patrząc na nią, powiedziałam: masz cechy antropologiczne Żydówki. Spójrz na swoje uszy – twierdzi położna. – Pamiętam historię, jak jeden wykładowca „zmajstrował” dziecko studentce w zamian za zaliczenie. I teraz mi się tak wydaje: to może być ona – podejrzewa.

Tajne przez poufne

Ciężko jest ustalić, ile dzieci sprzedała położna z Łodzi, która dziś mieszka w Warszawie. W trakcie, gdy powstawał ten artykuł, rozmawialiśmy z mężczyzną pochodzącym z Krakowa i przebywającym aktualnie w Australii, którego historia jest bliźniacza. Tak samo twierdzi pani Marzena, mieszkająca w okolicach Jeleniej Góry. Może, gdy położna zobaczy skalę i ogrom krzywd, które wyrządziła, pozbawiając możliwości odnalezienia biologicznych rodziców i rodzeństwa, to wówczas pomyśli o współpracy z pokrzywdzonymi, których adresy i telefony są jej dobrze znane.

– Tu machina dopiero nabiera tempa – twierdzą „adoptowane” kobiety. – Dni staruszki są policzone, a my nie chcemy umrzeć w niewiedzy – mówią zgodnie.

Czy tak się stanie? – Może ta kobieta ma choć trochę sumienia? Czy może uważa, tak jak Hitler, że sumienie jest żydowskim wynalazkiem? – zadają pytanie bez odpowiedzi.

Adrian Grochowiak

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ